Archiwa tagu: Trasa Transfogaraska

Koreański Cud Techniki

Pierwszego stycznia wielu z Was zapewne obudziło się na większym lub mniejszym kacu. Mój Lanos, gdyby był człowiekiem, mógłby natomiast podjechać do sklepu po pierwsze legalne piwo. Panie i Panowie, mój koreański cud techniki obchodzi dzisiaj osiemnaste urodziny!

Pamiętam dobrze ten wieczór 1998 roku, kiedy nowe auto pojawiło się w naszej rodzinie. Tato pojechał po nie z Wujkiem do Warszawy i przyjechali już po zmroku. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to tylne światła – soczyście czerwone (jak lakier zresztą) i ostre. Można krytykować technikę spod znaku kwiatu lotosu (tak, logo Daewoo było na nim wzorowane, ignoranci!), ale nikt mi nie wmówi że Lanosy, Nubiry i Leganzy nie były pod koniec lat dziewięćdziesiątych skokiem technologicznym dla milionów Polaków. W naszym przypadku Lanos zastąpił wysłużonego Malucha, drugiego w kolekcji mojego Taty. Jeśli chodzi o wygodę i osiągi, nie ma porównania.

lanos_sedanZdjęcie z połowy lat 90-tych, oficjalny katalog Daewoo.

Aczkolwiek co do wygody, to w Lanosie ciężko mówić o takiej kategorii. Nasz egzemplarz był najtańszą wówczas wersją – bez poduszek powietrznych, ABS-ów, elektrycznych szyb czy podgrzewanych foteli (choć tego ostatniego to nie było chyba w żadnym Daewoo). Z luksusów można wymienić jedynie radio, zapalniczkę i wysuwany uchwyt na napoje. Silnik też nie robił na nikim wrażenia – 8-zaworowa jednostka o pojemności 1,5 litra osiągała moc 87 koni. Wystarczyło to do rozpędzenia tego cuda do ok. 175 kilometrów na godzinę na dawnym lotnisku awaryjnym koło Środy Śląskiej. Mama zrobiła za to Tacie straszną burę, a ja byłem zachwycony faktem, że można tak szybko jechać i nie słyszeć warkotu silnika (wspomnienie po Maluchu, który przy połowie tej prędkości by się pewnie rozleciał).

20151228_212417Latka lecą, ale Lanos wciąż w formie :D.

Ok. 2009 czy 2010 roku Lanos został mi przekazany przez Tatę, który ewidentnie pokochał koreańską myśl techniczną i kupił sobie Kię. Od tego czasu sam mam przyjemność poznawania sekretów tego wspaniałego auta. Większość podzespołów jest kompatybilna z Oplem Astrą I, co sprawia że części kosztują grosze. Do tego nadwozie było cynkowane, więc nic w nim nie gnije. Prawdziwie nadprzyrodzoną mocą tego auta jest jednak fakt, że można nim jeździć bez martwienia się o sprawne części. Przykładem niech będzie sytuacja z Rumunii, kiedy to poszła tylna sprężyna od zawieszenia. Wyjąłem wprawdzie jej spory kawał, ale byłem przekonany że zawieruszył się tam gdy jechaliśmy przez bezdroża. Dopiero mechanik z przerażeniem poinformował mnie, że to było coś poważniejszego.

20151115_143243Lanos to auto „terenowawe” – Tutaj w Torockó (Rumunia)

Tak jednak jest niemal ze wszystkim. Przez pierwsze dwa lata użytkowania wymieniłem jedynie przy pomocy Wujka klocki hamulcowe i łożyska, wtedy też zakonserwowaliśmy podwozie (znaczy on konserwował i wymieniał, bo Wuj zawsze robi wszystko sam i nienawidzi, jak mu się pomaga). Wtedy też rozpieprzyłem bak, co spowodowało że znajomy mechanik polecał mi oddać auto na złom. Nic z tego! Minęło pięć lat, a Lanos dalej jeździ. Wprawdzie wymieniłem w nim rozrząd, który strasznie klekotał, ale zapewne i bez tego jeździłby dalej. Jedyna rzecz, która go trwale unieruchomiła to alternator. W dodatku stało się to na rumuńskiej ziemi, ale udało się go na szczęście wymienić (pomocny był fakt, że „alternator” to słowo wspólne dla polsko – rumuńskiego języka „Rolish”). ALE że Lanos nie jest autem złośliwym, to rozkraczył się tuż przed wyjazdem z Klużu do Belgradu. Kto wie co by się stało, gdyby wziął się zepsuł na jakimś odludziu?

lanoszTrasa Transfagaraska

Belgrad to zresztą była krótka przejażdżka. Cztery razy przejechałem nim po tysiąc kilometrów między Klużem a Wrocławiem, był ze mną na wielu wyprawach po Polsce, przejechał nawet przez trasę Transfagaraską. To, a także wszystko powyższe, sprawia że przywiązałem się do tego mocno już leciwego autka. Pewnie przyjdzie moment, kiedy trzeba będzie je wymienić (tylko na co?). Coraz bliżej mu jednak do wieku 25 lat, kiedy to teoretycznie można starać się o rejestrację auta jako zabytek. Zabytkowy Lanos – to byłoby coś! Pomysł to z pozoru zabawny, dla mnie zresztą też, ale z drugiej strony mało które auto na taką skalę zmotoryzowało Polskę (a obecnie Ukrainę). W obu krajach było to często pierwsze auto zakupione w salonie przez zwykłych mieszkańców. Kto wie, może kiedyś Koreański Cud Techniki będzie takim samym kultem, co obecnie Syreny? Pytanie oczywiście z przymrużeniem oka, bo nie sądzę :).

Trasa Transfogaraska (Transfăgărășan)

Powiedzieć, że widoki na Trasie Transfogaraskiej zapierają dech w piersiach, to za mało. Jej piękna nie oddadzą też żadne zdjęcia. Po prostu trzeba samemu pojechać, aby tego doświadczyć. Ostrzegam jednak, że żadna przejażdżka autem nie będzie potem już taka sama.

Wybudowanie drogi było inicjatywą nikogo innego, jak samego Geniusza Karpat – Nicolae Ceaușescu. Wpadł on na ten pomysł w 1968 roku, po interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Obawiając się podobnego scenariusza w Rumunii, postanowił on wybudować drogę pozwalającą na szybki przerzut wojsk na osi północ – południe. Plan wcielono w życie w latach 1970 – 1974. Obecnie trasa nie ma już militarnego znaczenia, mieszkańcy zaś wybierają z reguły szybszą i wygodniejszą, biegnącą równolegle drogę nr E81. Trasa Transfogaraska cieszy się jednak ogromną popularnością wśród turystów.

przed

Wikipedia mówi, że droga ta łączy leżący w Siedmiogrodzie Sybin (rum. Sibiu, niem. Hermannstadt) ze znajdującym się na Wołoszczyźnie Pitești. Jednakże, właściwa trasa wiodąca przez góry ma „zaledwie” nieco ponad sto kilometrów. Teoretycznie na jej pokonanie potrzeba około trzech godzin. W praktyce o wiele więcej, gdyż co chwilę nadarza się kolejna okazja do zatrzymania samochodu na poboczu i podziwiania widoków. Początkowo trzeba się trochę powspinać przez spirale wiodące przez lasy. Warto jednak być cierpliwym, bo chwilę potem ukazują się naszym oczom niesamowite górskie pejzaże.

pers 1

Cała trasa jest bardzo wąska, zaś barierki są dość wybrakowane. Na szczęście kierowcy nie jeżdżą tutaj jak wariaci – w przeciwieństwie do bodaj wszystkich innych dróg i ulic w Rumunii. Dość często można zaś natrafić na węższe i szersze zatoczki, na których można wygodnie zaparkować. Zdarzają się też długie odcinki z jednej strony ograniczone ścianą skał, z drugiej zaś przepaścią.

skały

Oczywiście najgorzej było znaleźć miejsce parkingowe na najwyższym punkcie północnej części trasy. Na miejscu jest kilka knajpek, toalety i targowisko z pamiątkami. Do tego auto stoi tam na aucie i wszędzie są tłumy ludzi. Warto jednak to przeboleć, bo właśnie stamtąd rozpościera się najsłynniejszy widok na spiralne drogi poniżej.

pers 2

Potem pozostaje przejechać przez tunel i wyjeżdża się na część południową. Także tutaj nadarzyło się kilka okazji do zatrzymania.

trab i pers

pers 4

pers 3

Co jakiś czas na drodze mija się konstrukcje żelbetowe wsparte na kolumnach. Naliczyłem ich przynajmniej kilkanaście. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to osłona przed osuwającymi się skałami. Ich przeznaczenie było jednak zupełnie inne – w razie konieczności kolumny można było względnie łatwo wysadzić, aby na wiele godzin opóźnić marsz potencjalnego przeciwnika.

militar

Kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt kolejnych zakrętów i na horyzoncie pojawiły się pierwsze zabudowania schronisk i kempingów. Trochę smutno, bo to oznacza że droga dobiega końca. Tam wysadziliśmy dwoje uroczych autostopowiczów, których zabraliśmy ze sobą spod Sybina, i udaliśmy się w stronę Curtea de Argeş.

tama

Po drodze minęliśmy rozległe jezioro Vidraru i zaporę wodną. Szlag mnie trafił, bo nie trafiliśmy do zamku Poenari zamieszkiwanego niegdyś przez słynnego Vlada Palownika. No ale trudno. Przynajmniej mam kolejny powód, aby wybrać się tam kiedyś jeszcze raz. Nieprędko jednak będzie okazja, bo trasa jest zamykana w sezonie zimowym.