Warning: file_exists(): open_basedir restriction in effect. File(core/post-comments) is not within the allowed path(s): (/home/mt/domains/michaltorz.pl:/tmp:/var/tmp:/home/mt/.tmp:/home/mt/.php:/usr/local/php:/opt/alt:/etc/pki) in /home/mt/domains/michaltorz.pl/public_html/wp-includes/blocks.php on line 784 Blog o Rumunii i nie tylko | Życie tymczasowego emigranta w Rumunii – mieszkanie, podróże, praca | Strona 3
Jeszcze parę lat temu popularne na rumuńskich drogach, dziś prawdziwe białe kruki. Na rumuńskich drogach prawie nie widać już starych Dacii. Czy to dobrze, czy źle, o tym w artykule
Dacie 1300 i 1310 były jeszcze niedawno znakiem rozpoznawczym Rumunii. Można było je spotkać w normalnym ruchu ulicznym, na parkingach między blokami, w zagrodach. Często służyły właścicielom jako normalne auta codziennego użytku. Wtedy jednak pojawił się program Rabla [dosłownie: złom]…
Zdjęcie „pożyczone” z www.autolatest.ro (http://www.autolatest.ro/stiri-masini/informatii-despre-programul-rabla-2016-bani-in-plus-pentru-rabla-plus)
Z tego co pamiętam, początkowo rząd oferował bon na 1000 lei (ok. 1000 złotych) dla osób, które pozbyły się starego samochodu. Bon można było natomiast wykorzystać przy zakupie nowego auta. Pierwszym widocznym skutkiem było to, że na lokalnych portalach aukcyjnych ceny Dacii poszybowały w górę – nieznacznie, bo z paruset lei do ok. 900. Później kwoty wzrastały, a do akcji włączały się kolejne koncerny motoryzacyjne oferujące spore upusty. Skutek?
Ruch uliczny w Rumunii wygląda teraz jak w każdym europejskim kraju. Tutaj: Braszów
Stawiam butelkę palinki temu, kto na powyższym zdjęciu znajdzie choć jedną klasyczną Dacię. Trud daremny, bo obecnie prawie ich nie ma. Przechadzając się ulicami Braszowa z rzadka trafiam na pojedyncze okazy będące w normalnym użyciu – tzn. zadbane, ale nie wyglądające „jak z fabryki”.
Dawniej rumuńscy kolekcjonerzy gardzili tym modelem koncentrując się jedynie na 1100 i 1300. Dziś także 1310-ki są obiektem pożądania
Stosunkowo często widać natomiast modele 1310 z późniejszych etapów produkcji. Są to jednak auta stosunkowo młode, bo produkowane do 2004 roku.
Dacia 1310 Break z przodu…… i z tyłu. Urocza, prawda?
Czasami stojące przy domach Dacie widać jeszcze na prowincji. Ale tam natrafić można także na porzucone egzemplarze, pozostawione na pastwę losu.
Zabudowany model 1310, nadgryziony zębem czasu
Są jednak plusy. Jeszcze dwa lata temu zadbane, wypieszczone Dacie będące w posiadaniu kolekcjonerów należały do rzadkości. Fotografie kilku z nich zamieściłem wówczas w artykule o odwiedzinach w myjni samochodowej. Dziś jest ich coraz więcej, co widać choćby po liczbie tematycznych grup dyskusyjnych w mediach społecznościowych i oczywiście na zlotach. Rumuni się bogacą, a posiadanie stosunkowo drogiego i czasochłonnego hobby jest tego najlepszym przykładem.
P. S. Ceny klasycznych Dacii rosną, co widać choćby po ofertach na olx.ro czy lajumate.ro. Czasami jednak nawet w Polsce można natrafić na egzemplarze czekające na nowego właściciela. Na poniższym zdjęciu Dacia odnaleziona przez kolegę. Niestety, zarówno samochód jak i cała posesja wyglądają na od lat opuszczone…
Każdy zna utwór „Dragostea din tei” zespołu O-Zone, ale nie wszyscy wiedzą że pochodzące z Republiki Mołdawii trio śpiewa go po rumuńsku. Tego typu przykładów znanych-nieznanych „rumuńskich” hitów jest więcej. Zapraszam do mojej subiektywnej listy
Zacznijmy od przesympatycznego O-Zone. Ich utwór był jakieś 10 lat temu prawdziwym wakacyjnym hitem:
Na tym jednak nie skończyła się kariera Dana, Rada i Arsenia. Poniżej jeszcze jeden zacny kawałek:
Największą karierę z całej trójki zrobił Dan Bălan, który występował później jako Crazy Loop.
Obecnie kontynuuje on karierę solową pod własnym nazwiskiem. Niestety, śpiewa głównie po angielsku.
Cofnijmy się jednak nieco w czasie, konkretnie do roku 1999, kiedy w Timiszoarze powstało trio pod nazwą Activ. Trafiłem na to jakiś czas temu i od początku miałem przekonanie, że „gdzieś to już chyba słyszałem”:
W tym samym roku w Bukareszcie powstał zespół Akcent (nie mylić z tym polskim!)
Z aktualnych hitów sporą popularność zyskała INNA. Zupełnie nie moja muzyka, ale jest na czym zawiesić oko:
A tutaj grupa G Girls, też słyszałem w Polsce:
Zbliżamy się do końca więc jeszcze jeden utwór z gatunku „mi się średnio podoba, ale wiem że niektórzy lubią”:
Na koniec mojego subiektywnego zestawienia coś z zupełnie innej beczki, czyli Sandu Ciorba z hitem „Dalibomba”. Utwór stał się parę lat temu w Polsce wiralem i zna go chyba każdy…
Zahaczyłem nieco o manele, ale jeśli chodzi o ten gatunek, stworzę chyba w przyszłości zupełnie nową listę „przebojów” 😀
Dacię udało się ujarzmić więc nadszedł czas na jej upiększanie. Powoli, powolutku, zaczyna już jakoś wyglądać. Pamiętajmy jednak, że Dacia to kobieta i jest nieprzewidywalna…
Elektryka i mechanika zostały w końcu ogarnięte. Zadbałem więc o parę detali, które nie dawały mi dotąd spokoju. Zdemontowałem więc ochronę kloszy, aby zamontować chromowane detale które dostałem w prezencie od sympatycznego kolekcjonera z Suczawy.
Przy okazji, tej biały plastik po lewej służy do regulacji wysokości światła. Na bogato, są dwie opcje do wyboru 🙂Nowe opaski tuż przed montażem
Widać tutaj, tak samo jak wszędzie zresztą, jak poprzedni właściciel zadbał o konserwację auta. Wszystkie spoiny pociągnięte są jakąś czarną mazią i choć nie wygląda to ładnie, to spełniło swoją rolę.
Tego typu zabezpieczenia są wszędzie – od podwozia po wnętrze bagażnika. Ładnie nie wygląda, ale nigdzie nie ma poważniejszych ognisk rdzy
Poniżej Dacia w nowej odsłonie, ze srebrnymi opaskami. Jeśli chodzi o przód, do kompletu brakuje już tylko górnego paska.
Coraz ładniej, choć wiele brakuje…
Analogicznie, podobny pasek ma się znaleźć z tyłu pod zderzakiem. George z Satu Mare mówił ostatnio, że taki ma i się podzieli. Poczekajmy więc do kolejnej wizyty w Rumunii. Tymczasem przymierzyłem napis – ale tylko na chwilę, bo dalej nie wiem jak go „chwycić”. Zmieniłem za to stary plastikowy korek wlewu do paliwa na chromowany.
Tak będzie! Ktoś wie jak to zamocować?
Następnym razem postaram się oczyścić klamki i zderzaki z paskudnej czarnej farby. Zobaczymy, jaki to przyniesie efekt.
Zderzak spod warstwy obrzydliwej farby zdaje się błagać o odsłonięcie 🙂
Poniżej krótki filmik z odpalania Dacii, na którym widać że trzeba jeszcze sporo wyczyścić we wnętrzu.
Ale żeby nie było tak wesoło, parę dni później padł akumulator więc nici z jazdy 😀
Braterska pomoc 😀
Powyższe zdjęcie jest przy okazji pożegnaniem z Corsą, która służyła mi przez ostatni rok. Śmieszne, niepozorne, małe autko. Na szczęście trafiło w dobre ręce :).
Od października nie byłem w Rumunii. Tęsknota straszna mnie ogarnia, zapasy palinki są na wyczerpaniu, więc wziąłem się za remont zakupionej w zeszłym roku Dacii
Już w grudniu wspominałem, że Dacia ma problemy. Trafiła do mechanika nr 1, który sprawił że odpaliła. Ale tylko raz, spod domu już ruszyć nie mogłem więc szukałem innego fachowca. Mechanik nr 2 powiedział od razu, że to elektryka i się na tym nie zna. Polecił Mechanika nr 3, który nie odbierał telefonu. Zaholowałem więc Daczkę do Mechanika nr 4. Skutek był opłakany, bo kolega szarpnął parę razy linką i urwał kawał blachy w miejscu służącym do włożenia korby.
Urwany kawał blachy. Element znajduje się z przodu auta, pod zderzakiem. Defekt nie do zauważenia bez czołgania się pod autem, ale do zrobienia
Osiągnięty został jednak pewien sukces, bo Mechanik nr 4 zlecił Mechanikowi nr 5 wymianę rozrusznika. Auto odpalało poprzez zwarcie którego trzeba było dokonać za pomocą kawałka drutu (:D). Wszystko wskazywało więc, że kolejny problem był w stacyjce. W ten sposób trafiłem do Mechanika nr 6, który okazał się prawdziwym numerem 1 – chodzi o pana Jana Muchę, który ma swój warsztat przy ul. Szwajcarskiej we Wrocławiu. Fachowiec z najwyższej półki, rozpisywać się nie będę, ale serdecznie polecam każdemu!
Czort wie skąd to mieli, ale grunt że wymienili i działa :). Rozrusznik jak nowy.
W międzyczasie kupowałem na olx-ie różne mniej lub bardziej zużyte części. Hitem był dla mnie regulator napięcia z oryginalną naklejką z epoki. Przydał się 🙂
Regulator napięcia tuż przed montażemZ prawej alternator, a po lewej legendarny regulator napięcia
Wymieniony został też alternator (na używkę, ale sprawną), kostka w stacyjce (mieli z Renault) i klema. Miła odmiana, ale auto działa o czym przekonali się koledzy z Krakowa, którzy wpadli na oględziny. Poniżej dowód, że auto działa (profesjonalny komentarz zapewnia Andrzej Tychoniak 🙂 )
Towarzyszył im George Negrea z Satu Mare, który zauważył kilka rozwiązań których w rumuńskich Daciach nie ma (wersja eksportowa, czy co?). Ale o tym kiedy indziej.
Dzień po zakupie Dacii wyjechałem na Dni Polskie do Suczawy, o czym jeszcze napiszę. Tam rozpocząłem poszukiwania części. Z bezpiecznikami problemu nie było, gorzej z elementami chromowanymi. Z pomocą sympatycznego kolekcjonera Dacii udało mi się przywieźć do Wrocławia nieco skarbów
Poprzedni właściciel usunął je albo zamalował na czarno w latach 80-tych albo 90-tych. Ponoć wyszły wtedy z mody. Tak jak z farbą można sobie poradzić, to ze skompletowaniem braków jest gorzej. Tutaj przyszli z pomocą niezawodni Rumuni.
Pytałem w suczawskim Muzeum Bukowiny o namiar na sklepy i szroty, a dostałem namiar na Dănuța Crainiciuca – lokalnego kolekcjonera Dacii 1300. Dănuț mówi nieco po angielsku, ja mówię nieco po rumuńsku, do tego towarzyszył nam jego syn Iasmin, który robił za tłumacza. Młody mówił tak po angielsku, że było to szokiem większym niż zaprezentowane podczas spotkania Dacie.
Razem pojechaliśmy w pewne miejsce, gdzie stały dwa rzędy starych garaży. Po otwarciu każdego z nich moim oczom ukazywał się kolejny egzemplarz. Ale jakie to były egzemplarze – różne roczniki, w tym model o numerze 0002 z pierwszego roku produkcji czy wersja angielska Renault 12 (na tej licencji powstawały Dacie 1300). Łącznie 9 aut, każde w stanie jakby właśnie opuściły fabrykę. Wystarczy chyba wspomnieć, że pokazywałem zdjęcia swojej z lekkim zakłopotaniem… 🙂
Ze spotkania wróciłem bogatszy o kilka brakujących elementów i nowego znajomego, którego mam nadzieję jeszcze kiedyś spotkać. Kolejne łowy miały miejsce podczas październikowego targu w Negreni. Niestety części tam nie było, ale na otarcie łez mam kilka komunistycznych orderów i przypinek.
W międzyczasie Dacia odmówiła posłuszeństwa i zajmuje się nią już trzeci mechanik. Ponoć chodzi o zapłon, ale może coś jeszcze? Cholera wie. Plan jest taki, żeby zaczęła jeździć, ale chciałbym nią dojechać do Rumunii i tam zostawić u jakiegoś znajomego mechanika. Zapowiada się podróż z przygodami 🙂
Jesienny targ w Negreni. Miejsce, gdzie można dostać absolutnie wszystko – antyki, garnki, gipsowe grzyby, komunistyczne medale czy sprzęt RTV. Jak się okazało, można też dostać po mordzie.
Nie będę się rozpisywał nad dojazdem i powrotem. Wspomnę tylko, że pojechaliśmy do Negreni w cztery osoby Dacią 1410. Towarzyszyło nam też dwóch kolegów ze Śląska Cieszyńskiego, którym udało się dojechać Fiatem 126p z przyczepką. Ale jaką przyczepką! Kilka ruchów i zamienia się ją w dwuosobowy namiot. Oto, jak prezentowało się nasze koczowisko.
Widok z namiotu. Warunki spartańskie, zwłaszcza że rano był przymrozekNasze obozowisko w pełnej krasie
Dzięki targowisku ożywa cała wieś. Większość mieszkańców udostępnia każdy, najmniejszy nawet spłachetek ziemi jako parking.
Targ to prawdziwe żniwa dla mieszkańców Negreni. Miejsce na parkingu kosztuje ok. 10 – 15 lei od autaKażde gospodarstwo zmienia się w parking, a jak trzeba to w kemping
Byliśmy akurat w ostatni weekend tygodniowego targu, na którym można zakupić masę ciekawych rzeczy. Idąc za radą Michała, zakupy robiliśmy na lekkim rauszu, co poskutkowało ciekawymi zdobyczami. Stałem się między innymi właścicielem tandetnych gipsowych grzybów sprzedanych przez Cygankę, które rozpadały się w rękach w pięć minut po zakupie.
Tradycyjne garnki od cygańskich rzemieślnikówWidok z mostu na część z ubraniamiPrawdziwy misz-masz, w którym każdy znajdzie coś dla siebieTarg ciągnie się od głównej drogi, przez tory i rzekę, aż po las za wsiąNoże, stare narzędzia, figurki zwierząt, naczynia, używane pędzle malarskie, a może… cekinowana czaszka?Zdarzają się też polskie akcenty
Targ to zresztą istny raj dla miłośników kiczu. Mnóstwo tam przedmiotów z lat 90-tych, noszących ślady mocnego zużycia, które w większości pozyskiwane są zapewne ze śmietników wszystkich krajów Europy.
Sprzedawcy śpią w namiotach albo samochodach przez cały tydzień trwania targuGary, a w tle tory którymi regularnie jeździły pociągi. Poniżej po lewej Cyganka demonstruje obieraczkę do warzyw. Po prawej przemiły ksiądz, który w zamian za datek na monastyr zapisuje imię darczyńcy i obiecuje się za niego pomodlić.
Część gastronomiczna z tradycyjnymi daniami Transylwanii
Wieczorem następuje odmiana. Gdy tylko słońce schowa się za górami, ludzie opuszczają Negreni stojąc w kilometrowych korkach.
Późne popołudnie, samochody stoją w obu kierunkach. A trzeba wiedzieć, że to jedna z dróg „wojewódzkich”Po zmroku korek narasta. Policjanci kierują ruchem, ale nie na wiele się to zdaje
Po zmroku zmienia się też targ. Stoiska są zabezpieczane, ale nie oznacza to że obsługa idzie spać. Częstym widokiem są cienie bawiących się w środku ludzi, z każdego płynie też radosna muzyka.
Impreza zamknięta w jednym z namiotówCyganie rozpalili już ognisko, zamierzali piec na nim barana
Sprzedawcy tłoczą się też w miejscach bardziej zorganizowanych imprez. Odwiedziliśmy kilka z nich, bo warto zobaczyć jak bawią się poszczególne grupy. Podział jest prosty, gdyż skład poszczególnych imprez odzwierciedla strukturę etniczną Transylwanii. Najliczniejsi są Rumuni.
Sympatyczna rumuńska para. Gdy skończyła się wódka, serwowali palinkę spod stołuRumuńskie specjały. Wieczorem to tutaj odbywała się największa impreza
Kawałek dalej, w rytm tradycyjnej muzyki na żywo, bawili się Węgrzy. Tam właśnie poznałem Petera, Niemca który do Negreni przyjeżdża regularnie. Jak twierdzi, dla zabawy, bo zarobek to dla niego żaden.
Węgierski sektor i muzyka na żywoEkipa węgierskiego lokalu. Niewiasta po prawej się zawstydziła i chciała uciec przed obiektywem
Peter to postać o tyle ważna, że dzięki niemu poznaliśmy Ludoviga – starego Cygana, który posiada liczną rodzinę rozsianą od Istambułu po Poznań.
Peter i jego skarby. Obstawiam, że połowę rozdałOd lewej Peter, Michał i Ludovig w tradycyjnym cygańskim stroju. No i ja
Lata temu Ludovig rozpoczął swoją osobistą wojnę z Szatanem. Nie pije alkoholu, nie pali, nie je wieprzowiny. Nawet na muzyków cygańskich patrzył krzywo, twierdząc że ich piosenki to dzieło diabła. Stał się on jednak naszą polisą ubezpieczeniową, dzięki której mogliśmy wziąć udział w prawdziwej cygańskiej imprezie.
Mini koncert na cygańskiej imprezie, wygląda na to że tylko znaczniejsi goście mogli siedzieć przy stole, bo młodzież bawiła się poza namiotem„Bos” i jego płomienne przemówienie o dumie z bycia Cyganem z RumuniiZaplecze gastronomiczneCisza przed burzą…
Zasada zabawy była prosta. Kto chciał dedykację, ten wręczał wokaliście 10 lei. Po chwili na horyzoncie zjawił się człowiek, który dał mu 100 lei i kupił dla wszystkich kilka butelek wina. Od tej pory młody artysta nie nazywał go inaczej jak „bos”, czym wzbudzał aplauz u publiczności.
Nieoczekiwani gościeMłody artysta w tarapatach
W pewnym momencie naiwny młodzieniec zaczął śpiewać piosenkę o policji. Z grubsza o tym, że mogą go pocałować w cztery litery. Reakcja była szybka, gdyż znienacka przyjechały dwa radiowozy i policyjny bus, a dwuosobowy zespół został schwytany przez funkcjonariuszy.
„Bos” i policjanciW trakcie interwencjiOkolica od razu się wyludniła
Odezwała się we mnie dusza reportera więc robiłem zdjęcia podczas zajścia. Spytałem nawet jednego z policjantów o co chodzi, bo przecież ja jestem z Polski, z Cyganami bawiliśmy się przednio i nic złego się nie działo. Wtem dotychczasowy „bos” pokazał mi legitymację policyjną. Czyżby prowokacja? Chyba nie chciał zostać zdemaskowany więc ściągnął mi okulary delikatnym plaskaczem. Nadszedł więc czas, aby się wycofać. Do tej pory zachodzę w głowę, o co tak naprawdę chodziło…
Dacia Veche, czyli Stara Dacia, czyli… mój obiekt westchnień od pierwszego przyjazdu do Rumunii. Od tamtego momentu minęło parę lat i w końcu mam swój egzemplarz.
Dacia 1300 z Bolesławca. Stan niezły, choć cena przesadna (4500 zł). No i uszkodzona pompa wodna, więc w wakacje nie do jeżdżenia. Ponoć sprzedana do Białegostoku.
Przez ostatnich kilka miesięcy przeglądałem więc wiele rumuńskich portali, takich jak lajumate.ro czy olx.ro. Co jakiś czas zerkałem też na polskie strony, choć Dacii na nich jak na lekarstwo. Czasami dochodziły mnie plotki, że kiedyś jakaś stała w garażu, ale parę lat temu została sprzedana.
Ślicznotka z Nowej Huty. Rocznik 1973, podobno pierwszy właściciel. Niestety dużo na niej rdzy i cena nie za niska (prawie 4000 zł)
Cuda się jednak zdarzają. Przez ostatnie trzy miesiące namierzyłem aż trzy Dacie 1300 i kilka 1310-tek. Ale że to najstarsza wersja mi się najbardziej podobała, to właśnie na poszukiwaniu takiego modelu się skoncentrowałem.
Zdjęcie ilustracyjne z aukcji nie zachwycało…
W każdej było coś nie tak. Czasami cena była za wysoka, czasami stan zbyt kiepski. Oto jednak znalazła się – lazurowa Dacia 1300 czekała w Trębaczewie za jedyne 2500 złotych (link w przyszłości może nie działać). Michał z klubu Drum Bun ocenił, że jest „warta uwagi”. Zwierzyłem się ze znaleziska Pawłowi mówiąc, że obejrzałbym ją za tydzień dwa, po powrocie z Suczawy. „Nie bądź p***ą, zgarniam Cię po pracy i jedziemy” – te słowa zmieniły moje życie :).
Aż się komputer wiesza jak wrzucam tę fotkę więc daję miniaturkę. Pierwsza wspólna fotka <3.
Pan Daniel kupił Dacię w styczniu z zamiarem remontu, ale odstąpił od tego pomysłu. Auto można było obejrzeć przy drodze w Trębaczewie. Pojechaliśmy, a on obiecał zerwać się z pracy i do nas dojechać. Było więc czas na to aby, idąc za radą Michała, na spokojnie wszystko obejrzeć.
Chlapacze w stylu retro
Zaczęliśmy od oględzin karoserii, która choć nie wygląda rewelacyjnie, to nie ma dramatu. Choć kolor – jak widać – jest dość specyficzny. Okazało się, że klapa silnika nie była domknięta, więc byliśmy w stanie obejrzeć wszystko w środku.
Nic, tylko przekręcić i jechać 🙂
Po chwili zauważyliśmy, że drzwi też są otwarte (nawet kluczyki były w stacyjce! :D) więc było sporo czasu sprawdzenie wszystkich możliwych szczegółów i podjęcie decyzji…
Otwarta Dacia, z kluczykami w stacyjce i przy głównej drodze. I tak nikt nie ukradł 🙂
…kilka spojrzeń w smutne reflektory utwierdziło mnie w przekonaniu, że to Ona. Bierzemy! Kosztowało mnie to pożyczkę u kolegi, ale klamka zapadła. Paweł pojechał do domu, a my zajęliśmy się formalnościami. W efekcie 4 września ok. 19 ruszyłem do Wrocławia, co wiązało się z pierwszymi przygodami. Np. działały tylko długie światła, przy drogowych coś nie stykało i świeciły się tylko dwie małe żaróweczki.
Przebieg lekko ponad 25 tysięcy kilometrów. Tyle, że jest tylko miejsce na pięć cyferek więc nie wiadomo ile razy licznik się przekręcił 🙂
Z pomocą przyszedł deszcz, bo okazało się że po uruchomieniu wycieraczek światła nieco się przygaszały co pozwalało imitować normalne oświetlenie. Później usterka sama się naprawiła po tym, jak wpadłem w jakąś dziurę. „Asta e Dacia ” („To jest Dacia”) – komentarz Moniki z klubu Drum Bun pasuje najlepiej do tego typu sytuacji.
Asta e Dacia!
Koniec końców – dojechałem, a teraz nadszedł czas na remont. No, ale żeby nie przynudzać, zostawię to na kolejny wpis.
Trochę czasu minęło od lipcowej wyprawy wokół Rumunii. Nadszedł więc czas na spokojny opis wyjazdu, który pod wieloma względami różnił się od poprzednich.
Na pomysł zorganizowania tego typu wyprawy wpadł na początku tego roku pan Ovidiu Dranga, ambasador Rumunii w Polsce. Postanowił on o wysłaniu grupy Polaków, którzy przemierzyliby szlak turystów z lat 70′ i 80′ ubiegłego wieku.
Fiat 125p, gdzieś między Klużem a Hunedoarą
Stanęło na tym, że wyruszyliśmy w ok. 40 osób. Starymi Daciami, Fiatami, Nysą i Oltcitem mieliśmy za zadanie dojechać nad Morze Czarne, po drodze zwiedzając Rumunię i zachęcić tym samym naszych rodaków do częstszych odwiedzin.
Dacia 1300, za nią 1310 kombi, a po prawej powiew nowoczesności
Oszczędzę Czytelnikom pełnego opisu każdego dnia. Pokrótce można powiedzieć, że wyprawa odbywała się według podobnego schematu. Rano wstawaliśmy, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, tak odbywała się parada po mieście w asyście policji, witali nas lokalni przedstawiciele władz, a na koniec goszczono nas na wspaniałych wieczerzach, na których palinka (lub cujka) lały się dzbankami.
Negrești-Oaș, jeszcze starszy od Dacii i Fiatów środek transportu
Czasem towarzyszyły temu wspaniałe występy zespołów ludowych. Powtarzalność tego procesu nie sprawiała jednak, że było nudno!
Sympatyczne panie w skansenie w Negrești-Oaș
Wyjechaliśmy we wtorek 27 czerwca i późnym wieczorem dotarliśmy do Negrești-Oaș w pobliżu Satu Mare. Mieliśmy sporą obsuwę więc przywitanie i poczęstunek nastąpiły dopiero następnego dnia z rana. Wtedy też zwiedziliśmy świetny skansen i koło południa wyruszyliśmy do mojego ukochanego Klużu.
Kluż, pomnik Macieja Korwina
Później trasa prowadziła do Hunedoary, gdzie zwiedzaliśmy słynny zamek. Samo miasto też jest przesympatyczne, choć okolice jego największej atrakcji przepełnione są zrujnowanymi fabrykami.
Zamczysko w Hunedoarze
Po noclegu udaliśmy się w kierunku Transalpiny. Górska trasa była dla starych aut nie lada wyzwaniem. Oltcita pod koniec podholowali na przykład ratownicy górscy z Salvamontu.
Dacie na szczycie Transalpiny
Mimo to wrażenia były niesamowite. Zwłaszcza, że wcześniej tamtędy nie jechałem.
Transalpina. Ostatni wysiłek i jesteśmy po południowej stronie Karpat…
Ujęcie na spiralny podjazd pod ostatnie wzgórze jest ostatnim zdjęciem. Drugi film się zgubił – możliwe, że jest w Dacii która się zepsuła i została w Bukareszcie. Oby się odnalazł. Jeśli nie, to dalszy ciąg będzie ze „zwykłymi” fotkami pożyczonymi od innych uczestników.