Archiwa tagu: zwyczaje

Bania u Cygana

Jesienny targ w Negreni. Miejsce, gdzie można dostać absolutnie wszystko – antyki, garnki, gipsowe grzyby, komunistyczne medale czy sprzęt RTV. Jak się okazało, można też dostać po mordzie.

Nie będę się rozpisywał nad dojazdem i powrotem. Wspomnę tylko, że pojechaliśmy do Negreni w cztery osoby Dacią 1410. Towarzyszyło nam też dwóch kolegów ze Śląska Cieszyńskiego, którym udało się dojechać Fiatem 126p z przyczepką. Ale jaką przyczepką! Kilka ruchów i zamienia się ją w dwuosobowy namiot. Oto, jak prezentowało się nasze koczowisko.

Widok z namiotu. Warunki spartańskie, zwłaszcza że rano był przymrozek
Nasze obozowisko w pełnej krasie

Dzięki targowisku ożywa cała wieś. Większość mieszkańców udostępnia każdy, najmniejszy nawet spłachetek ziemi jako parking.

Targ to prawdziwe żniwa dla mieszkańców Negreni. Miejsce na parkingu kosztuje ok. 10 – 15 lei od auta
Każde gospodarstwo zmienia się w parking, a jak trzeba to w kemping

Byliśmy akurat w ostatni weekend tygodniowego targu, na którym można zakupić masę ciekawych rzeczy. Idąc za radą Michała, zakupy robiliśmy na lekkim rauszu, co poskutkowało ciekawymi zdobyczami. Stałem się między innymi właścicielem tandetnych gipsowych grzybów sprzedanych przez Cygankę, które rozpadały się w rękach w pięć minut po zakupie.

Tradycyjne garnki od cygańskich rzemieślników
Widok z mostu na część z ubraniami
Prawdziwy misz-masz, w którym każdy znajdzie coś dla siebie
Targ ciągnie się od głównej drogi, przez tory i rzekę, aż po las za wsią
Noże, stare narzędzia, figurki zwierząt, naczynia, używane pędzle malarskie, a może… cekinowana czaszka?
Zdarzają się też polskie akcenty

Targ to zresztą istny raj dla miłośników kiczu. Mnóstwo tam przedmiotów z lat 90-tych, noszących ślady mocnego zużycia, które w większości pozyskiwane są zapewne ze śmietników wszystkich krajów Europy.

Sprzedawcy śpią w namiotach albo samochodach przez cały tydzień trwania targu
Gary, a w tle tory którymi regularnie jeździły pociągi. Poniżej po lewej Cyganka demonstruje obieraczkę do warzyw. Po prawej przemiły ksiądz, który w zamian za datek na monastyr zapisuje imię darczyńcy i obiecuje się za niego pomodlić.

Część gastronomiczna z tradycyjnymi daniami Transylwanii

Wieczorem następuje odmiana. Gdy tylko słońce schowa się za górami, ludzie opuszczają Negreni stojąc w kilometrowych korkach.

Późne popołudnie, samochody stoją w obu kierunkach. A trzeba wiedzieć, że to jedna z dróg „wojewódzkich”
Po zmroku korek narasta. Policjanci kierują ruchem, ale nie na wiele się to zdaje

Po zmroku zmienia się też targ. Stoiska są zabezpieczane, ale nie oznacza to że obsługa idzie spać. Częstym widokiem są cienie bawiących się w środku ludzi, z każdego płynie też radosna muzyka.

Impreza zamknięta w jednym z namiotów
Cyganie rozpalili już ognisko, zamierzali piec na nim barana

Sprzedawcy tłoczą się też w miejscach bardziej zorganizowanych imprez. Odwiedziliśmy kilka z nich, bo warto zobaczyć jak bawią się poszczególne grupy. Podział jest prosty, gdyż skład poszczególnych imprez odzwierciedla strukturę etniczną Transylwanii. Najliczniejsi są Rumuni.

Sympatyczna rumuńska para. Gdy skończyła się wódka, serwowali palinkę spod stołu
Rumuńskie specjały. Wieczorem to tutaj odbywała się największa impreza

Kawałek dalej, w rytm tradycyjnej muzyki na żywo, bawili się Węgrzy. Tam właśnie poznałem Petera, Niemca który do Negreni przyjeżdża regularnie. Jak twierdzi, dla zabawy, bo zarobek to dla niego żaden.

Węgierski sektor i muzyka na żywo
Ekipa węgierskiego lokalu. Niewiasta po prawej się zawstydziła i chciała uciec przed obiektywem

Peter to postać o tyle ważna, że dzięki niemu poznaliśmy Ludoviga – starego Cygana, który posiada liczną rodzinę rozsianą od Istambułu po Poznań.

Peter i jego skarby. Obstawiam, że połowę rozdał
Od lewej Peter, Michał i Ludovig w tradycyjnym cygańskim stroju. No i ja

Lata temu Ludovig rozpoczął swoją osobistą wojnę z Szatanem. Nie pije alkoholu, nie pali, nie je wieprzowiny. Nawet na muzyków cygańskich patrzył krzywo, twierdząc że ich piosenki to dzieło diabła. Stał się on jednak naszą polisą ubezpieczeniową, dzięki której mogliśmy wziąć udział w prawdziwej cygańskiej imprezie.

Mini koncert na cygańskiej imprezie, wygląda na to że tylko znaczniejsi goście mogli siedzieć przy stole, bo młodzież bawiła się poza namiotem
„Bos” i jego płomienne przemówienie o dumie z bycia Cyganem z Rumunii
Zaplecze gastronomiczne
Cisza przed burzą…

Zasada zabawy była prosta. Kto chciał dedykację, ten wręczał wokaliście 10 lei. Po chwili na horyzoncie zjawił się człowiek, który dał mu 100 lei i kupił dla wszystkich kilka butelek wina. Od tej pory młody artysta nie nazywał go inaczej jak „bos”, czym wzbudzał aplauz u publiczności.

Nieoczekiwani goście
Młody artysta w tarapatach

W pewnym momencie naiwny młodzieniec zaczął śpiewać piosenkę o policji. Z grubsza o tym, że mogą go pocałować w cztery litery. Reakcja była szybka, gdyż znienacka przyjechały dwa radiowozy i policyjny bus, a dwuosobowy zespół został schwytany przez funkcjonariuszy.

„Bos” i policjanci
W trakcie interwencji
Okolica od razu się wyludniła

Odezwała się we mnie dusza reportera więc robiłem zdjęcia podczas zajścia. Spytałem nawet jednego z policjantów o co chodzi, bo przecież ja jestem z Polski, z Cyganami bawiliśmy się przednio i nic złego się nie działo. Wtem dotychczasowy „bos” pokazał mi legitymację policyjną. Czyżby prowokacja? Chyba nie chciał zostać zdemaskowany więc ściągnął mi okulary delikatnym plaskaczem. Nadszedł więc czas, aby się wycofać. Do tej pory zachodzę w głowę, o co tak naprawdę chodziło…

Małe Węgry

Istnieje takie miejsce w Transylwanii, gdzie mało kto mówi po rumuńsku, miejscowości mają podwójne nazwy, a sylwester obchodzony jest dwa razy – o północy i godzinę później, gdy Nowy Rok witają mieszkańcy Budapesztu.

Seklerszczyzna (rum. Ținutul Secuiesc, węg. Székelyföld) to obszar obejmujący niemal w całości obecne okręgi administracyjne (judeţul) Covasna, Harghita oraz fragmenty Mureș i Neamţ. Nie jest jasne, skąd wzięli się tam Seklerzy. Według jednej z teorii zostali sprowadzeni na te ziemie w XII wieku celem obrony wschodnich rubieży królestwa Węgier. I choć przez wieki zachowali pewną odrębność, to obecnie w większości identyfikują się oni ze swoimi krewniakami z Węgier.

Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomi. Źródło: Andrei Nacu, domena publiczna
Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomii. Źródło: Andrei Nacu, wikipedia/domena publiczna

Przez wieki Seklerzy podkreślali swoją niezależność. Także dzisiaj zauważyć można pewne elementy w ich kulturze, których próżno szukać w innych rejonach dawnych Węgier. Podczas podróży przez wsie i miasteczka rzucają się w oczy przepiękne bramy, strzegące wjazdów do ich domów. Odpowiedników tych misternie rzeźbionych drewnianych dzieł sztuki można szukać co najwyżej w Maramuresz.

Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Swiadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Świadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. U góry widoczne otwory i „ptasie” ornamenty. Źródło: www.marefalva.ro

Powyższe zdjęcia prezentują wieś Satu Mare (węg. Máréfalva) w okręgu Harghita. Nie mylić z Satu Mare znajdującym się w Maramuresz. Przejeżdżałem tamtędy i zdjęcia wyszły słabo. Dlatego też skorzystałem z galerii znajdującej się na ich stronie.

Charakterystyczną cechą Seklerszczyzny, jak zresztą całej Transylwanii, są także obronne kościoły. Niektóre z nich są niczym małe zamki – w ścianach zauważyć można otwory strzelnicze, a w górnych partiach znajdują się niekiedy całe galerie służące do obrony. Polecam zajrzeć do artykułu poświęconemu ufortyfikowanemu kociołkowi w Prejmer – jest to przykład jednego z bardziej charakterystycznych założeń tego typu.

Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kosciół
Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kościół

Mur wokół świątyni to w zasadzie typowe zjawisko w tym regionie. Dotyczy zaś ono nie tylko ogromnych założeń, lecz także niewielkich wiejskich świątyń. I nie ma się czemu dziwić. Krwawe najazdy mongolskie z XIII wieku na wiele lat odcisnęły swe piętno na życiu mieszkańców całej Transylwanii.

Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.
Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.

A jeśli już jesteśmy przy motywie śmierci, to także tutaj zaskakuje odmienności seklerskich obyczajów. Ich tradycyjne nagrobki mają bowiem kształt czworobocznych pali. Zwyczaj ten zachował się zresztą gdzieniegdzie po dziś dzień i pokazuje odmienność tego tajemniczego ludu. W kamiennych nagrobkach także można zauważyć nawiązania do dawnej tradycji.

Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali
Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę, aby wspomnieć o jeszcze jednej różnicy. Seklerzy, jak zresztą większość siedmiogrodzkich Węgrów, to protestanci. Są wśród nich zarówno kalwiniści, luteranie, a nawet unitarianie. Różnica jest zauważalna choćby w wystroju kościołów. Polecam więc zaglądać do mijanych nawet w najmniejszych wsiach świątyń. Wyglądają one często tak, jakby czas zatrzymał się tam przynajmniej sto lat temu.

Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Ten sam kościół. Fragment modlitwy

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się w kwestii różnic językowych. Jeden Węgier tłumaczył mi jednak, że takowe istnieją. Przytaczał przykład, że seklerskie określenie pieczonego ziemniaka jest przez mieszkańców Węgier rozumiane jako „delikatne upicie się”, co może prowadzić do zabawnych nieporozumień. Niestety, nie mam jak tego zweryfikować.

Spora część Transylwanii jest dwujęzyczna – zwłaszcza jeśli chodzi o nazwy miejscowości. Niekiedy, np. w Timiszoarze czy Braszowie, przed wjazdem do miasta są wymienione aż trzy nazwy – rumuńska, węgierska oraz niemiecka. I to mimo, że tamtejsze mniejszości stanowią niewielki procent mieszkańców. Warto o tym wspomnieć, gdyż np. władze takiego Klużu wzbraniają się przed poinformowaniem przyjezdnych o jego węgierskiej nazwie – Kolozsvár.

Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna
Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna

Tymczasem na Seklerszczyźnie węgierskie nazwy miejscowości pojawiają się nawet na drogowskazach, co jest gdzie indziej niespotykane. W efekcie na znakach – takich jak poniżej – mamy prawdziwy natłok napisów. Ale przynajmniej wszyscy są szczęśliwi.

Trudno się nie połapać :).
Trudno się nie połapać :).

No dobra, Węgrzy szczęśliwi nie są. Wielu z nich chciałoby zapewne, aby obecne granice uległy korekcie. Np. tak, jak podczas wojny, po korzystnym dla Węgier arbitrażu wiedeńskim. Zwłaszcza na Seklerszczyźnie widać tęsknotę do Wielkich Węgier, np. w postaci plakatów na których zilustrowany jest rozpad królestwa.

Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.
Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.

Temat ten zasługuje zresztą na osobny artykuł, aczkolwiek póki co nie czuję się kompetentnie aby to opisać. Sprawa nie jest bowiem tak prosta, jak się wydaje większości polskich hungarofilów. Z całą pewnością muszę zaś stwierdzić, że obecnie Węgrzy w Rumunii mają nieporównywalnie więcej praw, niż Rumuni zamieszkujący te tereny przez I wojną światową.

Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Obecnie niektóre środowiska węgierskie podejmują starania, aby teren Seklerszczyzny objęty został autonomią. Na jakich zasadach i jakie terytorium miałoby obejmować? Samo wyznaczenie granic sprawia pewną trudność, ze względu na zmiany demograficzne zachodzące na przestrzeni lat. Mam jednak nadzieję, że oba narody się kiedyś dogadają. Już teraz wśród zwykłych ludzi dominuje pozytywne nastawienie względem siebie. Tylko czasem Rumuni narzekają, że nie mogą dogadać się we własnym kraju w swoim języku, a ci Węgrzy cały czas mają do nich o coś pretensje.

Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Seklerszczyzna to oczywiście nie jedyne miejsce w Rumunii, gdzie żyje mniejszość węgierska. Sporo wciąż zamieszkuje wschodnie tereny, a także obszar centralnej Transylwanii, czyli np. Kluż i okolice – tam zresztą zdarzają się miejsca, gdzie stanowią oni przytłaczającą większość. W całym kraju żyje ich – wedle spisu z 2011 roku – około 1,2 mln.

 

 

Spălătorie – w rumuńskiej myjni

Można odnieść wrażenie, że większość Rumunów znajduje zatrudnienie w branży motoryzacyjnej. W niemal każdej miejscowości można bowiem znaleźć zakłady wulkanizacyjne, warsztaty czy mniejsze lub większe hurtownie z częściami.

Częstym widokiem są także myjnie. Ich liczba może niekiedy zaskakiwać. Zwłaszcza, że Rumuni niemal obsesyjnie dbają o czystość ulic – w miastach, w sezonie letnim, co chwilę minąć można polewaczkę, która usuwa brud z nawierzchni.

Przydrożna myjnia - częsty widok w Rumunii
Przydrożna myjnia – częsty widok w Rumunii

Nie przeszkadza to jednak kierowcom w częstym odwiedzaniu myjni samochodowych zwanych tu „spălătorie”. Zwłaszcza, że – wbrew stereotypom – w Rumunii dużo jest nowych aut. Coraz rzadziej widać na ulicach stare Dacie i Aro. A jeśli już, to zdarzają się wśród nich pieczołowicie odrestaurowane egzemplarze.

Renault 8? A może... Dacia 1100?
Renault 8? A może… Dacia 1100?
Kult lat 70-tych
Kult lat 70-tych
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask

Mimo wszystko od zawsze dziwiło mnie to, jaką popularnością cieszą się w Rumunii myjnie samochodowe. Często ustawiają się do nich bowiem długie kolejki. Inaczej niż w Polsce, dominują tu jednak punkty obsługowe. Jak działają, przyszło mi się przekonać po powrocie znad morza.

Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno
Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno

Okazało się, że skorzystanie z usługi jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać. Po zaparkowaniu na stanowisku podszedłem do szefa myjni, który wypisał malutki rachunek zawierając w nim takie dane jak marka auta, numer rejestracji, datę i cenę. Zacząłem już się obawiać, że zaraz zapyta mnie o dowód!

Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)
Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów 🙂

Dopiero z tak wypełnionym dokumentem udałem się do malutkiej kanciapy, w której sympatyczna Rumunka zainkasowała ode mnie 30 lei. Podbiła dokument pieczątką i mogłem wrócić do szefa. Wtedy dopiero wyznaczył on jednego z pracowników do wykonania zadania.

Początkowo sądziłem, że zapłacone 30 lei to gruba przesada. W Polsce przecież można za tyle auto umyć dwa razy na stacji benzynowej. Okazało się, jednak, że w tej cenie auto zostało umyte z zewnątrz jak i w środku… Tak więc bez obaw!

Zastanawiam się tylko, kiedy w Rumunii pojawią się znane u nas myjnie samoobsługowe. Do tej pory byłem na jednej w Klużu, ale korzystanie z niej wciąż było nieco zbiurokratyzowane. Najpierw trzeba było bowiem podejść do kiosku, aby kupić monety 1 euro w przeliczniku 5:1. Najwyraźniej więc była to używana instalacja sprowadzona zza granicy.

Rumunia od kuchni

Z pozoru rumuńska kuchnia może się wydawać prosta i mało wyszukana. Prędzej czy później każdy odkryje w niej jednak coś dla siebie (no chyba, że nie je mięsa). A potem pozostanie tęsknić i czekać do kolejnego wyjazdu, aby znowu spróbować miczy, placzinty i sarmali.

Nie jestem specem od kuchni. To tak tytułem wstępu, żeby nikt nie miał żadnych pretensji. Nie będzie tu słowa o tym, że coś jest dodawane do czegoś, żeby przełamać smak czegoś, a co innego pasuje do czegoś, bo wydobywa z tego czegoś jakiś aromat. Rumuńska kuchnia jest prosta i smaczna (a do tego wprost ocieka glutenem i tłuszczem). I mam nadzieję, że ten artykuł będzie podobny.

Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!
Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!

To chyba sprawa najbardziej charakterystyczna – Rumuni jedzą dużo mięsa. Wołowina, baranina czy jagnięcina to produkty, które w Polsce potrafią sporo kosztować. W Rumunii mięsa te są względnie tanie – tańsze wręcz od drobiu, który nie cieszy się taką popularnością jak u nas.

Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).
Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).

„Dużo mięsa” należy traktować bardzo jednoznacznie. Oni naprawdę kochają mięso! Znamienne, że w całym Klużu znalazłem jedną jedyną knajpę dla jaroszy – aczkolwiek taką fest, gdzie można zamówić nawet dania raw vegan (mowa o restauracji Samsara, str. Stefan Ludwig Roth). W typowych knajpach z domowym jedzeniem bez mięsa są na ogół jedynie sałatki. Takie menu oferuje na przykład rewelacyjna Varzaria (kapuściarnia) przy bulwarze Eroilor. Nazwa zobowiązuje, dlatego nie powinien dziwić główny składnik co drugiego dania…

Varza a'la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.
Varza a’la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.

Mają tam wprawdzie także pieczarkowe sarmale, ale idę o zakład że są robione na zwykłym tłuszczu. Czym właściwie są sarmale? Najprościej rzecz ujmując, jest to danie podobne do naszych gołąbków. Tyle, że są mniejsze, a w dodatku farsz zawija się w liście z kiszonej kapusty.

Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale...
Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale…

Swoją drogą, Rumunia jest rajem dla miłośników „przetworów na zimę”. Oprócz tych popularnych u nas, można tu trafić naprawdę na wszystko – słoiki z ostrą papryką, estragonem, a nawet… arbuzami.

20151025_160135
Do wyboru, do koloru. Jeżeli jest jakiś owoc bądź warzywo, to istnieje spora szansa że Rumuni je kiszą w słoikach.

Warto wymienić też inne klasyki rumuńskiej kuchni, takie jak ciorba de burta (flaczki – nie jadłem, ale kto lubi ten poleca), czy transylwańskie zupy z masą estragonu. Ogromny spis rumuńskich dań znaleźć można chociażby na wikipedii. Ja nie spróbowałem pewnie nawet połowy z nich, a i tak przez pół roku pobytu w Klużu przytyłem z osiem kilogramów :).

pasza
Rumuńskie zupy – proste, treściwe i pożywne.

Chyba największym hitem są jednak dla mnie rumuńskie fast foody. Takie, jak choćby plăcintă (placzinta). Jest to ciasto z pieczarkami, serem, szynką lub innymi dodatkami. Przy zamawianiu warto znać słowo klucz: la toate (ze wszystkim). Zwykle zresztą w ofercie znajduje się specjalna pozycja placzinty z wszystkimi dodatkami. W Klużu dostępny jest także palaneț (palanec). Wygląda identycznie, a wielu Rumunów tego nie kojarzyło. Wpadliśmy z Anią na pomysł, że może to taka lokalna odmiana. Coś, jak wrocławska knysza.

palanet-palanec-rumunia
Palanece. Z zewnątrz niepozorne, w srodku kryje się ser, pieczarki albo szynka. Albo… wszystko na raz!

Z podobnej kategorii pyszności, sprzedawanych z niewielkich budek i w barach szybkiej obsługi, wymienić należy też gogosze i kowridże (gogoși, covrigi). Gogosze to mączne placki, trochę jak pączki, które są robione na głębokim oleju. Kowridże to z kolei rodzaj podłużnych precli, obwarzanków. Powstają też zabawne połączenia, jak np. covridogi, czyli połączenie kowridża z hotdogiem.

Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.
Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.

Absolutnym zwycięzcą mojego prywatnego rankingu rumuńskich kulinariów są jednak micze (pisze się mici bądź mititei). Jest to mielone mięso baranio – wołowe (ale nie tylko, bo występuje też np. samo baranie, jak i w innych konfiguracjach) zwijane w podłużne kotleciki przygotowywane na ruszcie.

Micze w wersji sklepowej.
Micze w wersji sklepowej.

Jedna sztuka kosztuje od jednego do paru lei. Można je dostać zarówno w lepszych knajpach, jak i na ulicznych grillach.

Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.
Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.

Ktoś kiedyś powiedział Ani, że micze najlepiej smakują, gdy zostaną zakupione od najbrudniejszego sprzedawcy. Trochę w tym prawdy jest.

20160303_135632
Jedne z najtańszych miczy, serwowane przed wejściem do hipermarketu. Taki zestaw kosztował na przełomie 2015 i 2016 roku koło 4 złotych.

To by było na tyle, jesli chodzi o moje spostrzeżenia dotyczące rumuńskiej kuchni. Oczywiscie zdaję sobie sprawę, że wiele jeszcze przede mną. Mam jednak nadzieję, że choć z grubsza udało się liznąć temat. Czy rumuńskie dania są smaczne? Wystarczy spojrzeć na Kubę, który odwiedził nas w Klużu:

Om nom nom
Om nom nom

Rumuński dzień wiosny

Marţişor (marciszor) to święto obchodzone pierwszego marca. W całej Rumunii rozdaje się wtedy drobne upominki. Dla nas to lekka egzotyka, bo ciężko je porównać do czegokolwiek z polskiego podwórka. Sami Rumuni twierdzą zaś, że to zwyczaj jeszcze z czasów rzymskich.

O rumuńskiej tożsamości narodowej, opartej na tradycji Cesarstwa Rzymskiego, przyjdzie się jeszcze rozpisać.  Marţişor to tylko jeden z przykładów, jak widoczne jest w codziennym życiu przywiązanie do tej tradycji. Co do pochodzenia tego zwyczaju jest wprawdzie kilka teorii, lecz najbardziej prawdopodobna prowadzi nas wprost do Rzymu właśnie.

Wilczyca z Kluż Napoka. Podobne można spotkać w większych miastach Rumunii
Wilczyca z Kluż Napoka. Podobne można spotkać w większych miastach Rumunii

Ma się on wywodzić z obchodzonego przez Rzymian nowego roku, który zaczynał się w marcu. Święto to związane było z bogiem Marsem, który był także patronem rolników. Dlatego też kolory związane ze świętem niektórzy interpretują jako wojnę i pokój. Można się też spotkać z nawiązaniem do faktu, że na wiosnę rzymscy senatorowie mieli zmieniać czerwone togi na „letnie” białe. Ile w tym prawdy, nie wiem.

Jeden z wielu "martisorowych" straganów
Jeden z wielu „martisorowych” straganów

Jak obchodzone jest święto? Bardzo prosto. Polega ono na obdarowywaniu się (a głównie kobiet) drobnymi upominkami. Koniecznie biało – czerwonymi. Tuż przed końcem lutego w miastach pojawiają się stragany, a także drobni handlarze oferujący różnego rodzaju bibeloty. Najpopularniejsze są wełniane wstążeczki na rękę, ale widziałem też kwiatki, zwierzątka, a także drobną biżuterię.

Mniejsze i większe stoiska znaleźć można wszędzie
Mniejsze i większe stoiska znaleźć można wszędzie

Władze komunistyczne chciały wytępić obchodzony w marcu Marţişor, lecz im się to nie udało. Wygląda więc na to, że kobiety w Rumunii świętują podwójnie. Już ósmego marca będzie bowiem obchodzony Dzień Kobiet. To święto wywodzi się, podobnie jak w Polsce, z czasów słusznie minionych.

Typowa okazjonalna zawieszka
Typowa okazjonalna zawieszka