Archiwa kategorii: Rumunia

Rumuński dzień wiosny

Marţişor (marciszor) to święto obchodzone pierwszego marca. W całej Rumunii rozdaje się wtedy drobne upominki. Dla nas to lekka egzotyka, bo ciężko je porównać do czegokolwiek z polskiego podwórka. Sami Rumuni twierdzą zaś, że to zwyczaj jeszcze z czasów rzymskich.

O rumuńskiej tożsamości narodowej, opartej na tradycji Cesarstwa Rzymskiego, przyjdzie się jeszcze rozpisać.  Marţişor to tylko jeden z przykładów, jak widoczne jest w codziennym życiu przywiązanie do tej tradycji. Co do pochodzenia tego zwyczaju jest wprawdzie kilka teorii, lecz najbardziej prawdopodobna prowadzi nas wprost do Rzymu właśnie.

Wilczyca z Kluż Napoka. Podobne można spotkać w większych miastach Rumunii
Wilczyca z Kluż Napoka. Podobne można spotkać w większych miastach Rumunii

Ma się on wywodzić z obchodzonego przez Rzymian nowego roku, który zaczynał się w marcu. Święto to związane było z bogiem Marsem, który był także patronem rolników. Dlatego też kolory związane ze świętem niektórzy interpretują jako wojnę i pokój. Można się też spotkać z nawiązaniem do faktu, że na wiosnę rzymscy senatorowie mieli zmieniać czerwone togi na „letnie” białe. Ile w tym prawdy, nie wiem.

Jeden z wielu "martisorowych" straganów
Jeden z wielu „martisorowych” straganów

Jak obchodzone jest święto? Bardzo prosto. Polega ono na obdarowywaniu się (a głównie kobiet) drobnymi upominkami. Koniecznie biało – czerwonymi. Tuż przed końcem lutego w miastach pojawiają się stragany, a także drobni handlarze oferujący różnego rodzaju bibeloty. Najpopularniejsze są wełniane wstążeczki na rękę, ale widziałem też kwiatki, zwierzątka, a także drobną biżuterię.

Mniejsze i większe stoiska znaleźć można wszędzie
Mniejsze i większe stoiska znaleźć można wszędzie

Władze komunistyczne chciały wytępić obchodzony w marcu Marţişor, lecz im się to nie udało. Wygląda więc na to, że kobiety w Rumunii świętują podwójnie. Już ósmego marca będzie bowiem obchodzony Dzień Kobiet. To święto wywodzi się, podobnie jak w Polsce, z czasów słusznie minionych.

Typowa okazjonalna zawieszka
Typowa okazjonalna zawieszka

Paryż Wschodu

Dawniej Warszawa była nazywana Paryżem Północy, zaś Bukareszt Paryżem Wschodu. Piękno naszej stolicy zostało mocno nadszarpnięte w wyniku fatalnej decyzji o wywołaniu powstania. Katem Bukaresztu stał się natomiast Geniusz Karpat, który zarządził bardzo daleko idącą przebudowę centrum. Zacznijmy jednak od początku.

Jadąc z Sybinu do Piteşti dostajemy się do innego świata. Z górzystej i pofałdowanej Transylwanii człowiek nagle wjeżdża na płaską jak stół Wołoszczyznę. I nawet autostrady jakby tutaj kompletniejsze. Całe 350 kilometrów w jednym kawałku! Można nie zauważyć, kiedy kończy się autostrada, a kiedy zaczynają ulice Bukaresztu. Kilkupasmowa droga z Piteşti wpada bowiem wprost do miasta, mijając po drodze obwodnicę. Przez kolejnych kilka kilometrów sunie się wśród wątpliwej urody bloków, stając co chwilę w korku. Jak się miało okazać w trakcie pobytu, korki to zresztą tutejsza codzienność. Mimo że ulice mają z reguły po kilka pasów w jedną stronę, a pod ziemią znajduje się kilka nitek metra. Przytłaczająco wyglądały zwłaszcza place – istne oceany asfaltu, przez które niekiedy nie wiadomo jak dostać się na drugą stronę.
wiezowce-bukareszt

bukareszt-korki

W końcu jednak, co chwilę przystając na światłach, trafiliśmy do centrum skąd był rzut beretem do Palatul Parlamentului, czyli dawnego Casa Populurui. Mówcie co chcecie, ale budynek robi niesamowite wrażenie. Wygląda trochę jak spłaszczony Pałac Kultury i Nauki i cieszy się on tutaj równie ponurą sławą. To tutaj Ceauşescu przemawiał do ludu. Także ten ostatni raz, gdy ów lud się zbuntował i postanowił zrobić z nim porządek.

palac-ludowy-bukareszt
Pałac Parlamentu

Z balkonem, który służył za mównicę, związana jest jeszcze jedna historia. W latach 90-tych przemawiał stamtąd Michael Jackson, który pomylił Bukareszt z Budapesztem. Nie on jeden zresztą. Miejscowi lubią opowiadać historię sprzed kilku lat, kiedy to w stolicy Węgier pojawiło się kilkuset zdezorientowanych fanów piłki nożnej. Szukali oni stadionu, na którym miał się odbyć mecz Athletico Bilbao z Atletico Madrid. Ten miał rzecz jasna miejsce kilkaset kilometrów dalej…

Bulevardul-Unirii-Casa-Poporului
Pałac parlamentu z widocznym Bulwarem Zjednoczenia. Żródło: http://www.bucurestilive.ro/

No ale wróćmy do tematu. Od pałacu ciągnie się promenada, otoczona z obu stron budynkami mieszkalnymi o bardzo dziwnej architekturze – Bulevardul Unirii, dawniej Victoria Socialismului. Taki socrealizm, ale bardzo widowiskowy i prestiżowy. W założeniu miały być to tutejsze Pola Elizejskie, tylko bardziej dostojne (do tego o całe sześć metrów dłuższe i o metr szersze!). To jednak jest tylko fasada, za którą odkryć można stary, dobry Bukareszt – co zresztą widać na załączonym zdjęciu z lotu ptaka. Maleńkie domy mieszkalne, kościółki, a nawet zwykłe drewniane budy. Takie widoki można znaleźć tuż przy pałacu, gdy tylko zajrzy się na tę „gorszą” stronę promenady.

bukareszt-za-fasada
„Urokliwe” zaplecze najbardziej reprezentacyjnej ulicy Bukaresztu
bukareszt-za-fasada
Bulevardul Unirii od tej mniej reprezentacyjnej strony
bukareszt-za-fasada
Swojski widok na jednej z ulic. Tutaj zachowała się jeszcze architektura z przełomu XIX i XX wieku.

Tam też natrafiliśmy na miłą lokalną knajpkę. Nie mogliśmy się powstrzymać przed wejściem. W środku wystrój żeglarski i może cztery stoliki. Trochę egzotyczny widok jak na takie miejsce, ale zeszło to na drugi plan. Najistotniejsze były ceny. Za piwo trzeba było zapłacić 6 złotych, co oznacza cenę wysoką jak na Rumunię, niską jak na Wrocław. I w sumie w kolejnych knajpach było podobnie. Zarówno jedzenie jak i alkohol kosztują tam tyle samo co w stolicy Dolnego Śląska. Był to bardzo duży wstrząs przed powrotem, który czeka nas już niebawem :).

bar-danna-bukareszt
Bar, który mogę śmiało nazwać „moim ulubionym”. Jeśli będę jeszcze kiedyś w Bukareszcie, to bankowo wpadnę.

Po wizycie w urokliwej knajpce trzymaliśmy się już głównie w ścisłym centrum. Tam nadal można przenieść się do owego „Małego Paryża” albo „Paryża Wschodu” – co chwilę natrafić można na przepiękne budowle secesyjne, które jednak sąsiadują z blokami i modernistycznymi koszmarkami pełniącymi przeróżne funkcje. Na obronę tej architektury trzeba jednak oddać, że jest ona „lepszego sortu” – przynajmniej jak na betonową architekturę komunistyczną.

bukareszt-architektura
Sam nie wiem. Czy to brzydki budynek sprzed wojny, czy też ładny z czasów komuny?
bukareszt-secesja
Na szczęście tego typu architektury też jest tam całkiem sporo…
paryz-wschodu-bukareszt
Starsza część Bukaresztu, bez komunistycznych wrzodów.

Byliśmy też przy łuku triumfalnym wzorowanym na tym paryskim i w  pobliskim parku. Tereny zielone to zresztą osobny temat, bo te w Bukareszcie są po prostu olbrzymich rozmiarów. Zimowa aura nie sprzyjała jednak ich zwiedzaniu. Przy jednym z parków znajduje się muzeum rumuńskiej wsi, ale odwiedzanie go nie miało większego sensu. Przez ostatnie półroku odwiedziliśmy bowiem tych wsi całe mnóstwo i mogliśmy zobaczyć podobne domostwa w oryginale, także wewnątrz. Zresztą – i tak było zamknięte . W dodatku czas naglił, gdyż koniecznie chciałem zdążyć do muzeum militariów.

luk-tryumfalny-bukareszt
Łuk Tryumfalny. Brak samochodów to zupełny przypadek.
muzeum-wsi-bukareszt
Rumuni uwielbiają eksponować swoją tradycyjną architekturę. Mimo, że tego typu skanseny często ocierają się o kicz.

Spędziłem w nim łącznie parę godzin, ale naprawdę warto. Sporo jest tam bowiem eksponatów, które dla nas są istnymi rarytasami. Na przykład oryginalne uzbrojenie rzymskie, a z nowszych czasów broń rumuńska, serbska czy węgierska – w Polsce rzadka. Pośród tysięcy sztuk karabinów, pistoletów i granatników można zaś natrafić na takie rarytasy jak polski przedwojenny pistolet maszynowy Mors. Bodaj jeden z trzech zachowanych egzemplarzy!

pistolet-maszynowy-mors-bukareszt
Legendarny Mors (to od śmierci, nie od zwierzęcia). Zdjęcie pożyczyłem z całkiem ciekawej strony krajobraz-po-bitwie.blogspot.com.

Zdjęcie ukradłem z innej strony dlatego, że używanie aparatu w muzeum to koszt około 50 złotych. Może to cebulactwo, ale pobieranie opłat za zdjęcia w muzeach jest dla mnie zwyczajnie głupie i nie zamierzam się do tego dokładać. Zrobiłem tylko jedno zdjęcie „nielegalnie”, żeby pokazać ile sprzętu jest nagromadzonego na samym podwórku.

muzeum-militariow-bukareszt
50 z jakichś 1200 eksponatów Muzeul Militar.

Większość czasu spędzaliśmy jednak na spacerach. Wbrew wyobrażeniom miasto nie jest bowiem aż tak duże (porównywalne do Wrocławia, tyle że ludność upchnięta jest w wielkich blokach), co sprzyjało przemieszczaniu się na piechotę. Mamy więc w Bukareszcie masę architektury komunistycznej, ale zachowały się też istne perły secesji. Przez miasto prowadzą szerokie na osiem pasów arterie, lecz z drugiej strony nigdzie nie widziałem tak rozległych parków. Tego typu kontrastów można wymieniać bez końca, nie zapominając oczywiście o sporej liczbie ćpunów żebrzących na ulicach.

bukareszt-secesja-pasaz
Wspaniały secesyjny pasaż. Coś podobnego jest także w Oradei (Nagyvarad) tuż przy granicy z Węgrami.

„To prawdziwa stolica. Posiada właściwy rozmach, rozległość, majestat i beztroskę w marnowaniu przestrzeni” – cytat ten należy do nijakiego Claudio Magrisa, a znalazłem go w książce „Rumunia. Przestrzeń, sztuka, kultura”. Moim zdaniem w dobry sposób oddaje on klimat miasta. Co do książek zaś, to napisano ich o Bukareszcie sporo. Z ostatnio wydanych znane są między innymi „Paryże innej Europy. Warszawa i Bukareszt, XIX i XX wiek”, oraz „Bukareszt. Kurz i krew”. Obie zamierzam dopiero przeczytać. Znajomi polecali bowiem, aby najpierw poznać miasto na własną rękę. Żeby się nie zniechęcić :).

Rozmowa z Gerwazym Longherem

Wizyta w Nowym Sołońcu była okazją do spotkania z Gerwazym Longherem. Spędziliśmy sporo czasu na rozmowie, którą zamieszczam poniżej.

W rozmowie brali udział członkowie Towarzystwa Miłośników Kultury Kresowej, prezes stowarzyszenia „Kresy Wschodnie – Dziedzictwo i Pamięć”, starosta wołowski Maciej Nejman i Patrycja Jenczmionka-Błędowska, redaktorka Radia Rodzina. To właśnie ona udostępniła mi nagranie, za co bardzo dziękuję. Zdjęcia są natomiast autorstwa pana Roberta Krzemienia, wicedyrektora Gimnazjum nr 18 we Wrocławiu. Mam nadzieję, że nie pominąłem żadnej osoby czy też organizacji – jeśli tak, proszę pisać.

rozmowa-z-gerwazym-longherem
Towarzystwo Miłośników Kultury Kresowej – po przyjeździe do Nowego Sołońca

Kim właściwie jest Gerwazy Longher? Reprezentuje on polską mniejszość jako poseł w rumuńskim parlamencie, przede wszystkim jest zaś prezesem Związku Polaków w Rumunii. Prywatnie natomiast jest on bardzo miłym i serdecznym człowiekiem, bardzo zaangażowanym w sprawy związane z tamtejszą społecznością.

Ilu Was jest – Polaków z Rumunii?

Według spisu powszechnego kilka tysięcy. Większość żyje na Bukowinie, ale też w większych miastach, na przykład w Bukareszcie.

Żyją tu rodziny stuprocentowo polskie czy mieszane?

Teraz jest już trochę mieszanka. Do lat dziewięćdziesiątych to bardziej żeniliśmy się Polacy z Polakami. Teraz jest inaczej. Czy to jest dobre czy niedobre? Nie wiem.

Jakie były początki Związku Polaków w Rumunii?

Współcześnie istniejący Związek Polaków w Rumunii powstał po upadku komunizmu, w 1990 roku, w Bukareszcie. Dwa lata później przeniesiono jednak siedzibę główną do Suczawy, gdyż większość Polaków żyje tutaj, na Bukowinie. Od tej pory siedziba jest w Suczawie, w Domu Polskim, który został zbudowany jeszcze w 1907 roku.

Czym się Państwo zajmują na co dzień?

Mamy dużo różnych programów . Zajmujemy się szkolnictwem, utrzymywaniem kultury, tradycji, religii polskiej tutaj, na Bukowinie. Zajmujemy się też budowaniem Domów Polskich. Czternaście lat temu, gdy zacząłem swoją działalność, ustaliłem taki program, że każde stowarzyszenie będzie miało swoją siedzibę, swój Dom Polski. Na dzień dzisiejszy brakuje jednego, w Moarze koło Suczawy. Ale projekt już jest, za parę lat budynek powinien być gotowy.

A oprócz budowania Domów Polskich?

Nasze działania to nie tylko budowanie Domów Polskich, lecz także na przykład szkolnictwo. Stworzyliśmy parę lat temu taki program „Dzieci Bukowiny”, poprzez który chcieliśmy każdego uświadomić, że warto aby dzieci się uczyły. Plus do tego zaczęliśmy też remontować szkoły, bo trudno zachęcić dzieci do nauki, jak jest zimno i dzieci muszą siedzieć w kurtkach i rękawicach. Tak więc następny projekt to było budowanie i remontowanie szkół w wioskach. W Pojana Mikuli wybudowano też nową szkołę z salą sportową i przedszkole. To było w 2009 roku, wtedy ją otworzyliśmy. Polski senat dawał pieniądze na budowę tej szkoły, a pani wicemarszałek Krystyna Bochenek była na jej otwarciu. Po katastrofie smoleńskiej postanowiliśmy, że ta szkoła przyjmie jej imię. Teraz uczy się tam ponad 160 dzieci.

Wszystkie polskie?

Rumuńskie, polskie, nie ma żadnej różnicy. Mamy w Związku taką politykę, żeby nie robić różnicy między dzieci. Tak więc w naszych szkołach uczą się też Ukraińcy, Rumuni, Niemcy, ale nie ma z tym żadnego problemu z naszej strony. I to bardzo dobrze, bo Bukowina zawsze była takim regionem multietnicznym. Także nigdy tutaj nie było problemów między różnymi mniejszościami.

Ciągle wraca temat budowania i remontowania. A na czym polega Państwa działalność kulturalna?

Co do spraw tradycyjnych, warto wymienić chociażby powstały w 1990 roku zespół Solonczanka. On działał już w czasach komunistycznych, ja też tańczyłem w tym zespole, ale jeździliśmy jako szkoła. Najwięcej po gminach, bo do Suczawy na przykład nie wolno było już jechać. Ale działaliśmy, tańczyliśmy, śpiewaliśmy po polsku. Teraz mamy już wolną rękę, a w zespole jest pełno dzieci. I to bardzo dobrze, bo po to budowane są domy polskie, aby dzieci się uczyły. Mamy tu też klub młodzieżowy, gdzie mogą się spotykać. Mamy też redakcję przy Związku Polaków, wydajemy gazetę Polonus współfinansowaną przez rumuński rząd. Ona jest tylko i wyłącznie kulturalna, o tym co robimy, nie ma tam żadnych spraw politycznych. Czasem dajemy tylko informacje, że był wybrany taki a taki prezydent, taki a taki rząd. Bez polityki.

Z jakimi problemami borykają się tutejsi Polacy?

Nie ma sprawy, której nie można by było rozwiązać. Czasami są malutkie problemy, z którymi ludzie się borykają. Naszą sytuację można porównać z wszystkimi Rumunami – jak oni żyją, tak żyjemy my. A u nas jest tak – jak robisz, to masz. Jak nie robisz, to nie masz. Praca tutaj jest, choć nie tak dużo, na razie jeszcze się wszystko układa. Ciągle w tych naszych krajach prowadzone są reformy, tak jak w Polsce. W dodatku teraz, jak Rumunia weszła do Unii Europejskiej, to dużo ludzi wyjeżdża za granicę. To jest dobre, bo jak wracają tutaj, to remontują domki, można zobaczyć że okolica się zmienia.

Widoczny jest odpływ ludności do Polski?

Do Polski mniej. Problem polega na tym, że jak ma ktoś wyjechać do Polski pracować za trzy czy cztery tysiące złotych, to już woli pojechać pracować za dwa tysiące euro. Bardzo wielu ludzi wyjechało do Niemiec, Austrii, Anglii, Irlandii, Włoch. To są te kraje, gdzie ludzie stąd wyjeżdżają. Jest też bardzo dużo ludzi, którzy wyjeżdżają na prace sezonowe latem. To jest około stu ludzi z okolicy.

 

rozmowa-z-gerwazym-longherem
Kopalnia soli w Kaczyce

Po rewolucji w 1989 roku wielu Niemców wyemigrowało z Rumunii do RFN-u. Czy tutejsi Polacy też wracali do kraju?

W latach dziewięćdziesiątych bardzo mało rodzin wyjechało. Jak już, to ci, którzy pojechali na studia czy do pracy. Zapoznali kogoś, pożenili się. Było może kilkanaście rodzin, które wyjechały do Polski.
Na Dolnym Śląsku żyje sporo rodzin pochodzących z Bukowiny, ale w ogromnej większości są to repatrianci z lat czterdziestych.

Utrzymaliście ze sobą kontakty?

Kontakty są utrzymywane, choć wielu ludzi poumierało, a w czasach komunistycznych nie wolno było swobodnie podróżować. Było ciężko więc niektóre kontakty nie przetrwały. Teraz z kolei nie jest ciężko, ale każdy pracuje i dba o swoją pracę. Kiedyś to był szok, żeby nie widzieć się dłużej z kuzynem, a teraz zdarza się nie widzieć rodziny całymi latami, mimo, że mieszkają w wiosce obok. I spotykają się na pogrzebie czy weselu. To już chyba takie globalne zjawisko. Ale utrzymujemy kontakty z rodzinami mieszkającymi w Polsce.

Mimo izolacji od kraju udało się jednak Państwu zachować swoją polskość.

Jesteśmy chyba jedynym przypadkiem na świecie, gdzie istnieje jeden jedyny związek w kraju. Jest jeden dach. Czasami Bukareszt próbował coś, żeby działać osobno, bo uważali że tam jest inteligencja, a tutaj są chłopi. Ale jednak pokazaliśmy, że w jedności jest siła. Że warto inwestować w dzieci, w młodzież i przede wszystkim trzeba utrzymywać te kontakty, bo dzisiaj w tej Europie możemy się bardzo szybko pogubić. Widać, że Rumuni czy Polacy wyjeżdżają i po kilku miesiącach nie wiedzą, jak się mówi „chleb” . A tutaj mamy 200 lat wędrowania i dzisiaj rozmawiamy tym samym językiem. Także to jest też, można powiedzieć, taki nasz skarb, żeby tyle lat przetrwać. Dzisiaj, gdy wyjdzie się na drogę na drogę, każdy powie „pochwalony Jezus Chrystus”.

Ostatni szerszy kontakt między żyjącymi tutaj Polakami a krajem miał chyba miejsce w tragicznym 1939 roku?

W czasie II Wojny Światowej tędy tylko przejeżdżali uchodźcy. Nikt z Polski nie został na stałe. Wyjątkiem był ksiądz Józef Kledzik, ale on nie był uchodźcą. On sobie tutaj przyszedł i został. A reszta przekraczała granicę w Sirecie i kierowała się wprost do Suczawy. W Domu Polskim ich przyjmowali. Wśród tych ludzi był między innymi generał Haller. Jeszcze nie tak dawno temu były takie starsze panie, już niestety poumierały, ale opowiadały że podawały mu herbatę, kawę. On jest nawet zapisany w książce pamiątkowej u nas, w Suczawie.

Wspomniał Pan o księdzu Kledziku. Batalie o parafię w Nowym Sołońcu trwały zaś całe dekady.

Przez całą drugą połowę XIX wieku wioska nie miała swojej parafii, tylko dojeżdżali księża z Kaczyki. I wtedy Polacy stąd postanowili, że będą pisać do biskupa do Lwowa, żeby dać księdza tutaj. No ale nie było parafii, więc oni zrobili taką parafię, żeby każdego księdza co przyjedzie zachęcić. Tak piękny, duży dom i kościół taki, że po prostu grzechem by było, żeby nie przyjść.

rozmowa-z-gerwazym-longherem
Kresowianie pod kościołem w Kaczyce

Grzechem byłoby też nie wspomnieć o kościele w Kaczyce.

Tak. Kościół jest neogotycki, jest to jedyny kościół w Rumunii w tym stylu. Nie ma więcej takich kościołów. On też był wybudowany w 1904 roku. Był mały kościółek, ale został przebudowany. W środku można zobaczyć kopię obrazu matki boskiej częstochowskiej. Tylko nie wiemy dokładnie, kiedy był tutaj przywieziony. Ludzie migrowali do Bukowiny i oni z tym obrazem jechali. Nie ma wszystkich śladów skąd to, ale robiliśmy ostatnio szatę w Częstochowie i specjaliści mówili, że ma około 300 lat. Teraz jest takie sanktuarium gdzie wszyscy katolicy z całej Rumunii, nie tylko Polacy, przyjeżdżają piętnastego sierpnia na odpust. A od 2000 roku został ustanowiony jako bazylika mniejsza, poprzez dekret wydany przez Jana Pawła II. Zrobiliśmy tam zresztą plac św. Jana Pawła II, mamy też jego pomnik.

rozmowa-z-gerwazym-longherem
Matka Boska Kaczycka – ołtarz w kościele

Istnieje wiele dowodów na to, że Polacy pamiętają o swoich rodakach na Bukowinie. Senat wspomógł budowę Domu Polskiego w Nowym Sołońcu, powiat rybnicki wzniesienie pomnika papieża w Kaczyce – to tylko kilka przykładów. Macie jakieś inne oczekiwania względem macierzystego kraju?

Oczekiwać można dużo, ale nie musimy siedzieć z wyciągniętą ręką, żeby ktoś nam dał. Wróćmy do 1903 roku. Gdzie była Polska? Nie było Polski. Polacy stąd budowali Dom Polski w Suczawie. Była akcja „po jednej cegiełce dla Domu Polskiego”. W 1904 zaczęli budować kościół w Kaczyce. Też Polski nie było. Budowali, nie czekali. Tak i dzisiaj, gdy idę na spotkania, mówię że możemy działać. Są pieniądze, działamy. Nie ma, robimy coś innego. Albo dajemy pieniądze na spotkania, albo robimy takie obiekty jak Dom Polski w Nowym Sołońcu czy szkoła w Pojanie Mikuli, które będą stały kolejne dwieście, trzysta lat. To są właśnie wizytówki i ślady naszej polskości tutaj, na Bukowinie. Bo to wszystko zostanie. Nie wiadomo, co będzie z książkami za parę lat, bo już ludzie z internetu czytają. Ale to tylko taki przykład, bo książka to jednak książka . Ale nawet jak się system zmieni, to Domy Polskie jako budynki przetrwają. Nasz Dom Polski w Suczawie też był przejęty przez komunistów i nie było go przez 50 lat, ale budynek stoi do dzisiaj. Obojętnie jaki system polityczny jest, one tam są. Można iść do Suczawy i zapytać gdzie jest Dom Polski. „Dom Polski? Acolo” – tam jest. Wszyscy wiedzą. Czasami Rumuni pytają, kto to jest ten pan „Dom Polski”. I to jest właśnie to, co jest moim zdaniem ważne, że ślad powinien zostać. I na to pieniądze też trzeba dawać. Na szkoły, na domy polskie. Kiedyś w Polsce ktoś mówił, że nie ma sensu pakować pieniędzy w mury. Zależy, w jakie mury.

rozmowa-z-gerwazym-longherem
Kościół w Nowym Sołońcu

Warto budować tego typu mury, ale też warto budować wspólne relacje. Polska i Rumunia mają teraz zbieżne interesy w Unii Europejskiej, o czym mówił prezydent Andrzej Duda w trakcie ostatniej wizyty w Bukareszcie. Jaka jest rola Polaków z Bukowiny w tych relacjach?

My jako Związek Polaków w Rumunii mamy swoje miejsce w parlamencie i zawsze uczestniczymy przy ważnych dla kraju rozmowach, jak wejście do NATO czy Unii Europejskiej. A rola mniejszości ogólnie w Rumunii jest ważna. Wystarczy spojrzeć, że nasz prezydent jest Niemcem [pochodzący z Sybinu Klaus Iohannis wywodzi się z mniejszości niemieckiej – M.T.]. Oczywiście, Polska i Rumunia mają wspólne interesy. W Europie środkowo – wschodniej są to kraje największe i mogą być bardzo dobrymi partnerami. Rumunia ma trzydziestu dwóch europosłów, Polska ponad pięćdziesięciu. To bardzo dużo, tak więc wspólna polityka ma sens. Mamy wspólne interesy jeśli chodzi na przykład o rolnictwo. A Związek Polaków w Rumunii chciałby się do tych dobrych relacji przyczyniać.

rozmowa-z-gerwazym-longherem
Od lewej: Jerzy Rudnicki, Michał Torz, Gerwazy Longher, Jerzy Mużyło

A co do szkół, czy jest możliwość kontynuacji nauki języka po edukacji podstawowej?

W Gura Humoru [Gura Humorului – M.T.] jest liceum i od ośmiu lat są tam stworzone przez nas klasy polskie w liceum. Zjeżdżają uczniowie z Sołońca, Pleszy, Kaczyki i tworzą jedną klasę. I to jest klasa z rozszerzonym językiem polskim.

Ale wykładowy jest rumuński?

Tak. My nie możemy mieć szkoły w języku polskim, dlatego że nasze dzieci rodzą się i uczą się tutaj tej naszej gwary, która ma ponad 200 lat, odkąd nasi przodkowie wyjechali z Polski. Uczą się tego języka od urodzenia. Potem dopiero w przedszkolu dzieci uczą się języka rumuńskiego. Ale uczą się też języka polskiego literackiego w szkole, dwie godziny w tygodniu w przedszkolu i trzy-cztery godziny w szkole podstawowej i liceum. U nas jest system ośmioklasowy. Kończąc osiem klas ucząc się tylko polskiego byłby problem, bo trzeba pójść do liceum. Nawet jak się pojedzie do Polski, to co zrobić? Nie zna się dobrze ani języka polskiego, ani rumuńskiego. Nie możemy inaczej. Nie byłoby problemów z prawem, ale po prostu taka jest specyfika tego regionu. Dzieci polskie i tak już muszą się uczyć więcej niż dzieci rumuńskie, ze względu na zajęcia z języka.

Nie jest łatwo być Polakiem w Rumunii?

Mimo tych problemów jest dobrze. Jak dostaliśmy pieniądze z Polski na budowę szkoły w Pojanie Mikuli, to od rządu rumuńskiego dostaliśmy pieniądze na remont szkoły w Nowym Sołońcu. W Kaczyce natomiast jest plac świętego Jana Pawła II za pieniądze rządu rumuńskiego, także są to ogromne pieniądze. Znów wracamy do tych pieniędzy, ciągle o pieniądzach. Ale to nie pieniądze są ważne, tylko to, co po nich zostaje.

Polskie wsie w Rumunii

O tym, że na rumuńskiej Bukowinie są miejscowości zamieszkane przez Polaków, wiedziałem już od lat. Dopiero teraz udało mi się do nich dotrzeć, lecz nie był to zwykły wyjazd turystyczny.

Polacy trafiali na Bukowinę głównie w XIX wieku. Byli to w większości górale Czadeccy zamieszkujący pogranicze polsko – słowackie, a także górnicy z okolic Bochni i Wieliczki sprowadzeni celem eksploatacji tamtejszych złóż soli. Tyle w skrócie, bo informacji na ten temat jest sporo nawet w internecie – chociażby na stronie naszej ambasady w Bukareszcie.

00370012

Nowy Sołoniec

Pierwszy pomysł wyjazdu na Bukowinę został rzucony jeszcze na studiach. Wybierałem się wtedy z trzema kolegami z roku w podróż życia. Mieliśmy zwiedzić całą Europę wschodnią i „może zahaczyć o Azję”. Z tego cytatu dziewczyna, a obecnie żona jednego z kolegów, śmieje się zresztą do dziś, bo w efekcie nie wyjechaliśmy nawet za Wrocław. Po studiach nasza czwórka nadal ma ze sobą lepszy lub gorszy kontakt, co mnie bardzo cieszy. Do Bukowiny pojechałem jednak w zupełnie innym składzie.

00370011

Nowy Sołoniec

Nowy Sołoniec, Kaczyka, Pojana Mikuli – wiedziałem, że chcę tam jechać już na etapie planowania wyjazdu do Rumunii. Wielką inspiracją stała się zaś książka „Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła” autorstwa Michała Kruszony (polecam!). Autor opisał w niej między innymi swoje wizyty w polskich wsiach. Na co zwróciłem uwagę to fakt, że za każdym razem wiózł jakieś prezenty dla tamtejszych dzieciaków.

00370030

Kaczyka

Pomyślałem, że to bardzo miły gest, żeby zabrać ze sobą jakieś drobiazgi. Pewnego razu zadzwoniłem do Jerzego Rudnickiego, prezesa Towarzystwa Miłośników Kultury Kresowej, i podzieliłem się z nim takim pomysłem. W końcu kto jak kto, ale Kresowianie mają doświadczenie w tego rodzaju akcjach. Następnego dnia prezes poinformował mnie zaś, że w zbiórkę zaangażował już dwie szkoły, zaprzyjaźnioną parafię i paru samorządowców. Słowo się rzekło, robimy zbiórkę na serio :).

00370019

Kaczyka

Tak więc z początku liczyłem na zabranie kilku piłek i skakanek, a ostatecznie okazało się że dary nie zmieściły się w busie. O samej akcji „Święta na Bukowinie” nie będę się jednak rozpisywał. Informacje o zbiórce zebrałem na stronie (przyjdzie czas, gdy to uporządkuję), materiały na ten temat pojawiały się też między innymi w Radiu Rodzina, Gościu Niedzielnym i portalu www.wdolnymslasku.pl. Na podsumowanie polecam zaś przesłuchać reportaż radiowy Patrycji Jęczmionki – Błędowskiej, która była z nami na Bukowinie – o samej wyprawie, jak i o wizerunku Matki Boskiej Kaczyckiej.

00370013

Nowy Sołoniec

Warto napisać kilka słów o samym dojeździe. Kresowianie jechali z Polski, co ze względu na zimowe warunki zajęło im niemal dobę. Obrali trasę przez Słowację, Węgry, a następnie Satu Mare, Dej i Bystrzycę. Drogi przez Ukrainę nie polecali, bo wracając stali koło sześciu godzin na granicy. Ja z Anią jechałem z Klużu, co i tak zajęło nam ładnych parę godzin. Po drodze przejeżdża się przez Karpaty, co gwarantuje piękne widoki. Same wioski znajdują się zaś nieopodal Suczawy (Suceava). Polecam kierować się na Kaczykę, a stamtąd do Nowego Sołońca. Droga przez Pleszę okazała się bowiem w zimie nieprzejezdna. Musieliśmy więc wrócić i dojechać od strony Kaczyki. Z tamtego kierunku prowadzi bowiem „Droga Aleksandra” o betonowej nawierzchni. Powstała ona z inicjatywy prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który w zamian za tę inwestycję darował Rumunii długi względem naszego kraju.

00370028

Kaczyka. W tle kościół NMP.

Czemu natomiast wybraliśmy Nowy Sołoniec? Bo właśnie tam znajduje się najokazalszy w okolicy Dom Polski, oferujący pokoje w standardzie hotelowym za cenę około czterdziestu złotych. Standard noclegów to jednak sprawa drugorzędna (następnym razem będę wręcz starał się go obniżyć, szukając miejsca u któregoś z gospodarzy). Najwspanialszym uczuciem było bowiem spotkanie z rodakami w tak odległym i w pewnym sensie egzotycznym miejscu. Usłyszeć „dzień dobry” czy „szczęść Boże” na ulicy to niby nic szczególnego. Pod warunkiem, że jest się w Polsce, a nie w północnej Rumunii! A właśnie Nowy Sołoniec uchodzi za najbardziej polską spośród okolicznych wsi.

00370015                        00370022

Po lewej: portal kościoła w Kaczyce. Po prawej: ołtarz kaplicy w kopalni soli.

00370026

Niepokojące krzesła w jednym z zakamarków kopalni.

Dary, które przywieźliśmy, odebrał od nas pan Gerwazy Longher, prezes Związku Polaków w Rumunii i poseł na rumuński sejm. On też zaprosił nas na wycieczkę do pobliskiej Kaczyki. Nie jest to wieś typowo Polska, jak choćby Nowy Sołoniec. A przynajmniej z racji obecnej populacji, która z racji dogodniejszej komunikacji jest bardziej przemieszana. Są jednak w Kaczyce dwa obiekty potwierdzające polski rodowód wsi – kościół i kopalnia.

00370017

Kaczyka. Czyżby nasz rodak?

To właśnie do tej kopalni za czasów habsburskich sprowadzono tutaj górników z Bochni i Wieliczki. Działa ona zresztą do dziś, tyle że wydobycie odbywa się na bardziej przemysłową skalę. Można jednak zwiedzić kilkaset metrów starych korytarzy, w których wykuto kaplicę i liczne płaskorzeźby. Nie wiem, co to była za skała, ale w całej kopalni nie ma prawie żadnych rusztowań. Na dnie jest na przykład olbrzymia hala, w której znajduje się boisko do piłki nożnej. Ponoć wysiłek fizyczny w takich warunkach to samo zdrowie. Ja ograniczyłem się do spaceru.

00370032

Kaczyka. Ekologiczny szambowóz

Drugi ciekawy obiekt to kościół. Jak wspomniałem, jedyna neogotycka świątynia w całej Rumunii. Gdzieś wyczytałem, że to kopia kościoła w Bochni. Szukałem, szukałem i nie znalazłem pierwowzoru. Może to tylko czyjaś fantazja?

00370031

Kaczyka

Ludzie na Bukowinie żyją dość skromnie, ale nie widać tam jakiejś wszechogarniającej biedy. Domy i obejścia są zadbane, a ludzie życzliwi. Wieczorem napotkać zaś można wesołych jegomościów nawołujących się po wsi niezrozumiałymi dla nikogo (oprócz nich) okrzykami. Pewnego wieczoru stwierdziłem, że fajnie byłoby choć trochę poczuć się jak oni i poszedłem do wsi poszukać chaty bimbrownika. Około dwudziestej trzeciej cała mieścina jednak spała. Nagle zaczęło zbliżać się jakieś auto. Chciałem zapytać kierowcę, chłopaka w wieku dwudziestu paru lat, gdzie można kupić palinkę. W odpowiedzi sięgnął za siedzenie i wyciągnął butelkę po wodzie mineralnej. Następnie odkręcił ją, dał do powąchania i z błogim uśmiechem powiedział: „Palinka de pruna. Natural”. Była to oczywiście śliwkowa palinka, za którą w dodatku kierowca nie chciał przyjąć żadnych pieniędzy. Wcisnąłem mu 20 lei, choć możliwe że przepłaciłem. Było jednak warto i mam nadzieję na podobne przygody podczas kolejnej wizyty. Miejscowi polecali przyjechać na dożynki ;-).

 

Upadek „Słońca Karpat”

27 lat temu, w Boże Narodzenie 1989 roku, po szybkim procesie został rozstrzelany Nicolae Ceausescu wraz z żoną Eleną.

O rewolucji w Rumunii powstało wiele publikacji, dużo na ten temat można dowiedzieć się nawet z internetu. Sporo ciekawych faktów o ostatnich latach rządów „Geniusza Karpat” opisuje na przykład Maciej Kuczewski w swojej świetnej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” (gorąco polecam). Autor, który przez wiele lat był korespondentem PAP-u w Bukareszcie, w doskonały sposób opisuje absurdy komunistycznej Rumunii. W latach osiemdziesiątych kraj ten, po kolejnych decyzjach światłego władcy, pogrążał się w coraz większym kryzysie. Ludzie musieli zaś znosić coraz bardziej potwornych udręk ze strony władzy, co widoczne było w absurdalnych z dzisiejszej perspektywy dekretów dyktatora.

Zabronione na przykład były jakiekolwiek kontakty z obcokrajowcami (bo mogą wykraść arcyważne tajemnice państwowe) czy korzystanie z pojazdów mechanicznych na wsiach (po co, skoro krowy wykonają taka samą pracę za darmo?). Z drugiej strony mieszkańcy poddawani byli permanentnej inwigilacji. W komunistycznej Rumunii łatwo było o telefon, gdyż każdy montowany od połowy lat osiemdziesiątych aparat miał zamontowany podsłuch. Władza prowadziła też rejestr wszystkich maszyn do pisania (oczywiście nie każdy mógł takową posiadać). Tworzono w tym celu archiwa, w których znajdowały się próbki czcionek każdego egzemplarza. Ceausescu sądził bowiem, że uda się dzięki temu namierzać opozycjonistów kolportujących wywrotowe publikacje.

To oczywiście jedynie krótki wybór paru bardziej charakterystycznych przykładów tego, jak potworną dyktaturę zafundował swoim rodakom syn szewca – absolwent kilku klas szkoły podstawowej. Nic dziwnego, że naród ten miał w pewnym momencie dość ciągłych poniżeń. W efekcie, za przykładem innych państw bloku wschodniego, w połowie grudnia 1989 roku wybuchła rewolucja. Początkowo protesty pojawiły się w Timisoarze. Ich brutalne zdławienie przyczyniło się zaś do eskalacji napięcia. Bardzo charakterystyczne jest nagranie z ostatniego przemówienia Ceausescu z 21 grudnia, na którym słychać coraz bardziej emocjonalne reakcje wzburzonego tłumu. Nie pokazano tego jednak na nagraniu. W momencie, gdy tłum rzucił się pod trybuny, operatorzy kierowali kamery ku niebu.

W kolejnych dniach konflikt eskalował. W rumuńskich miastach prowadzone były wręcz regularne walki. Rumuni po czasie mieli się zorientować, że uliczne protesty zostały wykorzystane do obalenia dyktatora i przejęcia władzy przez jego przeciwników – głównie Iona Iliescu, który został potem prezydentem (po przerwie w latach 1996 – 2000 został ponownie wybrany na ten urząd. Stąd nie dziwią poglądy podobne do tych znanych w Polsce, że obalenie dawnego reżimu nie zostało ukończone i uniemożliwiło np. późniejszą lustrację. Więcej w krótkim dokumencie poniżej.

W przeciwieństwie do swoich partyjnych towarzyszy, sam Ceausescu skończył marnie. Po ucieczce z Bukaresztu został schwytany wraz z żoną przez milicjantów. Podobno początkowo sądził, że chronią go oni przed rebelią. Oboje zostali jednak pospiesznie osądzeni i rozstrzelani. Wszystko zarejestrowano kamerą i pokazywano wielokrotnie w telewizji. Chciano przy tym zachować pozory humanitaryzmu. Przed egzekucją podano na przykład dyktatorowi insulinę, gdyż był diabetykiem (polska wikipedia błędnie informuje, że zbadano mu tylko ciśnienie krwi). Chwilę później dyktatorską parę bez ceregieli jednak rozstrzelano. Egzekucji wykonała grupa żołnierzy, strzelając z bliskiej odległości seriami z kałasznikowów. Film poniżej jest dosyć drastyczny.

Jak pokazały kolejne lata po rewolucji, zabicie dyktatora tak naprawdę niczego nie zmieniło. Dało ludziom jedynie krótkotrwałą satysfakcję, że oto zniknęła para odpowiedzialna za ich cierpienia. Obecnie można jednak odnieść wrażenie, że większość Rumunów negatywnie ocenia tamte wydarzenia.

W poszukiwaniu bimbru (cz. 1)

Do końca nie wiem, jaki jest status prawny bimbru w Rumunii. Znajomi mówili mi najczęściej, że „to chyba nielegalne, ale nikt się tym nie przejmuje”. Najpewniej jednak alkohol można tutaj wytwarzać na własny użytek. Nie oznacza to rzecz jasna, że jest towarem trudno dostępnym. Wręcz przeciwnie.

Pomijam oczywiście kwestię dostępności „sklepowych” wersji wszelkiego rodzaju palinek, bo nie w tym rzecz. Przybliżę tutaj kilka spostrzeżeń dotyczących tego prawdziwego bimbru, wytwarzanego w zaciszu rumuńskich i węgierskich domów. Celowo wspominam o dwóch najliczniejszych grupach mieszkańców Siedmiogrodu, gdyż kwestia narodowości jest tutaj dosyć istotna. Zarówno Rumuni jak i Węgrzy będą bowiem zawsze twierdzić, że to właśnie ich palinka jest najlepsza. Dlatego też nie polecam wchodzić w większe dyskusje na ten temat. Jest to bowiem stąpanie po cienkim lodzie i bardzo łatwo jest zrazić do siebie rozmówcę.

Tutejszą palinkę poznałem już parę lat temu. Ania zajmowała się wtedy oprowadzaniem grup młodzieży z Rumunii, które przyjeżdżały do Wrocławia na praktyki. Swego rodzaju tradycją było ofiarowanie pod koniec pobytu drobnych prezentów. Najczęściej była to plastikowa butelka po koli albo wodzie mineralnej, wypełniona piekielnie mocnym alkoholem. Jak zdobyć ten trunek w Rumunii? Najczęściej wystarczy wypatrywać go w przydrożnych straganach. Pomiędzy warzywami, owocami i innymi artykułami spożywczymi zwykle można znaleźć tajemnicze butelki z przeźroczystą cieczą.

20151108_141705

Palinki szukać też można na popularnych tutaj targowiskach. W każdym przypadku warto pytać o smak. Najpopularniejsze są śliwkowe, ale trafić można też na gruszkowe, pigwowe czy jabłkowe. Różna jest ich moc. Te „sklepowe” mają zazwyczaj lekko powyżej 40%, domowej roboty są z reguły o wiele mocniejsze. Trudno powiedzieć dokładnie, bo nie mam jak tego zmierzyć. Powiem tylko, że każda której próbowałem miło pali w gardło. Różne są także ceny. Generalnie jednak półlitrowa butelka to koszt od 20 do 30 złotych.

W niektórych miejscowościach turystycznych palinkę można dostać wprost od producentów. Mieszkańcy wystawiają karteczkę z odpowiednią informacją – wystarczy zapukać. Tak na przykład jest w Torockó – szeklerskiej osadzie nieopodal Turdy (swoją drogą, mieścina ta zasługuje na osobną notkę, ale to innym razem).

20151108_134433

Niekiedy wystarczy jednak być czujnym obserwatorem. Dym z kominka wydobywający się w środku lata? Tajemniczy kołowrotek napędzany przez pobliski strumyk? Sad składający się z kilkunastu śliw? Tego typu zjawiska nie są z pewnością dziełem przypadku, lecz dają jasną wskazówkę o działalności lokalnego bimbrownika.

20151108_130716

Jak wiadomo – jest popyt, jest więc i podaż. Konkretnie chodzi mi o sprzęt bimbrowniczy, który znaleźć można w wielu miejscach – zarówno w hipermarketach, jak i w osiedlowych sklepach „wszystko dla domu”. Poniżej najtańszy z zestawów, na jakie do tej pory natrafiłem. Zwraca uwagę marka „Perfect Home” :-).

20151108_165137

Z reguły tego typu aparatury są dużo droższe. Zwłaszcza te o większej pojemności, bądź wykonane z lepszych materiałów, np. z miedzi. Poniżej przykład wystawy ze sklepu Dedeman (to  taki rumuński odpowiednik Praktikera i Castoramy).

20151029_191750

Okazjonalnie całą aparaturę można nabyć też na targach. O cenę nie pytałem, ale można założyć że na taką bimbrowniczą machinę trzeba wydać więcej niż 2000 złotych.

20151003_180022

Niniejsza notka oznaczona została celowo jako część pierwsza. Osobny artykuł postaram się bowiem napisać o samej produkcji. W tym celu będę próbował się wprosić do któregoś z gospodarzy i poprosić o demonstrację działania jego domowej linii produkcyjnej.

Rumuni wyszli na ulice – „korupcja prowadzi do śmierci”

Tragedia, jaka rozegrała się w Bukareszcie, znalazła swój finał na ulicach rumuńskich miast. Po wczorajszym marszu w Bukareszcie, w którym wzięło niemal 30 tysięcy ludzi, wściekli Rumuni opanowali centra innych miejscowości – w tym Klużu. Manifestacje odbywają się w sposób spontaniczny i, jak zapewniają uczestnicy, nie stoi za nimi żadna polityczna formacja.

5

Senatorowie pod sąd, bez specjalnych emerytur

Potwierdzają to hasła, które były skandowane przez tłum, które ogólnie można z grubsza określić jako „antysystemowe”: „„Więcej szpitali, mniej kościołów”, „korupcja prowadzi do śmierci”,  „wszyscy politycy to śmiecie”, „senatorowie pod sąd, bez specjalnych emerytur” czy „wszyscy chcą zmian, ale nikt nie chce się zmienić”. A także wiele innych, których nie wypada cytować. Szczegółowo o przyczynach protestów opowiedział mi Adrian Dohotaru, lokalny dziennikarz i aktywista. Ocenił on, że ludzie są po prostu wściekli:

– Oczekiwania są spore. Od reformy służby zdrowia, poprzez większą kontrolę nad działaniami polityków, po walkę z korupcją. Nie można więc jednoznacznie ocenić, czy te demonstracje są prawicowe czy też lewicowe – tłumaczył mi Adrian Dohotaru.

7

Jak to się zaczęło?

W piątek 30 października w bukaresztańskim klubie Colectiv miał miejsce koncert metalowy, podczas którego odpalono sztuczne ognie. Cała sala w ekspresowym tempie zaczęła płonąć, zaś ludzie tratowali się próbując dojść do jedynego otwartego wyjścia. Początkowy bilans 27 ofiar wciąż rośnie – na dzisiaj potwierdzono śmierć 33 młodych ludzi. Po tragedii ludzie zaczęli gromadzić się w centrach większych miast w geście solidarności z ofiarami.

3

33 życia aby zobaczyć, jak bardzo są niekompetentni

Szybko okazało się, że właściciele Colectiva (związani towarzysko i interesami z lokalnymi władzami) oszczędzili na izolacji używając do tego celu łatwopalnej pianki poliuretanowej. Klub nie spełniał też norm przeciwpożarowych. Mimo to, nikt nie robił problemu z pozwoleniami na organizowanie tam imprez masowych. Nie minęło więc wiele czasu, gdy spontaniczne spotkania zaczęły się przeradzać w demonstracje przeciw władzy. Wiele wskazuje na to, że nie są one inspirowane przez żadną siłę polityczną.

Czy leci z nami pilot?

W Klużu ludzie spotkali się pod pomnikiem króla Macieja Korwina znajdującym się w ścisłym centrum, gdzie od zeszłotygodniowej tragedii palone są znicze i składane kwiaty. Po godzinie 18:00 tłum coraz bardziej gęstniał. Ludzie stali w grupkach, czekając na rozwój wydarzeń. Ktoś spontanicznie rozdawał świeczki, ktoś inny wydrukował kilkadziesiąt antyrządowych haseł na kartkach papieru. Po chwili pojawiło się kilku, najwyraźniej samozwańczych, przywódców. Poznać ich można było po megafonach trzymanych w rękach. Pytałem wielu osób naokoło, także dziennikarzy, kim oni są. Nikt nie był w stanie odpowiedzieć, ale też nikogo to zbytnio nie obchodziło. Kilkutysięczny tłum rozpoczął marsz przez miasto, zatrzymując się pod siedzibami władz.

4

Robiło to przy tym wielkie wrażenie, jak ten tłum złożony z młodzieży, rodziców z dziećmi i starszych osób (choć najwięcej oczywiście uczniów i studentów) potrafił się zorganizować. Na przykład w pewnym momencie wszyscy – cały plac wypełniony po brzegi ludźmi – uklękli i zamilkli w intencji ofiar pożaru w klubie Colectiv. Potem tłum obszedł stare miasto, skandując różne hasła. Nie było przy tym żadnych incydentów. Jedynie raz ktoś odpalił petardę, ale czyn ten został przez resztę zgodnie wygwizdany i wybuczany. Niesamowite wrażenie zrobił też przejazd karetki. Kilkutysięczny tłum rozstąpił się na dwie strony ulicy przepuszczając pogotowie, machając i bijąc brawo.

Co dalej?

Co dalej wyniknie z protestów? Początkowo domagano się między innymi ustąpienia premiera – socjaldemokraty Victora Ponty. Dzisiaj, tj. w środę rano, podał się on do dymisji. Dzisiaj tłum żądał już więcej – rozwiązania parlamentu i szeroko pojętego „osądzenia” wszystkich polityków. Zapytałem jednego z uczestników, czy hasła te dotyczą też Klausa Iohannisa – obecnego prezydenta kraju, z którym spotkał się wczoraj Andrzej Duda:

– Nie mamy nic przeciwko Iohannisowi. On podczas ostatnich wyborów też wystąpił przeciwko obecnej sytuacji – powiedział mi młodzieniec imieniem Vladorus. – Ale cały parlament powinien zostać rozwiązany – dodał.

2

Wydarzenia z Rumunii przypominają mi sytuację sprzed kilku lat, jaka miała miejsce na Węgrzech. Tam protesty doprowadziły do odsunięcia od władzy socjalistów, na czym skorzystał obecny premier Victor Orban. Czy zmiany w Rumunii skończą się przejęciem władzy przez lewicę czy prawicę, tego nie wiadomo. Z pewnością jednak kraj ten zyska na usunięciu polityków, których mentalność tkwi jeszcze głęboko w słusznie minionej epoce.

6

P. S. Przepraszam za słabą jakość zdjęć. Dysponowałem jedynie telefonem.

Rumuńskie drogi

Stan dróg w Rumunii bardzo mile mnie zaskoczył. Inną sprawą jest styl jazdy tutejszych kierowców. Myślałem, że historie znajomych są przesadzone – teraz wiem, że bywa znacznie gorzej… Choć zdarza się wiele wesołych sytuacji.

Przyjechaliśmy do Rumunii ledwo dwa miesiące temu. Po przekroczeniu granicy przywitały nas kominy fabryk w Oradei (węg. Nagyvarárad) i szeroka, czteropasmowa droga. Przebicie się przez miasto poszło gładko. Bardziej stresujący był 160 kilometrowy odcinek pomiędzy Oradeą a Klużem, który ciągnie się przez góry i wiele małych miejscowości. Wbrew obiegowym opiniom, drogi mają tutaj bardzo dobre. Nawierzchnia na głównych trasach jest idealnie gładka, do tego wiele podrzędnych odcinków jest remontowanych. Na zdjęciu poniżej – droga z Klużu do Turdy.

20150919_122621

Przez pierwsze kilometry podróży przez Rumunię z tyłu głowy cały czas miałem jednak historie znajomych, którzy opowiadali o tutejszych policjantach domagających się łapówki przy byle okazji. Dlatego też starałem się jeździć w miarę przepisowo. Wkrótce się jednak okazało, że na znaki i ograniczenia nikt tutaj specjalnie nie zwraca uwagi. Kierowcy zwalniają jedynie, gdy przy trasie stoi drogówka. A o tym, że stoi, informują nadjeżdżający z naprzeciwka mrugając światłami. Oczywiście, są jeszcze fotoradary, ale z tego co się zorientowałem żaden z nich nie działa.

To, jak jeżdżą rumuńscy kierowcy, najlepiej opisał Maciej Kuczewski w znakomitej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” opisującej Rumunię z perspektywy korespondenta PAP-u w ostatniej dekadzie rządów Geniusza Karpat (swoją drogą polecam, świetny materiał). Choć opis ten wydaje mi się aż nadto przerysowany, to oddaje tutejsze realia:

Zasady poruszania się po stolicy Rumunii przetrwały próbę czasu i zmianę ustroju. Nawet na najruchliwszych skrzyżowaniach baczniej niż w światła należy się wpatrywać w oczy innych kierowców i z nich wyciągać właściwe wnioski: „Kiedy ruszy? Czy przepuści? Czy jest bardziej zdeterminowany?” itd. Stojąc grzecznie na ulicy podporządkowanej, można tak stać do końca świata: „Nie wpycha się, to znaczy, że się mu nie spieszy; jeśli się wpycha, to trzeba go przepuścić, choć nie zaszkodzi mu nawymyślać, nawygrażać i natrąbić”. Zmieniając pas, można wystawić migacz, ale ważniejsze jest bezkolizyjnie, w odpowiednim momencie, wepchać się między dwa pojazdy na sąsiednim pasie. „Skręcając nie pokazałem migacza? No przecież głupi by się domyślił, że tu będę skręcać; że w lewo z prawego pasa? A co to za różnica? Zresztą, z lewego w lewo każdy potrafi”.

Wprawdzie Autor odnosi się do ruchu ulicznego w Bukareszcie, jednak w innych miastach – a także poza nimi – sytuacja wygląda podobnie. Pas do skrętu w lewo? Nic się nie stanie, gdy użyjesz go do wyprzedzania. Czerwone światło? Jeśli jest korek, to może nikt nie zauważy jak sobie przejedziesz. Tym bardziej, gdy jedziesz taksówką.

Ciekawa jest także obserwacja dróg poprowadzonych przez mniejsze miejscowości, na których są dwa pasy w jednym kierunku. Początkowo, zgodnie z przepisami, jechałem prawym. Potem okazało się, że tak robią tylko skończeni frajerzy. Wszyscy cisną lewym, dopóki ktoś nie zechce z niego skręcić. Wtedy cała ławica samochodów wbija się na prawy, próbując się między sobą wyprzedzać i trąbiąc. Poza tym prawy pas służy do włączania się do ruchu (z reguły bez patrzenia, czy ktoś nim jedzie), a także nieoczekiwanego zatrzymywania (bo co z tego, że można zjechać na pobocze?). Trąbienie to zresztą zupełnie inna kwestia – klaksonu używa się tutaj żeby kogoś zrugać, ale też żeby pomachać znajomym. Czasami wydaje mi się też, że wielu kierowców trąbi ot tak sobie – bez wyraźnego powodu.

Osobny artykuł można by napisać o wyprzedzaniu. Czasami żałuję, że nie mam wideorejestratora – mógły z tego powstać drastyczny materiał. Wiele razy zdarzyło się na przykład, że na krętych górskich drogach ktoś nagle mija nas lewym pasem. Bywa i tak, na przykład gdy droga z naprzeciwka ma dwa pasy, że auto które nas wyprzedza jest jeszcze wyprzedzane przez mistrza kierownicy jadącego pod prąd. Jadący z naprzeciwka uciekają wtedy na prawy pas – oczywiście trąbiąc. Niedużo czasu zajęło mi odkrycie, że najlepiej jest jeździć „na sponsora” – wybrać kierowcę jadącego szybko, ale w miarę bezpiecznie i trzymać się go na trasie. Oprócz drogowych wariatów i osób jeżdżących normalnie spotyka się tu też oczywiście różnego rodzaju zawalidrogi. Oprócz znanych z polskich dróg „bab” i „dziadków” natrafić można także na krowy, konie, a także wozy. Wyglądają malowniczo, ale bywają niebezpieczne – zwłaszcza po zmroku.

20150902_143221

20150902_163445

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że kilka rzeczy zaskoczyło mnie tutaj bardzo pozytywnie. Mimo korków, po mieście jeździ się całkiem sprawnie. Jeżeli na przykład kierowca przede mną nagle zdecyduje się zatrzymać na środku drogi żeby pójść do kiosku po fajki, to łatwo jest z powrotem włączyć się do ruchu. Cieszy też stosunek do pieszych. Przejście przez ulicę nie jest tutaj igraniem ze śmiercią, jak na przykład na Ukrainie. Z ciekawostek, zaskakuje tutaj powszechna umiejętność jazdy po rondzie mającym kilka pasów. W Polsce wygląda to tak, że niemal wszyscy cisną się na zewnętrzym pasie i objeżdżają nim całe skrzyżowanie. Co więcej, dwupasmowe drogi zwężają się często przed rondem, przez co taki manewr wydaje się być najbardziej pożądany. Tutaj sprawa jest jasna – jedziesz prosto albo w lewo, korzystasz z wewnętrznych pasów. Z prawego pasa jeździ się na wprost lub (częściej) w prawo. Wszyscy to tutaj rozumieją i na rondach nie widziałem do tej pory żadnej stłuczki.

Ano właśnie, odnośnie stłuczek i wypadków. Początkowo wydawało mi się, że mimo tego całego szaleństwa, nie ma tutaj zbyt wiele wypadków. Niestety byłem w błędzie. Mimo, że jeżdżę tutaj głównie weekendami, widziałem już trzy poważniejsze wypadki. Zwłaszcza jeden był tragiczny. Na prostej drodze najechały na siebie trzy samochody, przez co wytworzył się korek. Potem okazało się jednak, że auta te zderzyły się przez to, że pierwsze z nich nagle zaczęło hamować przez właściwym korkiem – spowodowanym przez tira, który nie wyrobił na zakręcie i staranował dwa inne auta. Cud, że tylko jedna osoba zginęła. Zdjęcie z serwisu monitorulcj.ro.

monitorulcj.ro
Ten wypadek zachęcił mnie do sprawdzenia statystyk. Okazało się, że faktycznie nie jest tak różowo, jak mi się początkowo wydawało. Jeśli chodzi o unię europejską, Rumunia ma największy wskaźnik śmiertelnych wypadków – 92 osoby na milion mieszkańców rocznie. Pomiędzy 2010 a 2013 rokiem zaobserwowano wprawdzie spadek o 9%, ale liczby wciąż dają do myślenia. Cóż, gdyby ktoś się wybierał w te strony – polecam uważać na drogach.

Na koniec rzecz dla malkontentów, którzy narzekają na kierowców zastawiających chodniki. Cóż, u nas zwyczaj ten powoli zanika. Tutaj prawie nikt nie robi z tego powodu problemu. W skrajnych przypadkach można otrzymać naklejkę, jak na zdjęciu poniżej. Tutaj była ona karą za postój na ścieżce rowerowej.

20151006_165608

Właściciele posesji dbają jednak o to, aby nie zastawiać im bram. Na prawie każdej widnieje napis „Nu Parcaţi”. Czasami tabliczki przybierają bardziej stanowcze formy, jak poniżej.

20151024_132734
Generalnie jednak parkowanie przybiera tutaj najbardziej dowolne formy. Kwintesencją była odpowiedź sąsiada, gdy – nie chcąc być niemiłym – zapytałem, czy mogę zostawić na parę godzin auto pod jego oknem: „Park wherever you want. Nobody cares”.

20150917_115703

20151021_211128

Sybin (rum. Sibiu, niem. Hermannstadt)

Pierwszy raz odwiedziliśmy Sybin pod drodze na Trasę Transfogaraską dwa tygodnie wcześniej. Wtedy ograniczyliśmy się jednak do wizyty na targu i w bardzo przeciętnym barze mlecznym. Planowaliśmy jednak wrócić tam na dłużej.

Udało się na początku października. Do Sybina przyjechaliśmy w sobotę z rana i zostaliśmy do niedzieli. Niby krótko, ale przez ten czas i tak udało się nam odwiedzić wiele ciekawych miejsc. Co więcej, w centrum odbywał się akurat festiwal gitarowy. Tak więc, mimo że jest już grubo po wakacjach, miasto absolutnie nie sprawiało wrażenia opustoszałego.

festiwal

Z Sybinem wiąże się ciekawa historia, bo miasto to zostało założone w średniowieczu przez osadników niemieckich. Jeszcze w okresie międzywojennym ludność niemieckojęzyczna stanowiła tam większość, jednak wraz z upływem lat do miasta napływało coraz więcej Rumunów. Do tego, pod koniec lat siedemdziesiątych Ceaușescu wymyślił cudowny plan uzdrowienia rumuńskiej gospodarki. Polegał on na umożliwieniu wyjazdu Niemców do RFN-u – w zamian za niemałe pieniądze, rzecz jasna. W efekcie liczba dwudziestu pięciu tysięcy niemieckojęzycznych mieszkańców Sybina (1977) stopniała do nieco ponad pięciu tysięcy (1992). W całym mieście czuć jednak silne wpływy niemieckie, które nie ograniczają się do uwzględniania na tablicach wjazdowych nazwy Hermannstadt.

szwaby

Nie zawsze mam ochotę zwiedzać muzea. Zwłaszcza w takim mieście jak Sybin, gdzie każda niemal uliczka ma swój niepowtarzalny urok. Co więcej, w centrum można natrafić na zaledwie kilka komunistycznych betonowych potworków. Rzecz rzadko spotykana nawet we Wrocławiu. Dlatego wybraliśmy taki a nie inny rodzaj zwiedzania – a i tak nie zobaczyliśmy kilku rzeczy.uliczka 1uliczka 2uliczka 4uliczka 620151004_131442

Po tych uliczkach można naprawdę łazić całymi godzinami. Wiele budynków jest w słabym stanie technicznym. Tu brakuje paru dachówek, tam odpada tynk… Ale z drugiej strony mam wrażenie, że gdyby je wyremontować, to miasto straciłoby wiele ze swojego uroku.uliczka 3uliczka 5uliczka 720151003_175130

Rzecz charakterystyczna – okna na poddaszach, tzw. „oczy miasta”.

oczy

Super są też pozostałości po fortyfikacjach miejskich. Wprawdzie to niewiele w porównaniu do Alba Iulia (o tym napiszę niebawem), ale kawałki murów i baszty pięknie korespondują ze wszechobecną starą zabudową.

forty20151004_125311

Niedaleko centrum jest targ. Dominują oczywiście owoce i warzywa, które sprzedawane są tutaj za śmieszne pieniądze. Można też znaleźć parę lokalnych przysmaków, jak na przykład marynowany estragon czy zakuskę. Jest też kilka stoisk „przemysłowych”, gdzie sprzedawane są garnki, maszynki do mielenia mięsa, kanarki, przyprawy, a także inne cuda. Niezły misz-masz.

targ

Z racji festiwalu w mieście dużo się działo. W rynku pojawił się także targ z różnego rodzaju pamiątkami. Ale nie tylko, bo można było na przykład nabyć kompletną aparaturę do pędzenia palinki, steampunkowe kapelusze czy wyroby rzemieślnicze.

20151003_180022steampunk

O zabytkach nie będę się rozpisywał. W trakcie wycieczek nie korzystaliśmy z przewodnika i chodziliśmy bez jakiegoś szczególnego celu. Miało to o tyle sens, że na każdym kroku można natrafić tam na coś ciekawego.

20151003_175856

Ot, na przykład na taki most – pierwsza żeliwna konstrukcja tego typu na terenie dzisiejszej Rumunii. Podobno ma się zawalić, jeżeli ktoś skłamie na nim skłamie. Z tego, co się dowiedziałem, Ceaucescu lubił stamtąd przemawiać – więc tyle, jeśli chodzi o jego legendarną właściwość.

most kłamców

Osobną kwestią są knajpy, których jest tam mnóstwo. Ceny różne – od typowo rumuńskich, po nieco wyższe. Odwiedziliśmy kilka różnych i – niestety – zachwytu nie było. Choć akurat zupy wyglądały nieźle – i podobnie smakowały.

pasza

Za to mile wspominamy wizytę w Cafe Wien. Zwłaszcza Ania, która miała zaszczyt siedzieć w tym samym miejscu co Robert Makłowicz w trakcie jednego ze swoich programów. Tyle, że on pochłonął parę rodzajów ciast. My ograniczyliśmy się do kawy – z takim oto widoczkiem:

widok cafe wien

Poza centrum miasto też robi wrażenie. Z dotychczas odwiedzonych przez nas miejsc w Rumunii Sybin wygląda na najbardziej zadbany. Jest tam mnóstwo nowych budynków, przy głównych drogach standardem są ścieżki rowerowe, wszędzie jest czysto i schludnie. Nawet dociera tam, choć na razie w kawałkach, autostrada. To wielka duma Rumunów. Popełnię może kiedyś o artykuł na temat stanu ich dróg, ale najpierw chciałbym zwiedzić kilka bardziej prowincjonalnych mieścin żeby mieć obraz całości. Być może pokuszę się też o kolejny artykuł dotyczący Sybina. Okazja może się nadarzyć już wkrótce, bo właśnie tam chcemy zabrać znajomych, którzy się do nas wybierają w przyszłym tygodniu. Jest tam jeszcze z całą pewnością parę rzeczy do obejrzenia.

Trasa Transfogaraska (Transfăgărășan)

Powiedzieć, że widoki na Trasie Transfogaraskiej zapierają dech w piersiach, to za mało. Jej piękna nie oddadzą też żadne zdjęcia. Po prostu trzeba samemu pojechać, aby tego doświadczyć. Ostrzegam jednak, że żadna przejażdżka autem nie będzie potem już taka sama.

Wybudowanie drogi było inicjatywą nikogo innego, jak samego Geniusza Karpat – Nicolae Ceaușescu. Wpadł on na ten pomysł w 1968 roku, po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Obawiając się podobnego scenariusza w Rumunii, postanowił on wybudować drogę pozwalającą na szybki przerzut wojsk na osi północ – południe. Plan wcielono w życie w latach 1970 – 1974. Obecnie trasa nie ma już militarnego znaczenia, mieszkańcy zaś wybierają z reguły szybszą i wygodniejszą, biegnącą równolegle drogę nr E81. Trasa Transfogaraska cieszy się jednak ogromną popularnością wśród turystów.

przed

Wikipedia mówi, że droga ta łączy leżący w Siedmiogrodzie Sybin (rum. Sibiu, niem. Hermannstadt) ze znajdującym się na Wołoszczyźnie Pitești. Jednakże, właściwa trasa wiodąca przez góry ma „zaledwie” nieco ponad sto kilometrów. Teoretycznie na jej pokonanie potrzeba około trzech godzin. W praktyce o wiele więcej, gdyż co chwilę nadarza się kolejna okazja do zatrzymania samochodu na poboczu i podziwiania widoków. Początkowo trzeba się trochę powspinać przez spirale wiodące przez lasy. Warto jednak być cierpliwym, bo chwilę potem ukazują się naszym oczom niesamowite górskie pejzaże.

pers 1

Cała trasa jest bardzo wąska, zaś barierki są dość wybrakowane. Na szczęście kierowcy nie jeżdżą tutaj jak wariaci – w przeciwieństwie do bodaj wszystkich innych dróg i ulic w Rumunii. Dość często można zaś natrafić na węższe i szersze zatoczki, na których można wygodnie zaparkować. Zdarzają się też długie odcinki z jednej strony ograniczone ścianą skał, z drugiej zaś przepaścią.

skały

Oczywiście najgorzej było znaleźć miejsce parkingowe na najwyższym punkcie północnej części trasy. Na miejscu jest kilka knajpek, toalety i targowisko z pamiątkami. Do tego auto stoi tam na aucie i wszędzie są tłumy ludzi. Warto jednak to przeboleć, bo właśnie stamtąd rozpościera się najsłynniejszy widok na spiralne drogi poniżej.

pers 2

Potem pozostaje przejechać przez tunel i wyjeżdża się na część południową. Także tutaj nadarzyło się kilka okazji do zatrzymania.

trab i pers

pers 4

pers 3

Co jakiś czas na drodze mija się konstrukcje żelbetowe wsparte na kolumnach. Naliczyłem ich przynajmniej kilkanaście. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to osłona przed osuwającymi się skałami. Ich przeznaczenie było jednak zupełnie inne – w razie konieczności kolumny można było względnie łatwo wysadzić, aby na wiele godzin opóźnić marsz potencjalnego przeciwnika.

militar

Kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt kolejnych zakrętów i na horyzoncie pojawiły się pierwsze zabudowania schronisk i kempingów. Trochę smutno, bo to oznacza że droga dobiega końca. Tam wysadziliśmy dwoje uroczych autostopowiczów, których zabraliśmy ze sobą spod Sybina, i udaliśmy się w stronę Curtea de Argeş.

tama

Po drodze minęliśmy rozległe jezioro Vidraru i zaporę wodną. Szlag mnie trafił, bo nie trafiliśmy do zamku Poenari zamieszkiwanego niegdyś przez słynnego Vlada Palownika. No ale trudno. Przynajmniej mam kolejny powód, aby wybrać się tam kiedyś jeszcze raz. Nieprędko jednak będzie okazja, bo trasa jest zamykana w sezonie zimowym.