Warning: file_exists(): open_basedir restriction in effect. File(core/post-comments) is not within the allowed path(s): (/home/mt/domains/michaltorz.pl:/tmp:/var/tmp:/home/mt/.tmp:/home/mt/.php:/usr/local/php:/opt/alt:/etc/pki) in /home/mt/domains/michaltorz.pl/public_html/wp-includes/blocks.php on line 784 Rumunia | Blog o Rumunii i nie tylko
Zajęło to parę miesięcy, ale oto są – dwa najnowsze wydania przewodników po Rumunii mojego autorstwa 😀.
Rumunia z serii „Inspirator podróżniczy” to ok. 250 stron z największymi atrakcjami z całego kraju (choć znalazło się też miejsce na te mniej oczywiste). Wszystko zilustrowano licznymi fotografiami, dzięki czemu łatwo znaleźć coś dla siebie w każdym regionie.
Rumunia i Bukareszt z serii „Pascal Lajt” to z kolei przewodnik kieszonkowy. Na nieco ponad 150 str. zmieściło się dużo, ale nie wszystko. To przede wszystkim Bukareszt i to, co można zwiedzić będąc w stolicy – Wołoszczyzna, południowa Transylawania, Dobrudża.
Nic, tylko jeździć. Swoją drogą, już prawie maj, a jeszcze w tym roku nie byłem w Rumunii. Skandal!
P.S. Postaram się rozpisać na dniach trochę więcej o tym, jak powstawały przewodniki i co w nich znajdziecie. Już teraz szlag mnie trafia, że czegoś nie uwzględniłem, ale to są naprawdę tony materiałów i zawsze będzie niedosyt!
Po klęsce we wrześniu 1939 roku granicę z Rumunią przekroczyły tysiące uchodźców i żołnierzy, a także przedstawiciele władz. Temat jest dobrze znany, a dzisiejszy wpis jest o małym, ale bardzo ciekawym akcencie – udało mi się bowiem poznać ludzi, którzy są w posiadaniu samochodu z epoki. A konkretniej, jest to Tatra 57A należąca do polskiego oficera uciekającego we wrześniu 1939 roku.
Państwo Laura i Teodor Curelea mieszkają w Oradei, przepięknym mieście, którego nie trzeba chyba niekomu przedstawiać. Jadąc na wakacje spotkałem się tam z Michałem, miłośnikiem Dacii z Krakowa. Łącznie była nas piątka – Michał z kolegami właśnie z Rumunii wracał. To właśnie on podzielił się ze mną nowiną o tajemniczej Tatrze. Gdy dane nam było zobaczyć samochód, był już w zasadzie po renowacji.
Dokładna historia auta nie jest znana. Wiadomo, że ten model był w produkcji od 1936 roku, tak więc w 1939 roku samochód był całkiem nowy. Podczas renowacji udało się odnaleźć dwie załatane dziury po kulach, tak więc ucieczka z Polski musiała przebiegać w dramatycznych okolicznościach (ślady zostały zachowane). Kto był jego właścicielem, tego nie udało się ustalić. Poprzedni właściciele mówili jednak o polskim oficerze. Miał on sprzedać samochód komuś z Fogaraszu (Făgăraș), kolejna zmiana właściciela nastąpiła w latach sześćdziesiątych. Do obecnych właścicieli Tatra trafiła jakoś przed ośmioma laty.
Swoją drogą, zawsze mnie to ciekawiło, ile samochodów czy motorów trafiło w ten sposób do Rumunii. Były to rzeczy o znacznej wartości, które pewnie często spieniężano, żeby łatwiej się odnaleźć na uchodźstwie. Wojskowe sprzęty trafiły do rumuńskiej armii, ale inne? Przypadek z Oradei pokazuje, że warto szukać!
To była jedna z najdramatyczniejszych podróży mojego życia. Ponad 30 godzin musiałem poświęcić, żeby dostać się z Bukaresztu do Wrocławia. Sytuacja była nagła, korzystałem z kilku środków transportu, musiałem dużo improwizować, a do tego jeszcze byłem zdany tylko na siebie. Miała być zwykła wycieczka, a wyszło niezwykle.
Long story short: październik, piątek, godz. 19:30. Dowiedziałem się, że muszę na szybko skombinować alternatywny transport z Bukaresztu do Wrocławia. We wtorek muszę być w pracy, więc czasu sporo. Nie chcę wydać majątku, bo wyjazd był z tych budżetowych. Co robić?
To przez awarię tego starego rzęcha musiałem szukać alternatynwgo powrotu…
Loty odpadły od razu. Był piątek wieczór i jak już coś było, to za 3 tys. zł. Tani lot złapałbym po weekendzie, ale nie miałem tyle czasu. Zresztą, trzeba by przez parę dni jeść i spać.
Myślałem nad pojechaniem pociągiem do Budapesztu i stamtąd Flixbusem do Wrocławia. Trochę karkołomne, choćby ze względu na konieczność biegania w środku nocy między dwoma dworcami w różnych części miasta. Inna sprawa, że nienawidzę jazdy autokarami – a wszystko by trwało łącznie kilkadziesiąt godzin. No i cena – nadal grubo ponad tysiąc złotych. Dużo! Zwłaszcza, że przylot z Wrocławia przez Bolonię był bardzo tani.
Teraz to już nietypowy widok, żeby pociąg jechał z otwartymi drzwiami. Lekka nostalgia.
Rozwiązanie przyszło nieoczekiwanie, bo szukałem ogłoszeń ba Blablacarze. Okazało się, że jakiś Mołdawianin jedzie do Poznania przez Satu Mare, będzie tam w sobotę przed godz. 22:00. Świetnie! A do Satu Mare jest fajne połączenie nocne, to podwójna radość. Kupiłem więc bilet i pognałem na Gara de Nord.
W zasadzie więcej nie trzeba, żeby oddać jaki ma klimat dworzec w Satu Mare…
Noc minęła przyjemnie, nawet się wyspałem. W Satu Mare byłem koło 11:00, więc miałem sporo czasu. Miasto jest sympatyczne – ostatnio ładnie wyremontowano centrum, charakterystyczny jest brutalistyczny ratusz. Wszystko już dobrze znam, ale miałem czas na spacerowanie. Przyjazd wyszedł na tyle nagle, że nie miałem ochoty obdzwaniać dawno nie widzianych znajomych.
Im bliżej wieczora, tym bardziej zbliżałem się do stacji benzynowej, na której miałem spotkać Mołdawianina. Już wtedy mogłem zauważyć, że coś jest nie tak. Choćby to, że facet ma na imię Giennadij, ledwo mówi po rumuńsku, a kierowcą będzie właściwie jego brat. Przez telefon i na whatsapie zapewniał mnie jednak, że wszystko będzie ok, da znać jak brat przekroczy granicę i godzinę przed przyjazdem.
I tutaj zetknąłem się z tym sowieckim mentalem, którego nigdy nie zrozumiem. Było już po 20, naokoło ciemno, ja po kolacji. Poszedłem na stację, gdzie mieliśmy się spotkać i zamówiłem kawę. Pomyślałem – zadzwonię. Co się okazało? Ano, że brat Giennadija nie wyjechał jeszcze z Mołdawii, bo go nie puścili przez granicę.
O 19:30 facet pytał mnie o adres, a godzinę później o to, czy mogę tam przeczekać przez noc. Ręce opadają…
Nie zdążyłem nawet poważnie się zezłościć, gdy – niczym w filmie – stanął tuż obok mnie jakiś opel na krakowskich blachach.
„Jeszcze jedno i idę” – slogan na ostatnim piwie Ciuc przed wyjazdem.
W ten nieoczekiwany sposób poznałem Adriana – Rumuna z Botoszanów, który przez kilka lat mieszkał w Krakowie i dalej ma tam zarejestrowane auto. Akurat jechał zrobić przegląd i odwiedzić paru znajomych. Przez całą drogę gęby nam się nie zamykały. Podróż minęła w świetnej atmosferze i liczę, że jeszcze się spotkamy.
Przyjazd do Wrocławia zawsze cieszy.
Tak więc coś za coś, bo mimo problemów podróż zaowocowała ciekawą znajomością. W efekcie, już w niedzielę przed 4 rano byłem w Krakowie, stamtąd szybko pociągiem do Wrocławia i przesiadka do Kolei Dolnośląskich. A tu już tylko ze stacji Strachocin na piechotę do domu i tak oto po ponad 30 godzinach wróciłem do domu. Ja to mam dobre połączenie!
P. S. W ostatnich godzinach rozwaliłem dwa spośród czterech kółeczek w walizce, więc już naprawdę miałem dość. Nie zwróciłem nawet uwagi na to, że ustawiłem niechcący jakiś idiotyczny format zdjęć. Niektóre przyciąłem, niektóre już zostawię jak jest. Sorry…
Suczawa to miasto, do którego wracam regularnie. Na początku przygody z Rumunią, między 2015 i 2016, zorganizowałem ze znajomymi zbiórkę dla polskich dzieci na Bukowinie. Od 2018 roku parę razy miałem okazję pojechać na Dni Polskie, którym towarzyszy konferencja naukowa. W tym roku pojawiła się kolejna.
Parę lat temu poświęciłem jeden dzień na wycieczkę do Radowców (Radauți), aby skosztować mojej ulubionej zupy. Tym razem zaliczyłem przyjemną wycieczkę po samej Suczawie.
Miasto nie jest duże, mieszka tam mniej niż 85 tys. ludzi. Centrum miasta jest jednak całkiem żywe. Atrakcją jest m.in. średniowieczny zamek – dość mocno zrekonstruowany, aż szkoda pokazywać. Mi najbardziej podobają się tamtejsze cerkwie, charakterystyczne dla tego regionu.
W mieście jest bezpiecznie, jak zresztą w całej Rumunii. Dlatego też pozwoliliśmy sobie na wieczorne spacery.
Do Suczawy pojechałem na zaproszenie Związku Polaków w Rumunii. Kulminacyjnym wydarzeniem były dożynki w Nowym Sołońcu.
Do Nowego Sołońca trochę się jedzie. Najpierw do miejscowości Kaczyka (było na blogu), a stamtąd kilka kilometrów solidną, betonową drogą. Miejscowi zawdzięczają ją… Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Przypomina o tym tablica w centrum wsi:
A same dożynki? Co tu dużo pisać. Piękna impreza z bardzo ładną oprawą. Na straganach można spróbować lokalnych specjałów, jest muzyka i tańce. Tego dnia w Nowym Sołońcu jest mnóstwo tamtejszych Polaków, jak również gości z kraju. Jakby ktoś miał okazję się wybrać, to warto!
Radowce z pozoru nie zachęcają do odwiedzin. Ale jak już się to zrobi, to po prostu zachwycają. Zabytków klasy 0 tam nie ma, ale prowincjonalne miasteczko przy graincy z Ukrainą ma bardzo ciekawą historię i po prostu charakter
Okazja do wycieczki nadarzyła się podczas tegorocznych Dni Polskich w Suczawie. Korzystając z kilku wolnych chwil pojechałem tam z Michałem – historyku z Torunia. Zachęciła nas z kolei Karina – świeżo upieczona pani doktor etnografii, która Bukowinę zjeździła wzdłuż i wszerz.
Aby dostać się do Radowców z Suczawy najwygodniej jest skorzystać z busa. Podróż trwa około 40 minut i kosztuje 10 lei (15 przy zakupie biletów „tam i z powrotem” (dus și întors – bardzo przydatny zwrot!). Dojeżdżają tam też pociągi – tory wręcz przecinają miasto, biegnąć tuż przy ulicy i parku.
Na miejscu jest przyjemny park z pomnikiem hospodara Bogdana Vody, a tuż obok monastyr przez niego ufundowany. Wprawdzie w remoncie (2019), ale mili budowlańcy pozwolili na chwilę wejść (choć bez zdjęć).
W stronę centrum prowadzi ulica z paroma ładnymi budynkami, ze starą synagogą na czele. Nieopodal jest też prawosławna katedra, którą warto odwiedzić szczególnie ze względu znajdującą się naprzeciwko restaurację Naţional. To właśnie tam miała zosta wymyślona przepyszna Ciorbă Rădăuțeană, czyli Zupa Radowiecka (Radowska?).
W Radowcach nie ma wielu atrakcji, ale można tam spokojnie spędzić kawałek dnia. Jest kilka ładnych miejsc, takich jak parki i bulwary. Przede wszystkim ciekawy jest jednak klimat Radowców, które zachowały charakter miasteczka na rubieżach Imperium Habsburgów.
Na koniec parę słów o tym, czego zwiedzać nie warto, czyli tamtejszym zoo. Długo myślałem, czy je szerzej opisywać. Łatwo bowiem wyobrazić sobie jak może wyglądać ogród zoologiczny w mieścinie tej wielkości. Miłośnikom zwierząt na pewno nie spodobają się warunki, w jakich są przetrzymywane. Szkoda, bo o wiele lepiej by to wyglądało, gdyby zarządca skupił się na paru gatunkach zwierząt dysponującymi większymi wybiegami.
Ruiny zamku, w którym urodził się Stefan Batory, jedyne w Rumunii muzeum holokaustu, fabryka wina musującego. Już te trzy rzeczy sprawiają, że warto odwiedzić Șimleu Silvaniei. Miasteczko jest pięknie, a do tego dogodnie położone. Jak już się je pozna, to grzech nie zajrzeć. Ja na pewno będę wracał!
Moją pierwszą podróż do Șimleu Silvaniei odbyłem palcem po mapie. Gdzieś z tyłu głowy mam marzenie o domku, albo chociaż mieszkaniu w Rumunii, a Șimleu (pozwolę sobie czasem pisać skrótowo) wydało się idealną lokalizacją – położone w środku trójkąta między Oradeą, Satu Mare i Klużem jest znakomitym punktem wypadowym. Do tego otoczone jest niewielkimi górami.
Panorama ze wzgórza Dacidava
Tego typu marzenia muszę odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Șimleu Silvaniei powróciło jednak że względu na moją pracę przy Forum Ekonomicznym. Pomyślałem bowiem, że fajnie byłoby zaaranżować nawiązanie relacji partnerskich między polskimi a rumuńskimi miastami.
Ratusz w okazałym gmachu dawnego banku
Mój brat, który jest dziennikarzem polecił mi kontakt z Konradem Antkowiakiem, burmistrzem Wschowy. Wybór Șimleu wydał się oczywisty: oba miasta są podobnej wielkości, łączą je przepiękne zabytki i historia związana z polskimi królami. Tak oto pod koniec kwietnia wybraliśmy się w delegację.
Zdjęcie trochę rozmazane, ale widać entuzjazm obu samorządowców 🙂
Na miejscu zostaliśmy ciepło przyjęciu przez mera, Mihaia Cristiana Lazăra. Co ciekawe, jest on najmłodszym merem w Rumunii – ma zaledwie 27 lat. Sprawnie zarządza miastem, o czym świadczą chociażby widoczne na każdym kroku remonty. Po oficjalnym spotkaniu mogliśmy zwiedzić najciekawsze miejsca w mieście.
Ruiny zamku. To tu narodził się Stefan Batory!
Zwiedzanie warto zacząć od ruin zamku. Do naszych czasów zachowały się fragmenty dwóch spośród czterech wież i budynek bramny. Może niewiele, ale daje to wyobrażenie o tym, jak gniazdo rodzinne Batorych wyglądało w czasach świetności. Co jesień odbywa się tutaj Bathory Fest – festiwal średniowieczny odwiedzany przez rekonstruktorów historycznych z całej Europy. Jeszcze nie byłem, ale może będzie okazja. Podejrzewam, że warto się wybrać.
Muzeum Holokaustu urządzono w pięknie wyremontowanej synagodze
W samym centrum znajduje się wyremontowana synagoga, w której mieści się Muzeum Holokaustu – jedyne takie w Rumunii. Przed wojna Siedmiogród zamieszkiwany był przez znaczną liczbę Żydów. Ekspozycje w muzeum opisują proces ich eksterminacji, ukazany w szerszym kontekście wydarzeń w Europie lat trzydziestych i czterdziestych.
Piwnicy fabryki wina skrywają prawdziwe skarby
Absolutnym hitem miasteczka jest fabryka wina musującego Silvania. Pyszny napój jest wytwarzany identycznie jak pierwowzór z Szampanii. Butelki po napełnieniu są składowane w rozległych korytarzach o długości kilku kilometrów.
W fabryce powstają nie tylko wina musujące, ale to one są największą atrakcją
Proces produkcji jest dość skomplikowany i obejmuje różnego rodzaju przekładanie, mieszanie, odwracanie. Nie sposób to powtórzyć. Ważny jest jednak efekt, bo wina są naprawdę wyborne i można je tanio kupić w przyzakładowym sklepiku.
Wina Silvania rzadko pojawiają się w sklepach, ale warto szukać!
Șimleu Silvaniei to dość senne miasteczko, ale oferujące wiele atrakcji. Jest gdzie pospacerować, jest też kilka fajnych knajpek, a nawet jeden bardziej młodzieżowy klub. Nie będą zawiedzeni miłośnicy historii, ale i przypadkowy turysta znajdzie tu coś dla siebie.
Lipiec w Rumunii to już prawie tradycja! W zeszłym roku po raz pierwszy pojechałem na kurs organizowany przez ICR (Rumuński Instytut Kultury) w Braszowie. Tym razem zaszło jednak trochę zmian.
Przede wszystkim pojawiły się zmiany kadrowe. Wcześniej kurs organizowała uwielbiana przez wszystkich Ana Borca. Okazało się jednak, że w bliżej nieokreślonych okolicznościach odeszła z ICR-u. Obawiam się, że nie było przyjemnie. Nie było też naszych ubiegłorocznych nauczycieli, a przede wszystkim zawsze wesołej Andrei.
Budynek prefektury (prefekt ma mniej więcej uprawnienia naszego wojewody, ale oni tych województw mają 41)
Podobno w samym ICR-ze doszło do jakichś przetasowań, w trakcie których politycy nader aktywnie obsadzali stanowiska swoimi ludźmi. To był czas tuż po aresztowaniu lidera rządzącej PSD Liviu Dragnei. Koalicja PSD-ALDE miała się za chwilę rozpaść. Podejrzewam, że w wielu publicznych instytucjach następowały w tym czasie różne dziwne zmiany.
Barek w tradycyjnej „bombie”, czyli taniej knajpie z samym alkoholem. Najlepsze są jednak i tak te napisy – od lewej: telefon do urzędu ochrony konsumentów, „z powodu braku personelu zamawia się przy barze” i informacja o tym, że „społeczność” ma prawo selekcji klientów 🙂
ICR musiał być zmuszony do poszukiwań na szybko zastępstwa. W ostatniej chwili do realizacji kursu odesłane zostały przemiłe młode (tj. w moim wieku, tak więc nie takie młode :D) dziewczyny – organizatorki były z Bukaresztu, a nauczycielki z Klużu. Kurs miał parę niedociągnięć, ale jak na organizację „za pięć dwunasta” wyszło to naprawdę nieźle.
Podczas jednej z wycieczek odwiedziliśmy Sanktuarium Niedźwiedzi. Trafiają tam miśki po przejściach – z cyrków, klatek, nielegalnych hodowli. Kiedyś rozwinę temat.
Wśród kursantów było parę znajomych twarzy z poprzedniego roku. Fajne jest to, że niektóre z tych znajomości trwają.
Niezmiennie zachwyca sam Braszów. Miasto jest niezwykle urokliwe. W zeszłym roku obszedłem centrum, tym razem zapuszczałem się także do odleglejszych dzielnic.
Taki widok rozpościera się po drugiej stronie słynnego wzgórza z wielkim napisem BRASOV. Prawdziwe morze bloków
Odwiedziłem między innymi dawną fabrykę ciężarówek „Czerwony Sztandar”, w której w 1987 roku wybuchł protest przeciwko władzy komunistycznej. Smutny obraz, bo dawniej w tego typu zakładach pracowały dziesiątki tysięcy mieszkańców miasta.
AB – Autocamioane Braşov, czyli niegdyś ogromna, a teraz niemal całkiem opustoszała fabryka ciężarówek.
Teraz obserwuje się odpływ ludności – z 320 tysięcy w 1992 roku do nieco ponad 250 tysięcy w 2011. Braszów nadal jest jednym z największych ośrodków w kraju, a do tego ściąga turystów. I z roku na rok zyskuje na popularności.
Caravana Go Romania to pomysł ambasadora Rumunii w Polsce, pana Ovidiu Drangi. Po raz trzeci stare Dacie i inne „cuda” motoryzacji minionej epoki pojechały na południe. Uczestnicy promowali Rumunię w Polsce i… Polskę w Rumunii, bo tego typu auta były częstym widokiem w latach 70- i 80-tych
Tegoroczna karawana była szczególna, bo nigdy wcześniej do Rumunii nie wyruszyło tak wiele różnych aut. Przez rumuńskie miasta i wsie przejeżdżały Dacie, Maluchy, Duże Fiaty, Polonezy, Syreny, Tarpan, Oltcit, a nawet jedna Warszawa.
Ja miałem przyjemność prowadzić swoją Dacię 1300, której proces renowacji od dwóch lat co jakiś czas opisuję na tym blogu. Pech prześladował mnie od samego początku, bo tak jak w zeszłym roku nic się nie działo, tak teraz każdy niemal dzień wiązał się z kolejną awarią.
Na szczęście w szybkich naprawach wspomagali mnie zarówno koledzy, jak i przypadkowo spotkani Rumuni, dla których reperowanie Dacii w warunkach polowych to nadal powszechna umiejętność.
Trasa Caravana Go Romania w 2019 roku wiodła z Krakowa do Satu Mare, gdzie miał miejsce największy w Rumunii zlot Dacii. Potem pojechaliśmy m. in. przez Arad, Timiszoarę, przełom Dunaju, Drobetę Turnu-Severin, Caransebes, Hunedoarę i Oradeę. Stamtąd uczestnicy ruszyli w drogę powrotną do Polski.
Moja Dacia miała wymieniony akumulator, pompkę paliwa (i to trzy razy), a także hamulce. Niestety, tuż przed Wrocławiem trafiliśmy na ogromny korek, co poskutkowało spaleniem sprzęgła. Cóż, na lawecie czy na własnych kołach – wróciliśmy! 🙂
Jeszcze przed zabraniem się do lektury czytałem o tym, że „Żołnierze. Opowieść z Ferentari” autorstwa Adriana Schiopa to powieść kontrowersyjna. Przekonałem się o tym już przy pierwszych linijkach tekstu. Po przeczytaniu całości mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę wszystkim – niezależnie od wyznawanego światopoglądu i niezależnie, czy jest miłośnikiem Rumunii, czy nie
Przyszli czytelnicy nie będą czuli się skrzywdzeni jeśli zdradzę, że „Żołnierze…” opowiadają o homoseksualnym romansie głównego bohatera z mieszkańcem najbiedniejszej dzielnicy Bukaresztu, mającym kryminalną przeszłość. W tym momencie osoby o konserwatywnym światopoglądzie przestaną być może i czytać nawet tę recenzję. Postaram się jednak ich przekonać, że warto.
Oczywiście, wątek homoseksualny jest w „Żołnierzach…” bardzo ważny, ale służy przede wszystkim za tło do pokazania świata społecznych nierówności, problemu samotności i tolerancji (nie tylko wobec gejów, lecz także Cyganów czy szeroko pojętej biedoty). Całość rozgrywa się bowiem w Ferentari – najbiedniejszej, okrytej ponurą sławą dzielnicy Bukaresztu zamieszkiwanej w dużej mierze przez Romów.
Zwraca uwagę specyficzny język używany w powieści – i to zarówno przez narratora, jak i w dialogach. Tutaj ogromne brawa dla tłumaczki, pani Olgi Bartosiewicz. Przetłumaczenie slangu używanego przez najniższe warstwy społeczne tak, aby był on zrozumiały dla polskiego czytelnika, to prawdziwy wyczyn.
Do tego dochodzą barwne opisy postaci, miejsc i wydarzeń. Wszystko to sprawia, że czasami trudno ocenić, czy mamy do czynienia z literacką fikcją, czy też prawdziwymi przeżyciami autora. Od razu rzucają się w oczy wspólne cechy Adriana Schiopa i Adriana będącego głównym bohaterem „Żołnierzy…”. Kolejny trop jest taki, że autor zagrał główną rolę w ekranizacji powieści (której jeszcze nie oglądałem).
Dziękuję wydawnictwu Universitas za udostępnienie egzemplarza książki, czego efektem jest powyższa recenzja.
W Bukareszcie, jak to w stolicy, można wręcz przebierać w różnego rodzaju knajpach. Są takie, gdzie napijemy się piwa za kilka lei, są i takie dla gości z grubszym portfelem. W „Ethic Wine” można napić się doskonałego wina w przystępnej cenie. Aczkolwiek, „w” nie do końca tu pasuje…
Miejsce to pokazał mi znajomy, który do niedawna pracował w Bukareszcie. Pewnego wieczoru krążyliśmy po mieście i zajrzeliśmy właśnie do Ethic Wine. Miłośnicy wina z pewnością znajdą tu coś dla siebie – za butelkę trzeba wydać od kilkudziesięciu lei w górę, do wyboru są zarówno lokalne jaki i zagraniczne wina.
To, czym różni się ten „sklep” od innych to to, że wina można napić się „na miejscu”. Obsługa na życzenie otwiera butelkę, poda kieliszki, gratis możemy liczyć nawet na kubełek lodu.
Jeśli lubimy mieszać wino z wodą, to naprzeciwko jest supermarket. A jeśli mamy ochotę np. na winogrona, to rzut beretem dalej znajduje się zwykle uliczny warzywniak. Czego chcieć więcej?
Wprawdzie „knajpka” dysponuje zaledwie jednym stolikiem i drewnianą beczką, to miejsce zawsze się znajdzie. Zresztą, tłok na chodniku sprzyja rozmowie 🙂
Kolejny znaczący plus to atmosfera. Dominują stali klienci i znajomi właścicieli. Aczkolwiek są też i tacy, którzy po prostu kupują wino żeby wypić je w domu. Wybór jest naprawdę ogromny.
Ethic Wine; Bukareszt, str. Banul Antonache 55. Otwarte codziennie za wyjątkiem niedziel od 13:00 do 22:00
Życie tymczasowego emigranta w Rumunii – mieszkanie, podróże, praca