Warning: file_exists(): open_basedir restriction in effect. File(core/post-comments) is not within the allowed path(s): (/home/mt/domains/michaltorz.pl:/tmp:/var/tmp:/home/mt/.tmp:/home/mt/.php:/usr/local/php:/opt/alt:/etc/pki) in /home/mt/domains/michaltorz.pl/public_html/wp-includes/blocks.php on line 784 Rumunia | Blog o Rumunii i nie tylko | Strona 2
„Sprzedawca początków powieści” – dawno nie spotkałem się z równie intrygującą nazwą. Książka Mateia Vişnieca zawiera w sobie wiele początków, a jej lekturę porównać można do uczucia, gdy ciężko odróżnić jest nam sen od jawy. Zacznijmy jednak tak, jak zapewne życzyłby sobie Autor, czyli od początku…
Pewnego dnia nieoczekiwanie skontaktowała się ze mną przedstawicielka wydawnictwa Universitas. Miłośnicy Rumunii powinni zapamiętać tę nazwę z uwagi na serię pod redakcją pana Jakuba Kornhausera, która prezentuje najgłośniejsze współczesne książki z tego kraju. Do tej pory ukazało się pięć tytułów.
Wybór pierwszego był jasny, bo już sama nazwa „Sprzedawcy początków powieści” nie pozwala przejść przy nim obojętnie. Jak tłumaczy go Autor?
„Czego brakuje nam na tym świecie, że jesteśmy tak bardzo skłonni zaczynać wszystko od nowa, znowu i znowu od początku, z rodzajem wiecznej nadziei, że kolejna sekwencja będzie lepsza, może zabawniejsza, bardziej ekscytująca? Hollywood już dawno to zrozumiał i w swoich filmach, co 45 sekund, przynosi nowe rozładowanie adrenaliny, cała narracja jest sekwencją nerwowych początków… Oto punkt wyjścia dla mojej powieści, w której staram się obserwować ewolucję nowego rodzaju narkotyku społecznego: uzależnienia od iluzji początku. Zatem dlaczego nie napisać, w świecie, gdzie tylko początki są atrakcyjne, powieści złożonej z samych tylko początków?” (cytat za: www.lubimyczytac.pl)
Z tego założenia wyszedł bardzo ciekawy eksperyment. „Akcja” książki przeplata się bowiem z opisem snów, historią człowieka, który budzi się w całkowicie pustym mieście, czy pary której samochód zepsuł się na pustyni. Pojawia się też między innymi księgarz próbujący od czterdziestu lat napisać książkę nad brzegiem morza, romans z tajemniczą panną Ri. Czytelnik wnika także w myśli kogoś, kto od kilku dni siedzi martwy przy stole. Wszystkie te równoległe światy przeplatają się ze sobą w mniej lub bardziej wyrazisty sposób. Poszczególne wątki niekoniecznie muszą zostać dokończone, ale przecież nie o zakończenie tu chodzi, lecz o początek – i o ciągłe pożądanie kolejnych, lepszych, jego wariantów.
To była pierwsza recenzja recenzja w mojej karierze więc proszę o wyrozumiałość. Wydawnictwo przesłało mi kilka książek. Kolejna już przeczytana więc… do następnego!
Być może stanie się to za kilka lat, a może za kilka dekad. Jestem jednak przekonany, że Sighișoarę czeka zagłada. Turystyczna zagłada. Już teraz miasto jest w sezonie oblegane, choć Rumunia wciąż broni się przed masową turystyką. Coś czuję, że kiedyś będę wspominał ostatni wypad z łezką w oku
Wiele zakątków miasta wygląda, jakby od średniowiecza niewiele się w nim zmieniło. Kilkusetletnie baszty, kościoły, wąskie brukowane uliczki – to wszystko daje niepowtarzalny klimat, który w wakacje ściąga wielu turystów. Mnie ściągnął kilka dni temu.
Wyjazd do Rumunii na przełomie stycznia i lutego to pomysł nietypowy. Pod wieloma względami był jednak trafny. Spacer uliczkami Sighișoary daje bowiem gwarancję, że będzie można delektować się wspaniałymi zakątkami bez towarzystwa tłumów. Ba, bez żadnego towarzystwa – oprócz tego, które sami ze sobą zabierzemy.
To dobry pomysł na romantyczny wypad z drugą połówką, ale nie tylko. Zimowe wieczory w Sighișoarze polecić można wszelkiej maści odludkom, albo po prostu tym, którzy nie lubią zgiełku.
Naprawdę – to miasteczko prędzej czy później będzie zadeptane przez turystów. Dla władz i mieszkańców to poniekąd dobre wieści, ale ja tam lubię odwiedzać tę wciąż nieodkrytą Rumunię.
Jeśli chodzi o język rumuński, byłem samoukiem. Kurs w Braszowie sprawił, że poznałem zasady gramatyki i mówię już poprawnie. Jeśli więc ktoś szuka sposobu na szybką i efektywną naukę, to szczerze polecam tego typu wyjazd
Pierwotny plan był taki, żeby pojechać na miesiąc do Warszawy. Na szczęście okazało się, że tamtejszy uniwersytet nie organizuje w tym roku kursu. Zadzwoniłem do krakowskiej szkoły językowej Calitate, gdzie polecono mi kurs w Braszowie organizowany przez Rumuński Instytut Cultury. Okazało się, że na załatwienie wszystkich formalności mam jeden dzień, ale udało się zapisać.
Dzielna Dacia w Braszowie
Pojechałem Dacią, żeby na miejscu dokonać kilku napraw. Pierwszy przystanek był w Klużu, gdzie ugościł mnie Damian z Cristiną. Następnego dnia dotarłem do Braszowa, gdzie była obecna już większość kursantów. Bardzo ciekawy przekrój – ludzie z całego świata, w różnym wieku, każdy z innym powodem, dla którego uczy się tego mimo wszystko rzadkiego języka. Byli fascynaci Rumunii, wykładowcy, potomkowie emigrantów którzy chcieli poznać język swoich przodków, pracownicy instytucji związanych z Unią Europejską (głównie tłumacze). W tej ostatniej grupie dwójka uczy się języka, żeby postarać się o obywatelstwo w obawie przed Brexitem :D.
Na wycieczce po BraszowieWarsztaty kulinarne – robimy sarmale! 🙂
Każdy dzień miał napięty program. Momentami aż za bardzo, bo poza jednym weekendem nie było czasu absolutnie na nic (choć w przypadku kursu, który w nazwie ma „intensywny” to akurat zaleta). Rano śniadanie i cztery godziny zajęć. Obiad, a po obiedzie warsztaty (np. kulinarne), wykłady, wycieczki. Kolacja była o 20. W tym momencie wszyscy byli już tak padnięci, że co najwyżej piliśmy po jednym piwie na mieście. Początkowo część osób rozmawiało jeszcze ze sobą po angielsku. Z drugiej strony byli i tacy, którzy wręcz udawali że angielskiego nie znają :). I bliżej tej grupy się trzymałem, bo chciałem jak najlepiej wykorzystać ten czas.
Widok z okna hotelu, który znajduje się w ścisłym centrumKościół obronny w Viscri – cel jednej z kilku wycieczek zorganizowanych w trakcie kursuMieszkanki Viscri robiące tradycyjne skarpetki. Trudno nie załapać języka na kursie, który ma miejsce w kraju gdzie się go używa
Efekty są rewelacyjne i gorąco każdemu polecam tego typu naukę. Ja akurat znałem podstawy, a dzięki kursowi uporządkowałem sobie wiedzę na temat gramatyki i poznałem całą masę nowych słów i zwrotów. Ale nawet osoby, które nie umiały na wstępie nic, po miesiącu były w stanie prowadzić już proste rozmowy. Z tego co się orientuję, podobne kursy są organizowane w wielu miejscach, na przykład w Jassach i Timiszoarze. Ja jednak – o ile czas pozwoli – będę się trzymał Braszowa.
Rynek w Braszowie
P.S. Na kursie powiedziano nam o dodatkowym atucie Braszowa. Za komuny w mieście (które zresztą jakiś czas nazywało się Stalin) lokowane były ogromne zakłady przemysłowe, do których zjeżdżali Rumuni z całego kraju. Efekt był podobny jak na Dolnym Śląsku – obecnie mówi się tam ponoć najczystszą formą języka, bo różne dialekty się ze sobą wymieszały.
Na początku lipca przyjechałem do Braszowa na kurs językowy. A skoro trwa on miesiąc to pomyślałem, że nie będzie lepszej okazji do naprawy Dacii. Okazało się, że to nie takie proste…
Moja Dacia wzbudza tutaj wielkie zainteresowanie. Jeszcze kilka lat temu takie auta jeździły po rumuńskich drogach, teraz to dla nich spory rarytas – tym bardziej na polskich blachach
Już pierwszego dnia napisałem do warsztatu z prośbą o pomoc. Pierwszy wolny termin był za dwa tygodnie. Trochę długo, ale skoro to serwis Dacii, to warto poczekać. Tak przynajmniej mi się wydawało.
Serwis Dacii w Braszowie przy calea Bucuresti – nie polecam 🙁
Miły pan wziął Dacię na podnośnik, popukał, postukał, po czym potwierdził że faktycznie parę rzeczy trzeba zrobić, ale nie ma na to szans ze względu na brak części. Cóż, dwa tygodnie wcześniej pisałem mu co trzeba zrobić. Mógł od razu dać znać, ale po co?
Tego samego dnia pojechałem do kolejnego warsztatu. Tam przynajmniej krócej czekałem na werdykt – nie mają części do starych Dacii. Nieoczekiwanie pojawił się jednak jakiś facet. Poprosił mechanika o dwa klucze, coś przekręcił, coś przestawił i tym samym sprawił, że silnik zaczął lepiej pracować. Dobre i to.
Jak mówi jeden znajomy Rumun: „Dawniej w co drugiej zagrodzie znalazł się ktoś, kto umie naprawić Dacię. Teraz może w co trzeciej, ale nadal warto próbować”
Czasu było coraz mniej więc skupiłem się na poszukiwaniu części. Okazuje się jednak, że o niektóre jest już bardzo trudno. Jadąc między Bukaresztem a trasą Transfogaraską zajrzałem do jakiegoś wiejskiego warsztatu. Części nie mieli, ale miły pan pojechał ze mną do kolejnej wsi, gdzie jego znajomy ma sklep. Wykupiłem co się dało, bo raczej już tego nie produkują.
Wykupiłem pół jego sklepu, powinien być bardziej zadowolony 🙂
Choć przez dziury w układzie wydechowym Dacię słychać z kilometra i miewa ona swoje fochy, to dzielnie przejechała trasę Transfogaraską.
Po drodze ludzie patrzyli z niedowierzaniem, ale się udało. Tutaj jesteśmy już po drugiej (północnej) stronie – czyli z górki
Dopiero po powrocie do hotelu miałem chwilę, żeby dokładniej obejrzeć swoje łupy. Wygląda na to, że brakuje tylko sprężyn i amortyzatorów do naprawy zawieszenia 🙂
Trochę jeszcze brakuje, ale dobre i to
Wcześniej, gdy traciłem już nadzieję na zakup części, zainwestowałem trochę w „ubezpieczenie”, czyli różnorodne dewocjonalia kupowane w monastyrach i kościołach.
Po prawej moja skromna kolekcja dewocjonaliów
Są jednak rzeczy, których święte medaliki nie załatwią. Takie, jak układ kierowniczy. Podobno pasuje od Dacii Logan. Ale to się okaże już w Polsce…
Ten worek to prowizoryczna naprawa pękniętej osłony układu kierowniczego (nie do dostania w sklepach)
Jutro wracam do Polski. Po drodze czeka mnie jeszcze wizyta w złomowiskach i sklepach. Mam nadzieję, że uda się tam coś znaleźć.
Jeszcze parę lat temu popularne na rumuńskich drogach, dziś prawdziwe białe kruki. Na rumuńskich drogach prawie nie widać już starych Dacii. Czy to dobrze, czy źle, o tym w artykule
Dacie 1300 i 1310 były jeszcze niedawno znakiem rozpoznawczym Rumunii. Można było je spotkać w normalnym ruchu ulicznym, na parkingach między blokami, w zagrodach. Często służyły właścicielom jako normalne auta codziennego użytku. Wtedy jednak pojawił się program Rabla [dosłownie: złom]…
Zdjęcie „pożyczone” z www.autolatest.ro (http://www.autolatest.ro/stiri-masini/informatii-despre-programul-rabla-2016-bani-in-plus-pentru-rabla-plus)
Z tego co pamiętam, początkowo rząd oferował bon na 1000 lei (ok. 1000 złotych) dla osób, które pozbyły się starego samochodu. Bon można było natomiast wykorzystać przy zakupie nowego auta. Pierwszym widocznym skutkiem było to, że na lokalnych portalach aukcyjnych ceny Dacii poszybowały w górę – nieznacznie, bo z paruset lei do ok. 900. Później kwoty wzrastały, a do akcji włączały się kolejne koncerny motoryzacyjne oferujące spore upusty. Skutek?
Ruch uliczny w Rumunii wygląda teraz jak w każdym europejskim kraju. Tutaj: Braszów
Stawiam butelkę palinki temu, kto na powyższym zdjęciu znajdzie choć jedną klasyczną Dacię. Trud daremny, bo obecnie prawie ich nie ma. Przechadzając się ulicami Braszowa z rzadka trafiam na pojedyncze okazy będące w normalnym użyciu – tzn. zadbane, ale nie wyglądające „jak z fabryki”.
Dawniej rumuńscy kolekcjonerzy gardzili tym modelem koncentrując się jedynie na 1100 i 1300. Dziś także 1310-ki są obiektem pożądania
Stosunkowo często widać natomiast modele 1310 z późniejszych etapów produkcji. Są to jednak auta stosunkowo młode, bo produkowane do 2004 roku.
Dacia 1310 Break z przodu…… i z tyłu. Urocza, prawda?
Czasami stojące przy domach Dacie widać jeszcze na prowincji. Ale tam natrafić można także na porzucone egzemplarze, pozostawione na pastwę losu.
Zabudowany model 1310, nadgryziony zębem czasu
Są jednak plusy. Jeszcze dwa lata temu zadbane, wypieszczone Dacie będące w posiadaniu kolekcjonerów należały do rzadkości. Fotografie kilku z nich zamieściłem wówczas w artykule o odwiedzinach w myjni samochodowej. Dziś jest ich coraz więcej, co widać choćby po liczbie tematycznych grup dyskusyjnych w mediach społecznościowych i oczywiście na zlotach. Rumuni się bogacą, a posiadanie stosunkowo drogiego i czasochłonnego hobby jest tego najlepszym przykładem.
P. S. Ceny klasycznych Dacii rosną, co widać choćby po ofertach na olx.ro czy lajumate.ro. Czasami jednak nawet w Polsce można natrafić na egzemplarze czekające na nowego właściciela. Na poniższym zdjęciu Dacia odnaleziona przez kolegę. Niestety, zarówno samochód jak i cała posesja wyglądają na od lat opuszczone…
Każdy zna utwór „Dragostea din tei” zespołu O-Zone, ale nie wszyscy wiedzą że pochodzące z Republiki Mołdawii trio śpiewa go po rumuńsku. Tego typu przykładów znanych-nieznanych „rumuńskich” hitów jest więcej. Zapraszam do mojej subiektywnej listy
Zacznijmy od przesympatycznego O-Zone. Ich utwór był jakieś 10 lat temu prawdziwym wakacyjnym hitem:
Na tym jednak nie skończyła się kariera Dana, Rada i Arsenia. Poniżej jeszcze jeden zacny kawałek:
Największą karierę z całej trójki zrobił Dan Bălan, który występował później jako Crazy Loop.
Obecnie kontynuuje on karierę solową pod własnym nazwiskiem. Niestety, śpiewa głównie po angielsku.
Cofnijmy się jednak nieco w czasie, konkretnie do roku 1999, kiedy w Timiszoarze powstało trio pod nazwą Activ. Trafiłem na to jakiś czas temu i od początku miałem przekonanie, że „gdzieś to już chyba słyszałem”:
W tym samym roku w Bukareszcie powstał zespół Akcent (nie mylić z tym polskim!)
Z aktualnych hitów sporą popularność zyskała INNA. Zupełnie nie moja muzyka, ale jest na czym zawiesić oko:
A tutaj grupa G Girls, też słyszałem w Polsce:
Zbliżamy się do końca więc jeszcze jeden utwór z gatunku „mi się średnio podoba, ale wiem że niektórzy lubią”:
Na koniec mojego subiektywnego zestawienia coś z zupełnie innej beczki, czyli Sandu Ciorba z hitem „Dalibomba”. Utwór stał się parę lat temu w Polsce wiralem i zna go chyba każdy…
Zahaczyłem nieco o manele, ale jeśli chodzi o ten gatunek, stworzę chyba w przyszłości zupełnie nową listę „przebojów” 😀
Dacię udało się ujarzmić więc nadszedł czas na jej upiększanie. Powoli, powolutku, zaczyna już jakoś wyglądać. Pamiętajmy jednak, że Dacia to kobieta i jest nieprzewidywalna…
Elektryka i mechanika zostały w końcu ogarnięte. Zadbałem więc o parę detali, które nie dawały mi dotąd spokoju. Zdemontowałem więc ochronę kloszy, aby zamontować chromowane detale które dostałem w prezencie od sympatycznego kolekcjonera z Suczawy.
Przy okazji, tej biały plastik po lewej służy do regulacji wysokości światła. Na bogato, są dwie opcje do wyboru 🙂Nowe opaski tuż przed montażem
Widać tutaj, tak samo jak wszędzie zresztą, jak poprzedni właściciel zadbał o konserwację auta. Wszystkie spoiny pociągnięte są jakąś czarną mazią i choć nie wygląda to ładnie, to spełniło swoją rolę.
Tego typu zabezpieczenia są wszędzie – od podwozia po wnętrze bagażnika. Ładnie nie wygląda, ale nigdzie nie ma poważniejszych ognisk rdzy
Poniżej Dacia w nowej odsłonie, ze srebrnymi opaskami. Jeśli chodzi o przód, do kompletu brakuje już tylko górnego paska.
Coraz ładniej, choć wiele brakuje…
Analogicznie, podobny pasek ma się znaleźć z tyłu pod zderzakiem. George z Satu Mare mówił ostatnio, że taki ma i się podzieli. Poczekajmy więc do kolejnej wizyty w Rumunii. Tymczasem przymierzyłem napis – ale tylko na chwilę, bo dalej nie wiem jak go „chwycić”. Zmieniłem za to stary plastikowy korek wlewu do paliwa na chromowany.
Tak będzie! Ktoś wie jak to zamocować?
Następnym razem postaram się oczyścić klamki i zderzaki z paskudnej czarnej farby. Zobaczymy, jaki to przyniesie efekt.
Zderzak spod warstwy obrzydliwej farby zdaje się błagać o odsłonięcie 🙂
Poniżej krótki filmik z odpalania Dacii, na którym widać że trzeba jeszcze sporo wyczyścić we wnętrzu.
Ale żeby nie było tak wesoło, parę dni później padł akumulator więc nici z jazdy 😀
Braterska pomoc 😀
Powyższe zdjęcie jest przy okazji pożegnaniem z Corsą, która służyła mi przez ostatni rok. Śmieszne, niepozorne, małe autko. Na szczęście trafiło w dobre ręce :).
Od października nie byłem w Rumunii. Tęsknota straszna mnie ogarnia, zapasy palinki są na wyczerpaniu, więc wziąłem się za remont zakupionej w zeszłym roku Dacii
Już w grudniu wspominałem, że Dacia ma problemy. Trafiła do mechanika nr 1, który sprawił że odpaliła. Ale tylko raz, spod domu już ruszyć nie mogłem więc szukałem innego fachowca. Mechanik nr 2 powiedział od razu, że to elektryka i się na tym nie zna. Polecił Mechanika nr 3, który nie odbierał telefonu. Zaholowałem więc Daczkę do Mechanika nr 4. Skutek był opłakany, bo kolega szarpnął parę razy linką i urwał kawał blachy w miejscu służącym do włożenia korby.
Urwany kawał blachy. Element znajduje się z przodu auta, pod zderzakiem. Defekt nie do zauważenia bez czołgania się pod autem, ale do zrobienia
Osiągnięty został jednak pewien sukces, bo Mechanik nr 4 zlecił Mechanikowi nr 5 wymianę rozrusznika. Auto odpalało poprzez zwarcie którego trzeba było dokonać za pomocą kawałka drutu (:D). Wszystko wskazywało więc, że kolejny problem był w stacyjce. W ten sposób trafiłem do Mechanika nr 6, który okazał się prawdziwym numerem 1 – chodzi o pana Jana Muchę, który ma swój warsztat przy ul. Szwajcarskiej we Wrocławiu. Fachowiec z najwyższej półki, rozpisywać się nie będę, ale serdecznie polecam każdemu!
Czort wie skąd to mieli, ale grunt że wymienili i działa :). Rozrusznik jak nowy.
W międzyczasie kupowałem na olx-ie różne mniej lub bardziej zużyte części. Hitem był dla mnie regulator napięcia z oryginalną naklejką z epoki. Przydał się 🙂
Regulator napięcia tuż przed montażemZ prawej alternator, a po lewej legendarny regulator napięcia
Wymieniony został też alternator (na używkę, ale sprawną), kostka w stacyjce (mieli z Renault) i klema. Miła odmiana, ale auto działa o czym przekonali się koledzy z Krakowa, którzy wpadli na oględziny. Poniżej dowód, że auto działa (profesjonalny komentarz zapewnia Andrzej Tychoniak 🙂 )
Towarzyszył im George Negrea z Satu Mare, który zauważył kilka rozwiązań których w rumuńskich Daciach nie ma (wersja eksportowa, czy co?). Ale o tym kiedy indziej.
Dzień po zakupie Dacii wyjechałem na Dni Polskie do Suczawy, o czym jeszcze napiszę. Tam rozpocząłem poszukiwania części. Z bezpiecznikami problemu nie było, gorzej z elementami chromowanymi. Z pomocą sympatycznego kolekcjonera Dacii udało mi się przywieźć do Wrocławia nieco skarbów
Poprzedni właściciel usunął je albo zamalował na czarno w latach 80-tych albo 90-tych. Ponoć wyszły wtedy z mody. Tak jak z farbą można sobie poradzić, to ze skompletowaniem braków jest gorzej. Tutaj przyszli z pomocą niezawodni Rumuni.
Pytałem w suczawskim Muzeum Bukowiny o namiar na sklepy i szroty, a dostałem namiar na Dănuța Crainiciuca – lokalnego kolekcjonera Dacii 1300. Dănuț mówi nieco po angielsku, ja mówię nieco po rumuńsku, do tego towarzyszył nam jego syn Iasmin, który robił za tłumacza. Młody mówił tak po angielsku, że było to szokiem większym niż zaprezentowane podczas spotkania Dacie.
Razem pojechaliśmy w pewne miejsce, gdzie stały dwa rzędy starych garaży. Po otwarciu każdego z nich moim oczom ukazywał się kolejny egzemplarz. Ale jakie to były egzemplarze – różne roczniki, w tym model o numerze 0002 z pierwszego roku produkcji czy wersja angielska Renault 12 (na tej licencji powstawały Dacie 1300). Łącznie 9 aut, każde w stanie jakby właśnie opuściły fabrykę. Wystarczy chyba wspomnieć, że pokazywałem zdjęcia swojej z lekkim zakłopotaniem… 🙂
Ze spotkania wróciłem bogatszy o kilka brakujących elementów i nowego znajomego, którego mam nadzieję jeszcze kiedyś spotkać. Kolejne łowy miały miejsce podczas październikowego targu w Negreni. Niestety części tam nie było, ale na otarcie łez mam kilka komunistycznych orderów i przypinek.
W międzyczasie Dacia odmówiła posłuszeństwa i zajmuje się nią już trzeci mechanik. Ponoć chodzi o zapłon, ale może coś jeszcze? Cholera wie. Plan jest taki, żeby zaczęła jeździć, ale chciałbym nią dojechać do Rumunii i tam zostawić u jakiegoś znajomego mechanika. Zapowiada się podróż z przygodami 🙂
Jesienny targ w Negreni. Miejsce, gdzie można dostać absolutnie wszystko – antyki, garnki, gipsowe grzyby, komunistyczne medale czy sprzęt RTV. Jak się okazało, można też dostać po mordzie.
Nie będę się rozpisywał nad dojazdem i powrotem. Wspomnę tylko, że pojechaliśmy do Negreni w cztery osoby Dacią 1410. Towarzyszyło nam też dwóch kolegów ze Śląska Cieszyńskiego, którym udało się dojechać Fiatem 126p z przyczepką. Ale jaką przyczepką! Kilka ruchów i zamienia się ją w dwuosobowy namiot. Oto, jak prezentowało się nasze koczowisko.
Widok z namiotu. Warunki spartańskie, zwłaszcza że rano był przymrozekNasze obozowisko w pełnej krasie
Dzięki targowisku ożywa cała wieś. Większość mieszkańców udostępnia każdy, najmniejszy nawet spłachetek ziemi jako parking.
Targ to prawdziwe żniwa dla mieszkańców Negreni. Miejsce na parkingu kosztuje ok. 10 – 15 lei od autaKażde gospodarstwo zmienia się w parking, a jak trzeba to w kemping
Byliśmy akurat w ostatni weekend tygodniowego targu, na którym można zakupić masę ciekawych rzeczy. Idąc za radą Michała, zakupy robiliśmy na lekkim rauszu, co poskutkowało ciekawymi zdobyczami. Stałem się między innymi właścicielem tandetnych gipsowych grzybów sprzedanych przez Cygankę, które rozpadały się w rękach w pięć minut po zakupie.
Tradycyjne garnki od cygańskich rzemieślnikówWidok z mostu na część z ubraniamiPrawdziwy misz-masz, w którym każdy znajdzie coś dla siebieTarg ciągnie się od głównej drogi, przez tory i rzekę, aż po las za wsiąNoże, stare narzędzia, figurki zwierząt, naczynia, używane pędzle malarskie, a może… cekinowana czaszka?Zdarzają się też polskie akcenty
Targ to zresztą istny raj dla miłośników kiczu. Mnóstwo tam przedmiotów z lat 90-tych, noszących ślady mocnego zużycia, które w większości pozyskiwane są zapewne ze śmietników wszystkich krajów Europy.
Sprzedawcy śpią w namiotach albo samochodach przez cały tydzień trwania targuGary, a w tle tory którymi regularnie jeździły pociągi. Poniżej po lewej Cyganka demonstruje obieraczkę do warzyw. Po prawej przemiły ksiądz, który w zamian za datek na monastyr zapisuje imię darczyńcy i obiecuje się za niego pomodlić.
Część gastronomiczna z tradycyjnymi daniami Transylwanii
Wieczorem następuje odmiana. Gdy tylko słońce schowa się za górami, ludzie opuszczają Negreni stojąc w kilometrowych korkach.
Późne popołudnie, samochody stoją w obu kierunkach. A trzeba wiedzieć, że to jedna z dróg „wojewódzkich”Po zmroku korek narasta. Policjanci kierują ruchem, ale nie na wiele się to zdaje
Po zmroku zmienia się też targ. Stoiska są zabezpieczane, ale nie oznacza to że obsługa idzie spać. Częstym widokiem są cienie bawiących się w środku ludzi, z każdego płynie też radosna muzyka.
Impreza zamknięta w jednym z namiotówCyganie rozpalili już ognisko, zamierzali piec na nim barana
Sprzedawcy tłoczą się też w miejscach bardziej zorganizowanych imprez. Odwiedziliśmy kilka z nich, bo warto zobaczyć jak bawią się poszczególne grupy. Podział jest prosty, gdyż skład poszczególnych imprez odzwierciedla strukturę etniczną Transylwanii. Najliczniejsi są Rumuni.
Sympatyczna rumuńska para. Gdy skończyła się wódka, serwowali palinkę spod stołuRumuńskie specjały. Wieczorem to tutaj odbywała się największa impreza
Kawałek dalej, w rytm tradycyjnej muzyki na żywo, bawili się Węgrzy. Tam właśnie poznałem Petera, Niemca który do Negreni przyjeżdża regularnie. Jak twierdzi, dla zabawy, bo zarobek to dla niego żaden.
Węgierski sektor i muzyka na żywoEkipa węgierskiego lokalu. Niewiasta po prawej się zawstydziła i chciała uciec przed obiektywem
Peter to postać o tyle ważna, że dzięki niemu poznaliśmy Ludoviga – starego Cygana, który posiada liczną rodzinę rozsianą od Istambułu po Poznań.
Peter i jego skarby. Obstawiam, że połowę rozdałOd lewej Peter, Michał i Ludovig w tradycyjnym cygańskim stroju. No i ja
Lata temu Ludovig rozpoczął swoją osobistą wojnę z Szatanem. Nie pije alkoholu, nie pali, nie je wieprzowiny. Nawet na muzyków cygańskich patrzył krzywo, twierdząc że ich piosenki to dzieło diabła. Stał się on jednak naszą polisą ubezpieczeniową, dzięki której mogliśmy wziąć udział w prawdziwej cygańskiej imprezie.
Mini koncert na cygańskiej imprezie, wygląda na to że tylko znaczniejsi goście mogli siedzieć przy stole, bo młodzież bawiła się poza namiotem„Bos” i jego płomienne przemówienie o dumie z bycia Cyganem z RumuniiZaplecze gastronomiczneCisza przed burzą…
Zasada zabawy była prosta. Kto chciał dedykację, ten wręczał wokaliście 10 lei. Po chwili na horyzoncie zjawił się człowiek, który dał mu 100 lei i kupił dla wszystkich kilka butelek wina. Od tej pory młody artysta nie nazywał go inaczej jak „bos”, czym wzbudzał aplauz u publiczności.
Nieoczekiwani gościeMłody artysta w tarapatach
W pewnym momencie naiwny młodzieniec zaczął śpiewać piosenkę o policji. Z grubsza o tym, że mogą go pocałować w cztery litery. Reakcja była szybka, gdyż znienacka przyjechały dwa radiowozy i policyjny bus, a dwuosobowy zespół został schwytany przez funkcjonariuszy.
„Bos” i policjanciW trakcie interwencjiOkolica od razu się wyludniła
Odezwała się we mnie dusza reportera więc robiłem zdjęcia podczas zajścia. Spytałem nawet jednego z policjantów o co chodzi, bo przecież ja jestem z Polski, z Cyganami bawiliśmy się przednio i nic złego się nie działo. Wtem dotychczasowy „bos” pokazał mi legitymację policyjną. Czyżby prowokacja? Chyba nie chciał zostać zdemaskowany więc ściągnął mi okulary delikatnym plaskaczem. Nadszedł więc czas, aby się wycofać. Do tej pory zachodzę w głowę, o co tak naprawdę chodziło…
Życie tymczasowego emigranta w Rumunii – mieszkanie, podróże, praca