Warning: file_exists(): open_basedir restriction in effect. File(core/post-comments) is not within the allowed path(s): (/home/mt/domains/michaltorz.pl:/tmp:/var/tmp:/home/mt/.tmp:/home/mt/.php:/usr/local/php:/opt/alt:/etc/pki) in /home/mt/domains/michaltorz.pl/public_html/wp-includes/blocks.php on line 784 Blog o Rumunii i nie tylko | Życie tymczasowego emigranta w Rumunii – mieszkanie, podróże, praca | Strona 3
Dacię udało się ujarzmić więc nadszedł czas na jej upiększanie. Powoli, powolutku, zaczyna już jakoś wyglądać. Pamiętajmy jednak, że Dacia to kobieta i jest nieprzewidywalna…
Elektryka i mechanika zostały w końcu ogarnięte. Zadbałem więc o parę detali, które nie dawały mi dotąd spokoju. Zdemontowałem więc ochronę kloszy, aby zamontować chromowane detale które dostałem w prezencie od sympatycznego kolekcjonera z Suczawy.
Przy okazji, tej biały plastik po lewej służy do regulacji wysokości światła. Na bogato, są dwie opcje do wyboru 🙂Nowe opaski tuż przed montażem
Widać tutaj, tak samo jak wszędzie zresztą, jak poprzedni właściciel zadbał o konserwację auta. Wszystkie spoiny pociągnięte są jakąś czarną mazią i choć nie wygląda to ładnie, to spełniło swoją rolę.
Tego typu zabezpieczenia są wszędzie – od podwozia po wnętrze bagażnika. Ładnie nie wygląda, ale nigdzie nie ma poważniejszych ognisk rdzy
Poniżej Dacia w nowej odsłonie, ze srebrnymi opaskami. Jeśli chodzi o przód, do kompletu brakuje już tylko górnego paska.
Coraz ładniej, choć wiele brakuje…
Analogicznie, podobny pasek ma się znaleźć z tyłu pod zderzakiem. George z Satu Mare mówił ostatnio, że taki ma i się podzieli. Poczekajmy więc do kolejnej wizyty w Rumunii. Tymczasem przymierzyłem napis – ale tylko na chwilę, bo dalej nie wiem jak go „chwycić”. Zmieniłem za to stary plastikowy korek wlewu do paliwa na chromowany.
Tak będzie! Ktoś wie jak to zamocować?
Następnym razem postaram się oczyścić klamki i zderzaki z paskudnej czarnej farby. Zobaczymy, jaki to przyniesie efekt.
Zderzak spod warstwy obrzydliwej farby zdaje się błagać o odsłonięcie 🙂
Poniżej krótki filmik z odpalania Dacii, na którym widać że trzeba jeszcze sporo wyczyścić we wnętrzu.
Ale żeby nie było tak wesoło, parę dni później padł akumulator więc nici z jazdy 😀
Braterska pomoc 😀
Powyższe zdjęcie jest przy okazji pożegnaniem z Corsą, która służyła mi przez ostatni rok. Śmieszne, niepozorne, małe autko. Na szczęście trafiło w dobre ręce :).
Od października nie byłem w Rumunii. Tęsknota straszna mnie ogarnia, zapasy palinki są na wyczerpaniu, więc wziąłem się za remont zakupionej w zeszłym roku Dacii
Już w grudniu wspominałem, że Dacia ma problemy. Trafiła do mechanika nr 1, który sprawił że odpaliła. Ale tylko raz, spod domu już ruszyć nie mogłem więc szukałem innego fachowca. Mechanik nr 2 powiedział od razu, że to elektryka i się na tym nie zna. Polecił Mechanika nr 3, który nie odbierał telefonu. Zaholowałem więc Daczkę do Mechanika nr 4. Skutek był opłakany, bo kolega szarpnął parę razy linką i urwał kawał blachy w miejscu służącym do włożenia korby.
Urwany kawał blachy. Element znajduje się z przodu auta, pod zderzakiem. Defekt nie do zauważenia bez czołgania się pod autem, ale do zrobienia
Osiągnięty został jednak pewien sukces, bo Mechanik nr 4 zlecił Mechanikowi nr 5 wymianę rozrusznika. Auto odpalało poprzez zwarcie którego trzeba było dokonać za pomocą kawałka drutu (:D). Wszystko wskazywało więc, że kolejny problem był w stacyjce. W ten sposób trafiłem do Mechanika nr 6, który okazał się prawdziwym numerem 1 – chodzi o pana Jana Muchę, który ma swój warsztat przy ul. Szwajcarskiej we Wrocławiu. Fachowiec z najwyższej półki, rozpisywać się nie będę, ale serdecznie polecam każdemu!
Czort wie skąd to mieli, ale grunt że wymienili i działa :). Rozrusznik jak nowy.
W międzyczasie kupowałem na olx-ie różne mniej lub bardziej zużyte części. Hitem był dla mnie regulator napięcia z oryginalną naklejką z epoki. Przydał się 🙂
Regulator napięcia tuż przed montażemZ prawej alternator, a po lewej legendarny regulator napięcia
Wymieniony został też alternator (na używkę, ale sprawną), kostka w stacyjce (mieli z Renault) i klema. Miła odmiana, ale auto działa o czym przekonali się koledzy z Krakowa, którzy wpadli na oględziny. Poniżej dowód, że auto działa (profesjonalny komentarz zapewnia Andrzej Tychoniak 🙂 )
Towarzyszył im George Negrea z Satu Mare, który zauważył kilka rozwiązań których w rumuńskich Daciach nie ma (wersja eksportowa, czy co?). Ale o tym kiedy indziej.
Dzień po zakupie Dacii wyjechałem na Dni Polskie do Suczawy, o czym jeszcze napiszę. Tam rozpocząłem poszukiwania części. Z bezpiecznikami problemu nie było, gorzej z elementami chromowanymi. Z pomocą sympatycznego kolekcjonera Dacii udało mi się przywieźć do Wrocławia nieco skarbów
Poprzedni właściciel usunął je albo zamalował na czarno w latach 80-tych albo 90-tych. Ponoć wyszły wtedy z mody. Tak jak z farbą można sobie poradzić, to ze skompletowaniem braków jest gorzej. Tutaj przyszli z pomocą niezawodni Rumuni.
Pytałem w suczawskim Muzeum Bukowiny o namiar na sklepy i szroty, a dostałem namiar na Dănuța Crainiciuca – lokalnego kolekcjonera Dacii 1300. Dănuț mówi nieco po angielsku, ja mówię nieco po rumuńsku, do tego towarzyszył nam jego syn Iasmin, który robił za tłumacza. Młody mówił tak po angielsku, że było to szokiem większym niż zaprezentowane podczas spotkania Dacie.
Razem pojechaliśmy w pewne miejsce, gdzie stały dwa rzędy starych garaży. Po otwarciu każdego z nich moim oczom ukazywał się kolejny egzemplarz. Ale jakie to były egzemplarze – różne roczniki, w tym model o numerze 0002 z pierwszego roku produkcji czy wersja angielska Renault 12 (na tej licencji powstawały Dacie 1300). Łącznie 9 aut, każde w stanie jakby właśnie opuściły fabrykę. Wystarczy chyba wspomnieć, że pokazywałem zdjęcia swojej z lekkim zakłopotaniem… 🙂
Ze spotkania wróciłem bogatszy o kilka brakujących elementów i nowego znajomego, którego mam nadzieję jeszcze kiedyś spotkać. Kolejne łowy miały miejsce podczas październikowego targu w Negreni. Niestety części tam nie było, ale na otarcie łez mam kilka komunistycznych orderów i przypinek.
W międzyczasie Dacia odmówiła posłuszeństwa i zajmuje się nią już trzeci mechanik. Ponoć chodzi o zapłon, ale może coś jeszcze? Cholera wie. Plan jest taki, żeby zaczęła jeździć, ale chciałbym nią dojechać do Rumunii i tam zostawić u jakiegoś znajomego mechanika. Zapowiada się podróż z przygodami 🙂
Jesienny targ w Negreni. Miejsce, gdzie można dostać absolutnie wszystko – antyki, garnki, gipsowe grzyby, komunistyczne medale czy sprzęt RTV. Jak się okazało, można też dostać po mordzie.
Nie będę się rozpisywał nad dojazdem i powrotem. Wspomnę tylko, że pojechaliśmy do Negreni w cztery osoby Dacią 1410. Towarzyszyło nam też dwóch kolegów ze Śląska Cieszyńskiego, którym udało się dojechać Fiatem 126p z przyczepką. Ale jaką przyczepką! Kilka ruchów i zamienia się ją w dwuosobowy namiot. Oto, jak prezentowało się nasze koczowisko.
Widok z namiotu. Warunki spartańskie, zwłaszcza że rano był przymrozekNasze obozowisko w pełnej krasie
Dzięki targowisku ożywa cała wieś. Większość mieszkańców udostępnia każdy, najmniejszy nawet spłachetek ziemi jako parking.
Targ to prawdziwe żniwa dla mieszkańców Negreni. Miejsce na parkingu kosztuje ok. 10 – 15 lei od autaKażde gospodarstwo zmienia się w parking, a jak trzeba to w kemping
Byliśmy akurat w ostatni weekend tygodniowego targu, na którym można zakupić masę ciekawych rzeczy. Idąc za radą Michała, zakupy robiliśmy na lekkim rauszu, co poskutkowało ciekawymi zdobyczami. Stałem się między innymi właścicielem tandetnych gipsowych grzybów sprzedanych przez Cygankę, które rozpadały się w rękach w pięć minut po zakupie.
Tradycyjne garnki od cygańskich rzemieślnikówWidok z mostu na część z ubraniamiPrawdziwy misz-masz, w którym każdy znajdzie coś dla siebieTarg ciągnie się od głównej drogi, przez tory i rzekę, aż po las za wsiąNoże, stare narzędzia, figurki zwierząt, naczynia, używane pędzle malarskie, a może… cekinowana czaszka?Zdarzają się też polskie akcenty
Targ to zresztą istny raj dla miłośników kiczu. Mnóstwo tam przedmiotów z lat 90-tych, noszących ślady mocnego zużycia, które w większości pozyskiwane są zapewne ze śmietników wszystkich krajów Europy.
Sprzedawcy śpią w namiotach albo samochodach przez cały tydzień trwania targuGary, a w tle tory którymi regularnie jeździły pociągi. Poniżej po lewej Cyganka demonstruje obieraczkę do warzyw. Po prawej przemiły ksiądz, który w zamian za datek na monastyr zapisuje imię darczyńcy i obiecuje się za niego pomodlić.
Część gastronomiczna z tradycyjnymi daniami Transylwanii
Wieczorem następuje odmiana. Gdy tylko słońce schowa się za górami, ludzie opuszczają Negreni stojąc w kilometrowych korkach.
Późne popołudnie, samochody stoją w obu kierunkach. A trzeba wiedzieć, że to jedna z dróg „wojewódzkich”Po zmroku korek narasta. Policjanci kierują ruchem, ale nie na wiele się to zdaje
Po zmroku zmienia się też targ. Stoiska są zabezpieczane, ale nie oznacza to że obsługa idzie spać. Częstym widokiem są cienie bawiących się w środku ludzi, z każdego płynie też radosna muzyka.
Impreza zamknięta w jednym z namiotówCyganie rozpalili już ognisko, zamierzali piec na nim barana
Sprzedawcy tłoczą się też w miejscach bardziej zorganizowanych imprez. Odwiedziliśmy kilka z nich, bo warto zobaczyć jak bawią się poszczególne grupy. Podział jest prosty, gdyż skład poszczególnych imprez odzwierciedla strukturę etniczną Transylwanii. Najliczniejsi są Rumuni.
Sympatyczna rumuńska para. Gdy skończyła się wódka, serwowali palinkę spod stołuRumuńskie specjały. Wieczorem to tutaj odbywała się największa impreza
Kawałek dalej, w rytm tradycyjnej muzyki na żywo, bawili się Węgrzy. Tam właśnie poznałem Petera, Niemca który do Negreni przyjeżdża regularnie. Jak twierdzi, dla zabawy, bo zarobek to dla niego żaden.
Węgierski sektor i muzyka na żywoEkipa węgierskiego lokalu. Niewiasta po prawej się zawstydziła i chciała uciec przed obiektywem
Peter to postać o tyle ważna, że dzięki niemu poznaliśmy Ludoviga – starego Cygana, który posiada liczną rodzinę rozsianą od Istambułu po Poznań.
Peter i jego skarby. Obstawiam, że połowę rozdałOd lewej Peter, Michał i Ludovig w tradycyjnym cygańskim stroju. No i ja
Lata temu Ludovig rozpoczął swoją osobistą wojnę z Szatanem. Nie pije alkoholu, nie pali, nie je wieprzowiny. Nawet na muzyków cygańskich patrzył krzywo, twierdząc że ich piosenki to dzieło diabła. Stał się on jednak naszą polisą ubezpieczeniową, dzięki której mogliśmy wziąć udział w prawdziwej cygańskiej imprezie.
Mini koncert na cygańskiej imprezie, wygląda na to że tylko znaczniejsi goście mogli siedzieć przy stole, bo młodzież bawiła się poza namiotem„Bos” i jego płomienne przemówienie o dumie z bycia Cyganem z RumuniiZaplecze gastronomiczneCisza przed burzą…
Zasada zabawy była prosta. Kto chciał dedykację, ten wręczał wokaliście 10 lei. Po chwili na horyzoncie zjawił się człowiek, który dał mu 100 lei i kupił dla wszystkich kilka butelek wina. Od tej pory młody artysta nie nazywał go inaczej jak „bos”, czym wzbudzał aplauz u publiczności.
Nieoczekiwani gościeMłody artysta w tarapatach
W pewnym momencie naiwny młodzieniec zaczął śpiewać piosenkę o policji. Z grubsza o tym, że mogą go pocałować w cztery litery. Reakcja była szybka, gdyż znienacka przyjechały dwa radiowozy i policyjny bus, a dwuosobowy zespół został schwytany przez funkcjonariuszy.
„Bos” i policjanciW trakcie interwencjiOkolica od razu się wyludniła
Odezwała się we mnie dusza reportera więc robiłem zdjęcia podczas zajścia. Spytałem nawet jednego z policjantów o co chodzi, bo przecież ja jestem z Polski, z Cyganami bawiliśmy się przednio i nic złego się nie działo. Wtem dotychczasowy „bos” pokazał mi legitymację policyjną. Czyżby prowokacja? Chyba nie chciał zostać zdemaskowany więc ściągnął mi okulary delikatnym plaskaczem. Nadszedł więc czas, aby się wycofać. Do tej pory zachodzę w głowę, o co tak naprawdę chodziło…
Dacia Veche, czyli Stara Dacia, czyli… mój obiekt westchnień od pierwszego przyjazdu do Rumunii. Od tamtego momentu minęło parę lat i w końcu mam swój egzemplarz.
Dacia 1300 z Bolesławca. Stan niezły, choć cena przesadna (4500 zł). No i uszkodzona pompa wodna, więc w wakacje nie do jeżdżenia. Ponoć sprzedana do Białegostoku.
Przez ostatnich kilka miesięcy przeglądałem więc wiele rumuńskich portali, takich jak lajumate.ro czy olx.ro. Co jakiś czas zerkałem też na polskie strony, choć Dacii na nich jak na lekarstwo. Czasami dochodziły mnie plotki, że kiedyś jakaś stała w garażu, ale parę lat temu została sprzedana.
Ślicznotka z Nowej Huty. Rocznik 1973, podobno pierwszy właściciel. Niestety dużo na niej rdzy i cena nie za niska (prawie 4000 zł)
Cuda się jednak zdarzają. Przez ostatnie trzy miesiące namierzyłem aż trzy Dacie 1300 i kilka 1310-tek. Ale że to najstarsza wersja mi się najbardziej podobała, to właśnie na poszukiwaniu takiego modelu się skoncentrowałem.
Zdjęcie ilustracyjne z aukcji nie zachwycało…
W każdej było coś nie tak. Czasami cena była za wysoka, czasami stan zbyt kiepski. Oto jednak znalazła się – lazurowa Dacia 1300 czekała w Trębaczewie za jedyne 2500 złotych (link w przyszłości może nie działać). Michał z klubu Drum Bun ocenił, że jest „warta uwagi”. Zwierzyłem się ze znaleziska Pawłowi mówiąc, że obejrzałbym ją za tydzień dwa, po powrocie z Suczawy. „Nie bądź p***ą, zgarniam Cię po pracy i jedziemy” – te słowa zmieniły moje życie :).
Aż się komputer wiesza jak wrzucam tę fotkę więc daję miniaturkę. Pierwsza wspólna fotka <3.
Pan Daniel kupił Dacię w styczniu z zamiarem remontu, ale odstąpił od tego pomysłu. Auto można było obejrzeć przy drodze w Trębaczewie. Pojechaliśmy, a on obiecał zerwać się z pracy i do nas dojechać. Było więc czas na to aby, idąc za radą Michała, na spokojnie wszystko obejrzeć.
Chlapacze w stylu retro
Zaczęliśmy od oględzin karoserii, która choć nie wygląda rewelacyjnie, to nie ma dramatu. Choć kolor – jak widać – jest dość specyficzny. Okazało się, że klapa silnika nie była domknięta, więc byliśmy w stanie obejrzeć wszystko w środku.
Nic, tylko przekręcić i jechać 🙂
Po chwili zauważyliśmy, że drzwi też są otwarte (nawet kluczyki były w stacyjce! :D) więc było sporo czasu sprawdzenie wszystkich możliwych szczegółów i podjęcie decyzji…
Otwarta Dacia, z kluczykami w stacyjce i przy głównej drodze. I tak nikt nie ukradł 🙂
…kilka spojrzeń w smutne reflektory utwierdziło mnie w przekonaniu, że to Ona. Bierzemy! Kosztowało mnie to pożyczkę u kolegi, ale klamka zapadła. Paweł pojechał do domu, a my zajęliśmy się formalnościami. W efekcie 4 września ok. 19 ruszyłem do Wrocławia, co wiązało się z pierwszymi przygodami. Np. działały tylko długie światła, przy drogowych coś nie stykało i świeciły się tylko dwie małe żaróweczki.
Przebieg lekko ponad 25 tysięcy kilometrów. Tyle, że jest tylko miejsce na pięć cyferek więc nie wiadomo ile razy licznik się przekręcił 🙂
Z pomocą przyszedł deszcz, bo okazało się że po uruchomieniu wycieraczek światła nieco się przygaszały co pozwalało imitować normalne oświetlenie. Później usterka sama się naprawiła po tym, jak wpadłem w jakąś dziurę. „Asta e Dacia ” („To jest Dacia”) – komentarz Moniki z klubu Drum Bun pasuje najlepiej do tego typu sytuacji.
Asta e Dacia!
Koniec końców – dojechałem, a teraz nadszedł czas na remont. No, ale żeby nie przynudzać, zostawię to na kolejny wpis.
Trochę czasu minęło od lipcowej wyprawy wokół Rumunii. Nadszedł więc czas na spokojny opis wyjazdu, który pod wieloma względami różnił się od poprzednich.
Na pomysł zorganizowania tego typu wyprawy wpadł na początku tego roku pan Ovidiu Dranga, ambasador Rumunii w Polsce. Postanowił on o wysłaniu grupy Polaków, którzy przemierzyliby szlak turystów z lat 70′ i 80′ ubiegłego wieku.
Fiat 125p, gdzieś między Klużem a Hunedoarą
Stanęło na tym, że wyruszyliśmy w ok. 40 osób. Starymi Daciami, Fiatami, Nysą i Oltcitem mieliśmy za zadanie dojechać nad Morze Czarne, po drodze zwiedzając Rumunię i zachęcić tym samym naszych rodaków do częstszych odwiedzin.
Dacia 1300, za nią 1310 kombi, a po prawej powiew nowoczesności
Oszczędzę Czytelnikom pełnego opisu każdego dnia. Pokrótce można powiedzieć, że wyprawa odbywała się według podobnego schematu. Rano wstawaliśmy, jechaliśmy w wyznaczone miejsce, tak odbywała się parada po mieście w asyście policji, witali nas lokalni przedstawiciele władz, a na koniec goszczono nas na wspaniałych wieczerzach, na których palinka (lub cujka) lały się dzbankami.
Negrești-Oaș, jeszcze starszy od Dacii i Fiatów środek transportu
Czasem towarzyszyły temu wspaniałe występy zespołów ludowych. Powtarzalność tego procesu nie sprawiała jednak, że było nudno!
Sympatyczne panie w skansenie w Negrești-Oaș
Wyjechaliśmy we wtorek 27 czerwca i późnym wieczorem dotarliśmy do Negrești-Oaș w pobliżu Satu Mare. Mieliśmy sporą obsuwę więc przywitanie i poczęstunek nastąpiły dopiero następnego dnia z rana. Wtedy też zwiedziliśmy świetny skansen i koło południa wyruszyliśmy do mojego ukochanego Klużu.
Kluż, pomnik Macieja Korwina
Później trasa prowadziła do Hunedoary, gdzie zwiedzaliśmy słynny zamek. Samo miasto też jest przesympatyczne, choć okolice jego największej atrakcji przepełnione są zrujnowanymi fabrykami.
Zamczysko w Hunedoarze
Po noclegu udaliśmy się w kierunku Transalpiny. Górska trasa była dla starych aut nie lada wyzwaniem. Oltcita pod koniec podholowali na przykład ratownicy górscy z Salvamontu.
Dacie na szczycie Transalpiny
Mimo to wrażenia były niesamowite. Zwłaszcza, że wcześniej tamtędy nie jechałem.
Transalpina. Ostatni wysiłek i jesteśmy po południowej stronie Karpat…
Ujęcie na spiralny podjazd pod ostatnie wzgórze jest ostatnim zdjęciem. Drugi film się zgubił – możliwe, że jest w Dacii która się zepsuła i została w Bukareszcie. Oby się odnalazł. Jeśli nie, to dalszy ciąg będzie ze „zwykłymi” fotkami pożyczonymi od innych uczestników.
Trochę wspomnień i trochę rozmazanych zdjęć. Kilka refleksji na temat „rumuńskich” spotkań z moim udziałem, których wspólnym mianownikiem była palinka.
Przewodnik po Rumunii został wydany jakoś w pierwszym kwartale tego roku, ale pierwsze spotkanie autorskie odbyło się dopiero na początku czerwca. Nie był to przypadek, gdyż zależało mi na tym, aby miało ono miejsce w krakowskim klubie Kornet. Zwłaszcza, że to stamtąd wyszła inicjatywa zorganizowania tego typu wydarzenia. Michał, jeden z właścicieli knajpy, dumnie określa ją mianem „pierwszej rumuńskiej knajpy w Polsce”. Nie ma w tym ani trochę przesady, bo rumuńskich śladów jest tam bez liku.
Sala koncertowa w klubie Kornet. Zza ekranu łypie okiem Dacia 1310
Zdjęcie z następnego poranka i organizatorzy niemal w komplecie. Brakuje tylko Eli, która ugościła całe towarzystwo, oraz Witka który odsypiał noc zarwaną przez nocną audycję w Polskim Radiu.
Kolejne spotkanie odbyło się w sobotę 29 lipca w Warszawie. Tym razem ojcem sukcesu był Witt Wilczyński z portalu folk24.pl. On bowiem dał mi namiar na rewelacyjną knajpę To Się Wytnie, mieszczącą się na Pradze. Przede wszystkim jednak Witek „skradł” nam cały show, za co jesteśmy mu niezmiernie wdzięczni, bo opowieści o wyjazdach na mecze piątej ligi okręgowej i spotkaniach z Cyganami tworzącymi muzykę manele to było coś, czego nie da się opisać. Ględzenie o przewodniku można w porównaniu z jego występem śmiało uznać za nudę :).
Witek podczas prezentacji
Po prezentacji przewodnika Michał z Towarzystwa Miłośników Rumuńskiej Motoryzacji „Dacia Drum Bun” opowiadał o projekcie „Caravana Go Romania”, natomiast tuż po występie Witta Mihai Lisnic, czyli DJ Romanian, zaprezentował publiczności najlepsze rumuńskie i mołdawskie utwory folkowe. Impreza skończyła się grubo po północy, o czym zakomunikował nam patrol policji wezwany przez sąsiadów.
Mihai, czyli DJ Romanian, oraz jedna z licznych fanek 🙂
Dzień później pojechaliśmy do Krakowa, gdzie w Kornecie opowiadaliśmy o projekcie „Caravana Go Romania”. Wpis na temat tego wyjazdu prędzej czy później pojawi się i tutaj, ale zanim to nastąpi muszę wywołać cudem odnaleziony film ze zdjęciami.
Michał opowiada o Rumunii
To tyle, jeśli chodzi o telegraficzny skrót naszych wspólnych imprez tematycznych. Kolejne spotkanie będzie miało miejsce we Wrocławiu w drugiej połowie września. Póki co nie mogę jednak o tym myśleć, bo po minionym weekendzie czuję się jak Sandu w jednym ze swoich szlagierów:
*Główne zdjęcie pochodzi ze zlotu Dacii w Satu Mare. Było ono ilustracją wydarzenia na fejsbuku.
O klubie miłośników rumuńskiej motoryzacji Dacia Drum Bun dowiedziałem się ponad rok temu. Poznaliśmy się dopiero niedawno, ale od razu natrafiła się okazja na wspólny wyjazd. Co tu dużo mówić, był to jeden z najlepszych długich weekendów mojego życia.
Wszystko zaczęło się w grudniu 2016 roku. Podwoziłem wtedy z Klużu do Polski ciekawego pasażera o imieniu Ulrich. Obawiałem się, że podróż Lanosem będzie dla niego nie lada wyzwaniem, ale już na wstępie wyznał mi, że w porównaniu z Daciami jest to dla niego technologiczny skok w przyszłość.
Wyruszamy w drogę jeszcze w pełnym składzie
Potem przypomniałem sobie o klubie Drum Bun przy okazji pisania przewodnika, kiedy uznałem że zasługuje on na opisanie. Na początku tego roku odwiedziłem zaś w końcu krakowski klub Kornet, który opuściłem bogatszy o kilka butelek piwa z lokalnego browaru Grybów i zaproszenie na zlot Dacii w Satu Mare.
Próby ratowania Dacii – gdzieś, przy granicy ze Słowacją
Przed wyjazdem odkurzyłem mojego starego Zenita, bo czym robić zdjęcia starym autom, jeśli nie radzieckim aparatem? I tak oto 1 czerwca o godzinie 16:00 spotkaliśmy się na parkingu CH Zakopianka w Krakowie i wyruszyliśmy do schroniska PTTK w Bartnem. Tam doszło do pierwszej imprezy integracyjnej. Tam też poznałem smak Alexandriona*, który miał się potem okazać nieoficjalnym sponsorem całego wyjazdu.
Ostatnie przygotowania, czyli bohaterskie wycinanie naklejek
Nad ranem 2 czerwca wyruszyliśmy z Bartnego, kierując się w długą podróż do Satu Mare. Pierwotnie mieliśmy jechać dwoma Daciami 1310 z lat osiemdziesiątych i Nysą z początku lat dziewięćdziesiątych, to z powodu awarii jedno z aut musiało poczekać koło schroniska.
Dacia jeszcze nie wie, że będzie musiała zostać w Polsce 🙁
Na szczęście Nysa wszystkich pomieściła, a dodatkowym atutem podróży tym samochodem był sprzęt nagłaśniający i wesoły kierowca Mihai, który dbał o to, abyśmy poznali wszystkie piosenki ludowe zarejestrowane kiedykolwiek w Rumunii i Mołdawii (dosłownie wszystkie).
Nysa w całej okazałości
Wieczorem dotarliśmy do Satu Mare, choć nie obyło się bez przygód. Po drodze w drugiej Dacii coś stukało, ale z problemem poradzili sobie na szczęście słowaccy mechanicy (pod czujnym okiem wodza).
Pod czujnym okiem Lenina
Już następnego dnia wzięliśmy udział w paradzie. Łącznie pojawiło się tam kilkadziesiąt aut, z czego najwięcej było rzecz jasna Dacii. Od pierwszych modeli 1100 z końca lat sześćdziesiątych, aż po brzydkie choć poczciwe 1310-ki z połowy lat 90-tych. Ale były też na przykład dwie ciekawe Wołgi, które przyjechały z Ukrainy.
Wołgi!
Organizatorzy dbali o bogatą ofertę kulturalną. Odwiedziliśmy park etnograficzny w Negrești-Oaș, potem zaś – już na terenie motelu Mujdeni – oglądaliśmy pokazy walk Daków i występy młodzieży z zespołu ludowego. Nad dalszym ciągiem imprezy aż do poranka czuwał bóg Alexandrion.
„Dziunie”
Jak wyglądał następny dzień, łatwo sobie wyobrazić. Na szczęście zostaliśmy zawiezieni do Băile Figa, czyli nowiutkiego kompleksu wypoczynkowego, gdzie mogliśmy do woli zażywać kąpieli błotnych, borowinowych i solnych. Przyznam bez bicia, że wybrałem spanie na leżaku, ale i tak było super.
Policjant z Satu Mare
Ostatniego dnia mieliśmy między innymi okazję do odwiedzenia pasterzy pilnujących ogromnego stada owiec, ale pozwolę sobie zachować tę historię na inną okazję.
Ekipa w prawie pełnym składzie (prawie, bo dojechała potem jeszcze miła para z młodym Brunem).
*Nie wiem do końca, czym dokładnie jest Alexandrion. Coś jak brandy czy koniak, a wygląda jak metaxa. Smaczne jak diabli.
W Klużu spędziłem ponad pół roku, a potem ze dwa razy jeszcze byłem tam przejazdem. Sam się zdziwiłem, że jeszcze nic o tym mieście nie napisałem. No to piszę!
Problem polega na tym, że miasto to stało mi się na tyle bliskie, że jeden krótki artykuł to za mało. Czułbym się jak zdrajca, bo miejsce które na pewien czas stało się moim domem wymaga więcej uwagi. Dlatego też od razu zapowiadam, że artykułów o Klużu będzie więcej. Tę krótką notkę poświęcę zaś próbie nakreślenia, jaki jest charakter tego miasta w kontekście jego interesującej historii i nie mniej ciekawej struktury etnicznej.
„Rumuni twierdzą, że sercem Transylwanii jest Alba Iulia, natomiast jej mózgiem – Kluż. Podobnego zdania są Węgrzy. Przez ostatnie 100 lat spór toczył się jednak nie o prym w regionie, lecz o „węgierskość” bądź „rumuńskość” miasta. Tymczasem – jeśli nie liczyć Rzymian, za sprawą których osada Napoca już w 124 roku naszej ery otrzymała status miejski – tymi, których żadną miarą nie można pozbawić zaszczytnego tytułu założycieli miasta, są Niemcy” – Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura. Michał Jurecki i Łukasz Gałusek. Olszanica 2008
Przykład rumuńsko-węgierskiej rywalizacji z przymrużeniem oka, czyli włazy wodno-kanalizacyjne. Po lewej Kolozsvar, po prawej Cluj. W środku natomiast wersja „przejściowa”, z zaspawanymi węgierskimi napisami. Znajomy motyw, prawda, Wrocławianie? 🙂 (Fot. po prawej pochodzi z takiej oto ciekawej strony)
I znowu cytat z książki, której autorzy jak nikt inny potrafią w jednej myśli zawrzeć całą esencję danego miejsca. Nie ma raczej sensu rozpisywać się o szczegółowej historii miasta, bo podejrzewam że moi drodzy Czytelnicy umieją korzystać choćby z Wikipedii – tam jest to z grubsza opisane. Faktem wartym uwagi jest natomiast założenie miasta w 1272 roku przez kolonistów niemieckich. Osada powstała obok dawnego miasta pochodzącego z czasów rzymskich, o czym przypominają ruiny eksponowane na głównym rynku i nazwa miasta, która od lat 70-tych brzmi Cluj-Napoca. To zresztą także były elementy rywalizacji rumuńsko-węgierskiej o to, „kto był pierwszy” na tych ziemiach.
Zostańmy jednak przy dacie lokacji, gdyż wzbudza ona u mnie skojarzenie z moim rodzinnym Wrocławiem, który został w drugiej połowie XIII wieku ponownie lokowany po inwazji mongolskiej.
Mihai Viteazul, czyli Michał Waleczny – pierwszy władca, który opanował zarówno Mołdawię i Wołoszczyznę, jak i Transylwanię
A czemu przywołuję Wrocław? Dlatego, że oba miasta posiadają moim zdaniem podobny charakter, a lokacja na prawie niemieckim jest tylko jednym z jego elementów. Kluż, podobnie jak Wrocław, leży na terytoriach od wieków będącymi terenem pogranicza, które przechodziło w posiadanie kolejnych państw i władców. To z kolei widoczne jest w architekturze, gdzie widać pamiątki z ostatnich kilkuset lat – w tym bloki z czasów komunistycznych, które z każdym dniem coraz bardziej doceniam. W końcu, oba miasta są współcześnie ogromnymi ośrodkami akademickimi – niemal 650 tysięczny Wrocław ma studentów 150 tysięcy, w o połowę mniejszym Klużu jest ich 70 tysięcy (choć z tymi szacunkami dotyczącymi liczby mieszkańców bywa różnie, śmiem twierdzić że w obu przypadkach są one mocno zaniżone).
Pomnik króla Macieja Korwina – najpotężniejszego władcy średniowiecznych Węgier. Obecnie wraz z kościołem św. Michała stanowi najbardziej charakterystyczny punkt miasta.
Jakieś 15 – 20% mieszkańców, jak i studentów, stanowią w Klużu Węgrzy. Język ten słychać na ulicach, słychać też w knajpach – na przykład w rewelacyjnym Bulgacovie. Słychać było też w studenckiej mordowni zwanej Krajczár, ale niestety zamknięto to wspaniałe miejsce. Do ciekawych interakcji dochodzi zaś na przykład w Latevi (do tej pory nie wiem czy to Latevi, La Tevi czy Lațevi). Też jest to swego rodzaju mordownia, ale bardzo klimatyczna – taka knajpa metalowo-rockowa w rozpadającej się chałupie. Można tam poznać, kto reprezentuje jaką grupę etniczną po tym, jak poszczególni goście reagują na puszczaną muzykę. „Parkiet” zapełnia się Węgrami gdy leci Pokolgép, Rumuni wolą poskakać do Cargo. Ale nie jest to tak istotne, bo oba narody żyją zgodnie obok siebie (a raczej ze sobą). I to jest to, czego we Wrocławiu nie ma, bo zamieszkujący Breslau Niemcy dostali bilet kolejowy w jedną stronę i wyjechali za Odrę. I to jest właśnie ta największa różnica, że Wrocław chciałby być miastem wielonarodowym, a Kluż nim po prostu jest.
Kusi, żeby opisać choć trochę klużańską architekturę. Oto na rynku stoi gotycki kościół św. Michała ze złowrogo spoglądającym z siodła królem Maciejem Korwinem. Może nie podobają mu się rzymskie ruiny? Wszak jeden z burmistrzów chciał na początku lat 90-tych pomnik rozebrać, pod pozorem dalszych prac archeologicznych właśnie. Przechodzimy przez stare kwartały kamienic pamiętających Austro-Węgry, aby znaleźć się przy przepięknej cerkwi pw. Zaśnięcia Matki Bożej, zbudowanej w okresie międzywojennym w stylu bizantyjskim. Tuż przed nim stoi pomnik Avrama Iancu. Na przepięknym bulwarze Eroilor nie sposób zaś dostrzec kopii Wilczycy Kapitolińskiej podarowanej Rumunii w latach 20-tych przez Włochów. Pięknie się to wszystko razem prezentuje. No, ale architekturę zostawię na kolejną część, bo jak wspomniałem na początku, Kluż zasługuje na więcej opisów, tak więc spodziewajcie się dalszego ciągu.
Był początek czerwca 2016 roku, czyli ponad dwa miesiące od przeprowadzki z Klużu do Wrocławia, kiedy to już planowałem z Anią wakacje w Rumunii. Okazało się, że wybraliśmy odpowiedni moment.
Pewnego dnia pani Agnieszka Marekwica z wydawnictwa Pascal napisała do mnie bowiem niepozornego maila:
Dzień dobry, czy byłby Pan zainteresowany współpracą przy przewodniku po Rumunii?
Też pytanie! Kto by nie chciał? Nasza korespondencja trwała kilka tygodni, w trakcie których omówiliśmy wszelkie warunki współpracy. Przyznam, że dalekie to było od moich wyobrażeń. „Pascal”! Miałem w głowie ogromną salę z kominkiem, przy którym siedzą wąsaci panowie w strojach XIX-wiecznych podróżników, a na ścianach wiszą trofea z dalekich wypraw. Czar pryska, jak wygugluje się siedzibę wydawnictwa w Bielsku-Białej:
Siedziba wydawnictwa Pascal wygląda przyjemnie, ale daleka jest od moich wyobrażeń 🙂
Nie zraziłem się jednak ;-). Jadąc w sierpniu do Rumunii odwiedzałem więc kolejne miejsca z myślą o zaprezentowaniu ich w przewodniku. Przyznać muszę, że kilka wyjazdów dalej… nadal nie zwiedziłem wszystkiego, co jest opisane w przewodniku. Planuję dopiero wyprawę do Republiki Mołdawii, nie zapuszczałem się za bardzo w góry, ba – nie byłem też w Timiszoarze, bo zawsze mijając to miasto stwierdzałem, że jeszcze będzie okazja. Niestety, tak to już jest, że wybierając się w podróż trzeba z niektórych rzeczy zrezygnować, żeby obejrzeć inne.
Przewodnik, wydanie z 2008 roku (aktualizację wydano w 2012). Pierwszą rzeczą, jaka przyszła mi na myśl, była zmiana tytułu na Mołdawię zamiast Mołdowy
W trakcie pracy nad przewodnikiem bazowałem na ogromnej ilości danych zebranych przez poprzednich autorów: Witolda Korsaka, Jacka Tokarskiego, Dariusza Czerniaka, Piotra Skrzypca i Wojciecha Śmiei. Dzięki temu znalazły się w nim także te miejsca, których osobiście nie zwiedziłem. Chylę czoła, gdyż spisanie wszystkich tych informacji w czasach, kiedy nie tak łatwo było pozyskać niektóre dane, to naprawdę wielkie dzieło.
Poprzednie wydanie przewodnika z 2012 roku
Mimo że poprzednie wydanie przewodnika było sporym ułatwieniem, to i tak był to najbardziej wymagający projekt w mojej dotychczasowej karierze. Zmieniona została większość opisów miejsc i regionów, sprawdziłem aktualność wszystkich danych, całkowitej zmianie uległa lista polecanych miejsc – teraz, z racji dostępu do informacji, wymieniałem tylko te najbardziej charakterystyczne, z jakiegoś względu godne uwagi. Poprzednie wydanie przewodnika powstawało bowiem w czasie, gdy w wielu przypadkach można było pomarzyć o dostępie do internetu (a o istnieniu stron pensjonatów czy knajp to już w ogóle).
Wydanie z 2008 roku. Fragment opisu Klużu i przesyt zbędnych informacji
W dobie ciągłego dostępu do internetu wymienianie dwudziestu knajp w każdym większym mieście, urzędów pocztowych, księgarni czy kafejek internetowych (:D) jest nonsensem. Opisując najlepsze przykłady miejsc, w których można spędzić noc, zjeść czy napić się piwa, stawiałem więc na autentyzm. Dlatego też w nowym przewodniku znaleźć można ukryte pośród bloków ciekawe knajpki, które – jestem o tym przekonany – nigdy nie pojawiały się w zestawieniach najmodniejszych miejsc do odwiedzenia. Z drugiej strony są tam też restauracje cieszące się największą renomą. Każdy powinien więc znaleźć coś dla siebie, jakby jakimś cudem znalazł się w nowym miejscu bez dostępu do sieci.
Okładka przewodnika. Nie pamiętam już, jak ustalaliśmy trzy atrakcje wypisane na dole, ale przyznacie chyba że wygląda to intrygująco 🙂
Dwa bite miesiące były pracą od rana do wieczora, co oznaczało rezygnację z wielu innych zajęć, a nawet odpuszczenie sobie ciekawej oferty pracy. Kolejny miesiąc to dodawanie kolejnych poprawek i korekta. Opłaciło się, bo świeżo wydany przewodnik prezentuje się rewelacyjnie i mam nadzieję, że pomoże osobom chcącym poznać Rumunię.
Na bazie przewodnika powstała też skrócona wersja ilustrowana
W przewodniku pojawiło się wiele nowych miejsc, często nie tak oczywistych, jak nawiedzony las Hoia Baciu czy bezimienna (ale przepiękna) błękitna laguna, leżąca z dala od cywilizacji. Dodałem też trochę warownych kościołów, zamków czy rzymskich ruin. Wobec ilości informacji zebranych przez wyżej wymienionych autorów każdą, nawet najmniejszą dodaną atrakcję, uważam za spory sukces. Pytanie, ile pozostało jeszcze nieodkrytych miejsc? Na pewno takie są, ale jak już pisałem – nieraz musiałem dokonywać trudnych wyborów.
Trzeba przyznać, że przewodnik jest ładnie eksponowany :). Tu – wrocławski Empik
Nie ma sensu rozpisywać się jeszcze bardziej, choć mógłbym tak bez końca. Będzie jednak jeszcze okazja! Już 10 czerwca odbędzie się pierwsze spotkanie autorskie. I to w miejscu szczególnym – w klubie Kornet, prowadzonym przez sympatyków Rumunii i starych Dacii. Szerszy plan jest taki, żeby zorganizować kilka spotkań w trakcie wakacji, o czym jeszcze przypomnę, a na które serdecznie zapraszam :). Na pewno będę o nich na bieżąco informował.
Życie tymczasowego emigranta w Rumunii – mieszkanie, podróże, praca