Archiwa tagu: kulinaria

Bania u Cygana

Jesienny targ w Negreni. Miejsce, gdzie można dostać absolutnie wszystko – antyki, garnki, gipsowe grzyby, komunistyczne medale czy sprzęt RTV. Jak się okazało, można też dostać po mordzie.

Nie będę się rozpisywał nad dojazdem i powrotem. Wspomnę tylko, że pojechaliśmy do Negreni w cztery osoby Dacią 1410. Towarzyszyło nam też dwóch kolegów ze Śląska Cieszyńskiego, którym udało się dojechać Fiatem 126p z przyczepką. Ale jaką przyczepką! Kilka ruchów i zamienia się ją w dwuosobowy namiot. Oto, jak prezentowało się nasze koczowisko.

Widok z namiotu. Warunki spartańskie, zwłaszcza że rano był przymrozek
Nasze obozowisko w pełnej krasie

Dzięki targowisku ożywa cała wieś. Większość mieszkańców udostępnia każdy, najmniejszy nawet spłachetek ziemi jako parking.

Targ to prawdziwe żniwa dla mieszkańców Negreni. Miejsce na parkingu kosztuje ok. 10 – 15 lei od auta
Każde gospodarstwo zmienia się w parking, a jak trzeba to w kemping

Byliśmy akurat w ostatni weekend tygodniowego targu, na którym można zakupić masę ciekawych rzeczy. Idąc za radą Michała, zakupy robiliśmy na lekkim rauszu, co poskutkowało ciekawymi zdobyczami. Stałem się między innymi właścicielem tandetnych gipsowych grzybów sprzedanych przez Cygankę, które rozpadały się w rękach w pięć minut po zakupie.

Tradycyjne garnki od cygańskich rzemieślników
Widok z mostu na część z ubraniami
Prawdziwy misz-masz, w którym każdy znajdzie coś dla siebie
Targ ciągnie się od głównej drogi, przez tory i rzekę, aż po las za wsią
Noże, stare narzędzia, figurki zwierząt, naczynia, używane pędzle malarskie, a może… cekinowana czaszka?
Zdarzają się też polskie akcenty

Targ to zresztą istny raj dla miłośników kiczu. Mnóstwo tam przedmiotów z lat 90-tych, noszących ślady mocnego zużycia, które w większości pozyskiwane są zapewne ze śmietników wszystkich krajów Europy.

Sprzedawcy śpią w namiotach albo samochodach przez cały tydzień trwania targu
Gary, a w tle tory którymi regularnie jeździły pociągi. Poniżej po lewej Cyganka demonstruje obieraczkę do warzyw. Po prawej przemiły ksiądz, który w zamian za datek na monastyr zapisuje imię darczyńcy i obiecuje się za niego pomodlić.

Część gastronomiczna z tradycyjnymi daniami Transylwanii

Wieczorem następuje odmiana. Gdy tylko słońce schowa się za górami, ludzie opuszczają Negreni stojąc w kilometrowych korkach.

Późne popołudnie, samochody stoją w obu kierunkach. A trzeba wiedzieć, że to jedna z dróg „wojewódzkich”
Po zmroku korek narasta. Policjanci kierują ruchem, ale nie na wiele się to zdaje

Po zmroku zmienia się też targ. Stoiska są zabezpieczane, ale nie oznacza to że obsługa idzie spać. Częstym widokiem są cienie bawiących się w środku ludzi, z każdego płynie też radosna muzyka.

Impreza zamknięta w jednym z namiotów
Cyganie rozpalili już ognisko, zamierzali piec na nim barana

Sprzedawcy tłoczą się też w miejscach bardziej zorganizowanych imprez. Odwiedziliśmy kilka z nich, bo warto zobaczyć jak bawią się poszczególne grupy. Podział jest prosty, gdyż skład poszczególnych imprez odzwierciedla strukturę etniczną Transylwanii. Najliczniejsi są Rumuni.

Sympatyczna rumuńska para. Gdy skończyła się wódka, serwowali palinkę spod stołu
Rumuńskie specjały. Wieczorem to tutaj odbywała się największa impreza

Kawałek dalej, w rytm tradycyjnej muzyki na żywo, bawili się Węgrzy. Tam właśnie poznałem Petera, Niemca który do Negreni przyjeżdża regularnie. Jak twierdzi, dla zabawy, bo zarobek to dla niego żaden.

Węgierski sektor i muzyka na żywo
Ekipa węgierskiego lokalu. Niewiasta po prawej się zawstydziła i chciała uciec przed obiektywem

Peter to postać o tyle ważna, że dzięki niemu poznaliśmy Ludoviga – starego Cygana, który posiada liczną rodzinę rozsianą od Istambułu po Poznań.

Peter i jego skarby. Obstawiam, że połowę rozdał
Od lewej Peter, Michał i Ludovig w tradycyjnym cygańskim stroju. No i ja

Lata temu Ludovig rozpoczął swoją osobistą wojnę z Szatanem. Nie pije alkoholu, nie pali, nie je wieprzowiny. Nawet na muzyków cygańskich patrzył krzywo, twierdząc że ich piosenki to dzieło diabła. Stał się on jednak naszą polisą ubezpieczeniową, dzięki której mogliśmy wziąć udział w prawdziwej cygańskiej imprezie.

Mini koncert na cygańskiej imprezie, wygląda na to że tylko znaczniejsi goście mogli siedzieć przy stole, bo młodzież bawiła się poza namiotem
„Bos” i jego płomienne przemówienie o dumie z bycia Cyganem z Rumunii
Zaplecze gastronomiczne
Cisza przed burzą…

Zasada zabawy była prosta. Kto chciał dedykację, ten wręczał wokaliście 10 lei. Po chwili na horyzoncie zjawił się człowiek, który dał mu 100 lei i kupił dla wszystkich kilka butelek wina. Od tej pory młody artysta nie nazywał go inaczej jak „bos”, czym wzbudzał aplauz u publiczności.

Nieoczekiwani goście
Młody artysta w tarapatach

W pewnym momencie naiwny młodzieniec zaczął śpiewać piosenkę o policji. Z grubsza o tym, że mogą go pocałować w cztery litery. Reakcja była szybka, gdyż znienacka przyjechały dwa radiowozy i policyjny bus, a dwuosobowy zespół został schwytany przez funkcjonariuszy.

„Bos” i policjanci
W trakcie interwencji
Okolica od razu się wyludniła

Odezwała się we mnie dusza reportera więc robiłem zdjęcia podczas zajścia. Spytałem nawet jednego z policjantów o co chodzi, bo przecież ja jestem z Polski, z Cyganami bawiliśmy się przednio i nic złego się nie działo. Wtem dotychczasowy „bos” pokazał mi legitymację policyjną. Czyżby prowokacja? Chyba nie chciał zostać zdemaskowany więc ściągnął mi okulary delikatnym plaskaczem. Nadszedł więc czas, aby się wycofać. Do tej pory zachodzę w głowę, o co tak naprawdę chodziło…

Polak, Węgier (i Sekler też!) dwa bratanki

Mam problem z opisywaniem bardziej znanych miejsc, takich jak Budapeszt. Co bowiem może nowego wnieść tego typu artykuł, skoro o tym mieście napisano już tonę książek i jeszcze więcej mniejszych publikacji? Wspomnienie wizyty w tym mieście to jednak dobra okazja, aby przytoczyć kilka miłych wspomnień związanych z przyjaźnią polsko – węgierską.

Gdy pierwszy raz byłem na Węgrzech w ramach studenckiej wycieczki (chyba jakieś 9 lat temu – o matko!), to jakoś tego nie odczułem. Aczkolwiek były wyjątki, jak np. miły pan, który popijał z nami wino nad brzegiem Balatonu. Nie znał ani słowa w obcym języku, ale powtarzaliśmy nawzajem obie wersje wspólnego przysłowia i wszyscy byli zadowoleni.

dworzec-keleti-pociagi
To akurat dworzec Keleti, a nie Nyugati (mój, i nie tylko mój, ulubiony w całym Budapeszcie)

Z siedem lat temu natomiast wydarzyła się sytuacja, która była dla mnie wręcz nierealna. Otóż stałem z bratem jak te dwa głąby na dworcu kolejowym (chyba Nyugati, ale głowy nie dam) i próbowaliśmy dowiedzieć się, którym pociągiem dojedziemy nad Balaton. Z pomocą przyszła nam miła dziewczyna, która usłyszała język polski i zaoferowała się wyjaśnić czym, kiedy i za ile dojedziemy. Miło jest spotkać rodaczkę za granicą, ale jeszcze milej zrobiło się, gdy ta „rodaczka” okazała się Węgierką. Byliśmy w szoku, bo nie dało się wyczuć absolutnie żadnego akcentu.

toldi-konyhaja-restauracja-budapeszt
Knajpka pana Tibora. Rewelacyjne miejsce godne polecenia (ul. Batthyány 14, jakby ktoś szukał)

Ok, jedna Węgierka mówiąca biegle po Polsku może się jeszcze zdarzyć. Ale dwie? Podczas obecnej wycieczki spotkała mnie bardzo podobna sytuacja. Tym razem miłośniczką naszego języka okazała się natomiast jakaś losowa pani na starym mieście. Zastanawialiśmy się bowiem czy knajpa koło jakiegoś ministerstwa jest ogólnodostępna, czy też nie. Nie była, ale miła pani usłyszała naszą rozmowę i poleciła lokal w okolicy.

hofeherke-sorozo-bar-budapeszt
Typowa knajpka dla starszych panów. Ul. Árpád 60)

Na miejscu zdecydowaliśmy się jednak poszukać czegoś innego, dzięki czemu trafiliśmy na kolejnego polonofila – pana Tibora. Knajpa nazywa się Toldi Etkezde i można w niej zjeść węgierskie domowe obiady. Ceny jak na stolicę mają rewelacyjne, a pan Tibor częstuje do tego wszystkich grzanym winem. Polacy mogą w dodatku liczyć na wspólne oglądanie jego zdjęć z Zakopanego i Krakowa.

bem-sorozo-bar-budapeszt
Bar nazwany imieniem naszego wspólnego bohatera. Lokalizacja oczywista – pl. Bema 🙂

Ogólnie rzecz biorąc, lubię tego typu miejsca „dla ludu”. Takie, gdzie spotkać można starszych panów lekko nadużywających alkohol, a obsługa bliska jest przejścia na emeryturę. Ma to w sobie pewną magię – i nie chodzi tu jedynie o ceny. Zresztą, to w sumie dobry temat na osobny wpis.

pomnik-bema-budapeszt
Pomnik Józefa Bema w Budapeszcie

W Budapeszcie byliśmy akurat pomiędzy dniem urodzin Józefa Bema (każde węgierskie miasto ma pomnik, plac, albo chociaż ulicę Bema) a wizytą prezydenta Dudy. Na mieście spotkać więc można było wielu Polaków. Zwykle w patriotycznych koszulkach, które w ogromnej większości doprowadzają mnie do szału swoją kiczowatością. No ale nie powiem – miło było zobaczyć pomnik generała przystrojony licznymi wieńcami kwiatów, a nawet laurkami robionymi przez dzieci. A wiele z nich przywieźli właśnie Polacy.

pomnik-bema-budapeszt-tablica
„Odbiorę most albo zginę. Naprzód Węgrzy! Nie ma mostu, nie ma ojczyzny”

Coś więc jednak jest na rzeczy z tą naszą przyjaźnią. W Siedmiogrodzie różnie z tym było. Tuż przy granicy właściciel baru stawiał mi wódkę za sam fakt pochodzenia z Polski, a pogranicznicy próbowali mówić po naszemu „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”. W Klużu jeden z Węgrów nie znał z kolei nawet powiedzenia „Lengyel, magyar két jó barát, együtt harcol, s issza borát”. Na Seklerszczyźnie magiczne słowo „Lengyel” wciąż wywołuje jednak uśmiech na twarzach rozmówców. Zastanawia mnie, jak to jest na przykład w Serbii, bo na Słowacji ponoć zachowała się pamięć naszej przyjaźni.

20160729_131002
Pamiętająca czasy królestwa Węgier tablica pamiątkowa w Klużu.

***Wpis pierwotnie miał się ukazać 18 marca 2016 roku, ale nie wiedzieć czemu wtedy go nie opublikowałem. Był to moment powrotu z Rumunii i chyba zastanawiałem się czy nie odpuścić już tego tematu. Po niemal roku stwierdzam, że warto było to kontynuować***

Kolorowe (rumuńskie) jarmarki

W Polsce handlarze z targowisk nie mają łatwego życia, a zakupy w tego typu miejscach są dla wielu osób obciachem. Co innego w Rumunii, gdzie w każdej większej miejscowości można znaleźć plac ze świeżymi owocami i warzywami. Łatwo się przekonać, że warto.

Z własnych obserwacji wiem, że Rumuni kochają zakupy. Wizyta w większych centrach handlowych to horror – zwłaszcza w weekend, kiedy znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem, a w środku trzeba przedzierać się przez tłumy ludzi. Osobiście wolę jednak zakupy na targowiskach. Zwłaszcza, gdy potrzeba zdobyć świeże owoce i warzywa, albo najdzie mnie chęć na alkohol domowej produkcji.

rumunia-targowisko-sybin
Bukareszt, piața Râmnicu Sărat

W Rumunii nie ma z tym problemu, gdyż w każdym mieście z łatwością można znaleźć mniejsze lub większe targi. Miejskie targowiska na ogół znajdują się w pobliżu centrum, ale zwykle poza obrębem starówki. Tak jest na przykład w Sybinie, gdzie plac targowy zlokalizowany jest kilkaset metrów od starego rynku.

rumunia-sybin-targowisko
Sybin, piața Cibin. W tle katedra ewangelicka

Asortyment oferowany przez sprzedawców zachwyca. Dostać tam można rzeczy, które w Polsce uchodzą niekiedy za rarytasy – a zwłaszcza w takich cenach. Bakłażany po złotówce za kilogram? Osiem złotych za słoik marynowanego estragonu? Szeroki wybór papryki niewiele droższej od ziemniaków? Żaden problem. Przynajmniej w sezonie.

rumunia-targowisko-bukareszt-bakłażan
Sybin. Zdjęcie z października – wyprzedaż bakłażanów 🙂
rumunia-targowiksko-sybin-przetwory
Sybin. Te zielone słoiki w środku to marynowany estragon – specjalność regionu
rumunia-targowisko-sybin-papryczka
Ostre papryczki. Można je nawlec na sznurek i zasuszyć
rumunia-targowisko-bukareszt
1,5 zł za kilogram papryki – naprawdę chce się żyć
rumunia-targowisko-gogonele
Gogonele, czyli zielone pomidory. Trochę twarde, trochę bez smaku, ale i tak się nimi zajadaliśmy

Na targ warto się też udać w innych celach. Niektóre stoiska oferują szeroki wybór asortymentu do pędzenia bimbru, a i wyrób końcowy można tam łatwo dostać. Butelka palinki to koszt zaledwie 15 lei. Wino sprzedawane w plastikowych butelkach kosztuje zaś mniej niż 5 lei za litr. Ciekawy jest też wybór przeróżnych marynat, które w Rumunii są równie popularne jak w Polsce. A może nawet bardziej, o czym świadczy fakt, że marynują oni nawet arbuzy. Te ostatnie zresztą, podobnie jak melony, w lecie są sprzedawane na każdym kroku – na targach, chodnikach, przy drogach.

przydrozny-targ-rumunia
Jakość słaba, bo zdjęcie robione telefonem z jadącego auta. Ale właśnie na tego typu straganach w sezonie zaopatrzyć się można w arbuzy i melony. Zwykle to koszt jakichś 2 lei za kilogram, choć to zależy od miejsca i pory roku
stoisko-z-arbuzami-rumunia
Zdjęcie równie słabej jakości, tym razem z października zeszłego roku. Końcówka sezonu na arbuzy
rumunia-targ-melon-rumunia
Dojrzały melon za trzy leje. Prawdziwe wybawienie podczas upalnych dni

Targowiska czynne są cały rok. Trzeba jednak zaznaczyć, że mają one mniej lub bardziej prowizoryczne zadaszenia. Zdarzają się też i takie targi, jak na zdjęciu poniżej – a właściwie hale targowe, gdzie handel odbywa się we wnętrzu.

rumunia-targowisko-medias
Piaţa Agroalimentară w Mediaş

Osobną kategorię stanowią targi organizowane na potrzeby turystów. Stoiska rozstawiane są w popularnych miejscach, lub wzdłuż głównych dróg. Można na nich kupić pamiątki, flagi, węgierskie kociołki na trójnogach, sprzęt do bimbru, ludowe stroje, a nawet gumowe maski drakuli i wilkołaków…

targowisko-trasa-transfogaraska
Stoisko na południe od trasy transfogaraskiej, zlokalizowane przy wąskiej drodze tuż pod wielką skałą
targowisko-przy-drodze-izvoru-crisului
W wiosce Izvoru Crișului (węg. Körösfő) targowiska ciągną się przez całą wieś. Nie zdziwiłbym się, gdyby każda mieszkająca tam rodzina trudniła się handlem…

Seklerska wieś

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Klużu, ale już na terenie jednostki administracyjnej Alba, leży Rimetea (węg. Torockó). Choć może tym razem to nazwę węgierską powinno się podawać jako pierwszą? We wsi liczącej mniej niż 2000 mieszkańców ogromną większość stanowią bowiem węgierskojęzyczni Seklerzy. Ale to nie jedyna rzecz, która wyróżnia ją od okolicznych miejscowości .

Tą, która rzuci się od razu w oczy, jest potężna skała, u podnóża której rozciąga się malownicza wioska. Rumuni zwą ją Piatra Secuiului, Węgrzy natomiast – Székelykő. Robi ona niesamowite wrażenie, wyraźnie górując nad okolicą. Można się na nią wspiąć, aczkolwiek trasa jest bardzo trudna. Piękne widoki ze szczytu skały rekompensują jednak wszelkie niedogodności.

Widok na Torockó z szeklerskiej skały
Widok na Torockó z seklerskiej skały

Na samym szczycie znajduje się kamienny słup zwieńczony krzyżem. Lokalna tradycja nakazuje, aby pomalować go w swoje barwy narodowe. Wzięło się to zapewne stąd, że na przemian pojawiają się tam wymalowane sprejem flagi Rumunii i Węgier. Na zdjęciu koledzy i ich patriotyczne dzieło. Ze szczytu rozpościerają się ponadto piękne widoki na okolicę.

Jak się dowiedziałem, poprzednio była flaga Węgier
Jak się dowiedziałem, poprzednio była flaga Węgier

Wieś warto jednak obejrzeć z bliska. Wtedy chyba każdy zwróci uwagę na fakt, że większość gospodarstw mimo podeszłego wieku wygląda, jakby było świeżo po remoncie. Cóż, w pewnym sensie jest.

Takich wypielęgnowanych chat nie powstydziłaby się żadna polska wioska!
Takich wypielęgnowanych chat nie powstydziłaby się żadna polska wioska!

To efekt wieloletnich prac konserwatorskich, które zostały rozpoczęte na początku lat dziewięćdziesiątych. W efekcie wioska została nagrodzona prestiżową nagrodą Europa Nostra.

Równiurki szereg pięknych szeklerskich domów. Szkoda tylko, że wioska jest na co dzień mało "żywa"
Równiutki szereg pięknych szeklerskich domów. Szkoda tylko, że wioska jest w weekendy mało „żywa”

Pierwszą charakterystyczną rzeczą jest to, że seklerskie zabudowania stoją bokiem do ulicy. Drugą jest natomiast to, że w Torockó na każdym kroku czuje się obecność wielkiej skały…

Szeklerska skała cały czas nam towarzyszy podczas zwiedzania Torockó. Cóż, trudno byłoby jej nie zauważać
Seklerska skała cały czas nam towarzyszy podczas zwiedzania Torockó. Cóż, trudno byłoby jej nie zauważać

Nie dziwi fakt, że większość mieszkańców żyje tu z turystyki. W gospodarstwach funkcjonuje ogromna liczba ośrodków. W niektórych można wynająć zwykły pokój, inne zostały przekształcone w typowe pensjonaty. Nie miałem okazji tam nocować, ale ceny podobno są korzystne. W cenie noclegu można też liczyć na posiłek.

Legendarny pensjonat, w którym nocował sam Rober Makłowicz :)
Legendarny pensjonat, w którym nocował sam Rober Makłowicz 🙂

Nie było mi dane przekonać się, co serwują lokalni gospodarze. W Torockó byłem łącznie trzy lub cztery razy, ale najwyraźniej poza sezonem w wiosce niewiele się dzieje. Zwłaszcza w niedziele, kiedy to wszystkie knajpy i pensjonaty były pozamykane na cztery spusty. Seklerskiej wsi jest jednak poświęcony super odcinek pana Makłowicza – to tak na otarcie łez :).

20151108_122310

Kto nie prowadzi pensjonatu czy też choćby agroturystyki, ten może spróbować swoich sił w wytwarzaniu bimbru. Nie trzeba daleko szukać, aby dostać butelkę palinki domowej roboty. O dostępności trunku informują liczne – mniej lub bardziej widoczne – plakietki. Nie trzeba znać węgierskiego, żeby zrozumieć jakie mają one znaczenie. Dla nie znających rumuńskiego wystarczy zaś język migowy.

Można nie znać węgierskiego, ale słowo "palinka" jest międzynarodowe
Można nie znać węgierskiego, ale słowo „palinka” jest międzynarodowe

 

Koło wodne? Skądś to znamy. Zapewne napędza bimbrowniczą maszynerię w pobliskiej chacie...
Koło wodne? Skądś to znamy. Zapewne napędza bimbrowniczą maszynerię w pobliskiej chacie…

Na koniec religijny smaczek. Spora część siedmiogrodzkich Węgrów to unitarianie. Ci zaś u nas znani byli jako Arianie bądź Bracia Polscy. W XVII wieku zostali wypędzeni z kraju, tutaj trwają nadal.

Unitariański kościół wciąż góruje nad resztą zabudowań
Unitariański kościół wciąż góruje nad resztą zabudowań

Rumunia od kuchni

Z pozoru rumuńska kuchnia może się wydawać prosta i mało wyszukana. Prędzej czy później każdy odkryje w niej jednak coś dla siebie (no chyba, że nie je mięsa). A potem pozostanie tęsknić i czekać do kolejnego wyjazdu, aby znowu spróbować miczy, placzinty i sarmali.

Nie jestem specem od kuchni. To tak tytułem wstępu, żeby nikt nie miał żadnych pretensji. Nie będzie tu słowa o tym, że coś jest dodawane do czegoś, żeby przełamać smak czegoś, a co innego pasuje do czegoś, bo wydobywa z tego czegoś jakiś aromat. Rumuńska kuchnia jest prosta i smaczna (a do tego wprost ocieka glutenem i tłuszczem). I mam nadzieję, że ten artykuł będzie podobny.

Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!
Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!

To chyba sprawa najbardziej charakterystyczna – Rumuni jedzą dużo mięsa. Wołowina, baranina czy jagnięcina to produkty, które w Polsce potrafią sporo kosztować. W Rumunii mięsa te są względnie tanie – tańsze wręcz od drobiu, który nie cieszy się taką popularnością jak u nas.

Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).
Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).

„Dużo mięsa” należy traktować bardzo jednoznacznie. Oni naprawdę kochają mięso! Znamienne, że w całym Klużu znalazłem jedną jedyną knajpę dla jaroszy – aczkolwiek taką fest, gdzie można zamówić nawet dania raw vegan (mowa o restauracji Samsara, str. Stefan Ludwig Roth). W typowych knajpach z domowym jedzeniem bez mięsa są na ogół jedynie sałatki. Takie menu oferuje na przykład rewelacyjna Varzaria (kapuściarnia) przy bulwarze Eroilor. Nazwa zobowiązuje, dlatego nie powinien dziwić główny składnik co drugiego dania…

Varza a'la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.
Varza a’la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.

Mają tam wprawdzie także pieczarkowe sarmale, ale idę o zakład że są robione na zwykłym tłuszczu. Czym właściwie są sarmale? Najprościej rzecz ujmując, jest to danie podobne do naszych gołąbków. Tyle, że są mniejsze, a w dodatku farsz zawija się w liście z kiszonej kapusty.

Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale...
Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale…

Swoją drogą, Rumunia jest rajem dla miłośników „przetworów na zimę”. Oprócz tych popularnych u nas, można tu trafić naprawdę na wszystko – słoiki z ostrą papryką, estragonem, a nawet… arbuzami.

20151025_160135
Do wyboru, do koloru. Jeżeli jest jakiś owoc bądź warzywo, to istnieje spora szansa że Rumuni je kiszą w słoikach.

Warto wymienić też inne klasyki rumuńskiej kuchni, takie jak ciorba de burta (flaczki – nie jadłem, ale kto lubi ten poleca), czy transylwańskie zupy z masą estragonu. Ogromny spis rumuńskich dań znaleźć można chociażby na wikipedii. Ja nie spróbowałem pewnie nawet połowy z nich, a i tak przez pół roku pobytu w Klużu przytyłem z osiem kilogramów :).

pasza
Rumuńskie zupy – proste, treściwe i pożywne.

Chyba największym hitem są jednak dla mnie rumuńskie fast foody. Takie, jak choćby plăcintă (placzinta). Jest to ciasto z pieczarkami, serem, szynką lub innymi dodatkami. Przy zamawianiu warto znać słowo klucz: la toate (ze wszystkim). Zwykle zresztą w ofercie znajduje się specjalna pozycja placzinty z wszystkimi dodatkami. W Klużu dostępny jest także palaneț (palanec). Wygląda identycznie, a wielu Rumunów tego nie kojarzyło. Wpadliśmy z Anią na pomysł, że może to taka lokalna odmiana. Coś, jak wrocławska knysza.

palanet-palanec-rumunia
Palanece. Z zewnątrz niepozorne, w srodku kryje się ser, pieczarki albo szynka. Albo… wszystko na raz!

Z podobnej kategorii pyszności, sprzedawanych z niewielkich budek i w barach szybkiej obsługi, wymienić należy też gogosze i kowridże (gogoși, covrigi). Gogosze to mączne placki, trochę jak pączki, które są robione na głębokim oleju. Kowridże to z kolei rodzaj podłużnych precli, obwarzanków. Powstają też zabawne połączenia, jak np. covridogi, czyli połączenie kowridża z hotdogiem.

Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.
Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.

Absolutnym zwycięzcą mojego prywatnego rankingu rumuńskich kulinariów są jednak micze (pisze się mici bądź mititei). Jest to mielone mięso baranio – wołowe (ale nie tylko, bo występuje też np. samo baranie, jak i w innych konfiguracjach) zwijane w podłużne kotleciki przygotowywane na ruszcie.

Micze w wersji sklepowej.
Micze w wersji sklepowej.

Jedna sztuka kosztuje od jednego do paru lei. Można je dostać zarówno w lepszych knajpach, jak i na ulicznych grillach.

Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.
Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.

Ktoś kiedyś powiedział Ani, że micze najlepiej smakują, gdy zostaną zakupione od najbrudniejszego sprzedawcy. Trochę w tym prawdy jest.

20160303_135632
Jedne z najtańszych miczy, serwowane przed wejściem do hipermarketu. Taki zestaw kosztował na przełomie 2015 i 2016 roku koło 4 złotych.

To by było na tyle, jesli chodzi o moje spostrzeżenia dotyczące rumuńskiej kuchni. Oczywiscie zdaję sobie sprawę, że wiele jeszcze przede mną. Mam jednak nadzieję, że choć z grubsza udało się liznąć temat. Czy rumuńskie dania są smaczne? Wystarczy spojrzeć na Kubę, który odwiedził nas w Klużu:

Om nom nom
Om nom nom

Dziwny ten Belgrad

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony Belgrad ma wiele urokliwych zakątków, z drugiej zaś zewsząd przytłacza architektura z czasów Tito. Mimo wszystko jednak mogę uznać kilkudniowy wypad do „Jugoli” za bardzo udany – zwłaszcza, że sami Serbowie to wspaniali ludzie.

Zaczęło się tragicznie, gdyż w aucie padł alternator. Szczęście w nieszczęściu stało się to jeszcze w Klużu, więc łatwiej było znaleźć warsztat. Choć nie mówię, że było to proste zadanie. Kolega holował nas z miejsca na miejsce i dopiero za czwartym razem mechanicy podjęli się wymiany. Niestety, musieli sprowadzić brakującą część, przez co wyjechaliśmy dzień później niż planowaliśmy. W końcu jednak dotarliśmy do Belgradu w sobotę późnym wieczorem.

Z racji późnej godziny zwiedzanie zaczęliśmy od okolicznych knajp. Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to ceny. Serbską walutę przelicza się w dość skomplikowany sposób. 1 złoty to ok. 28,45 dinara, tak więc trzeba odrobiny wysiłku aby zorientować się co ile kosztuje. Wkrótce się jednak okazało, że jest tam po prostu bardzo tanio. Dodatkowym plusem jest fakt, że równolegle z cyrylicą używany jest alfabet łaciński. Dzięki temu np. nazwy produktów wyglądają bardzo znajomo.

20151129_122803 20151129_150057

Piwo w ścisłym centrum też nie należy do najdroższych, można znaleźć knajpy oferujące kufel za mniej niż pięć złotych – podobnie mocniejsze alkohole. Ostatecznie skończyliśmy w barze koło naszego hostelu. Najpierw byliśmy pewni, że to jakieś karaoke. Wszystko przez dobywające się ze środka dzikie wrzaski. Potem okazało się, że to zwykły pub. Trzech barmanów puszczało po prostu piosenki na jutubie, a wszyscy goście głośno do tego śpiewali i tańczyli. Wtedy też po raz pierwszy przyszło się przekonać, że Serbowie to naprawdę wspaniali ludzie.

Kolejny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu. Pierwszy etap był niejako przymusowy, gdyż musieliśmy przeparkować auto poza centrum (można tam stać tylko dwie lub trzy godziny, w zależności od strefy). Padło na Nowy Belgrad – część miasta na zachodnim brzegu Sawy, zbudowaną za czasów socjalistycznych. Zaparkowaliśmy więc tuż obok Pałacu Serbii (Palata Srbije), dawnej siedziby władz Jugosławii, i powędrowaliśmy z powrotem do centrum.

20151129_144253

Centrum Belgradu jest bardzo zróżnicowane. Jest tu cała masa pięknych miejsc, ale też sporo powojennej architektury. Buduje się też coraz więcej nowoczesnych budynków. Zdziwi się ten, kto spodziewa się tutaj widoków jak w krajach trzeciego świata. Na drogach dominują nowe samochody, choć czasami można się też natknąć na konstrukcje marki Yugo. Sklepy są dobrze zaopatrzone, niesamowite wrażenie robią bardzo gustownie urządzone witryny sklepowe. Masa tutaj kawiarni, barów i restauracji, które – co dość istotne – niezależnie od pory dnia zapełnione są ludźmi.

20151129_153653

20151129_160712

20151129_160845

Nie mogliśmy nie trafić na stoiska z pamiątkami, których jest tam mnóstwo. Sam asortyment odbiega jednak od przyjętych standardów. Oczywiście, można tam kupić buteleczki do picia rakiji (nazywają je „wnuczki” z racji tego, że dorośli piją bimber na butelki, a „szoty” są dla dzieci), pocztówki i inne tego typu suweniry…

20151130_191027

… Jednakże, z niemal z każdej półki spoglądał na nas Władimir Putin. Podobizna prezydenta Rosji znalazła się też na breloczkach, otwieraczach do piwa i flagach. Jak to mówił jeden z poznanych Serbów „Kocham Rosję. Nie wiem, jakoś tak zwyczajnie ich lubię. Zresztą wszystkich lubię, tylko Ameryki nie lubię”. Trudno nie przyznać mu trochę racji. Jeszcze w 1999 roku NATO bombardowało Serbię za rzekome zbrodnie na Albańczykach. Jak się potem okazało, dowody wskazywały na sytuację zupełnie odwrotną. No ale wtedy nikogo to już nie obchodziło.

20151129_124232

Drugiego wieczoru wędrowaliśmy po różnych knajpkach, jednak ostatecznie trafiliśmy do baru Marshall. Właściciel najwyraźniej lubi alkohol i piłkę nożną – wszędzie wiszą bowiem szaliki, koszulki i breloczki różnych drużyn, jest kilka telewizorów, tanie piwo i rakija, a także darmowy popkorn. Obsługa bardzo się ucieszyła z tego, że jesteśmy z Polski. Dali temu wyraz, gdy zamówiłem rakiję. Zamiast jednego kieliszka dostałem od razu trzy. Zrewanżowaliśmy się częstując ich krówkami, a przy okazji do stołu zaprosili nas siedzący tam Serbowie. Niektórzy mówili po angielsku, niektórzy mniej, ale generalnie dało się z nimi dogadać. Wystarczy mówić po polsku wtrącając rosyjskie słowa. Przynajmniej w naszym przypadku zadziałało.

20151129_235300

Bar był już wprawdzie zamykany, ale okazało się że jednym z biesiadników jest właściciel, który częstował nas cały czas rakiją. Potem wraz z miłą serbską parą poszliśmy na ulicę Skadarlija – miejscem spotkań dawnej bohemy. To był strasznie zwariowany wieczór, o czym świadczy jedyne zachowane dla potomnych zdjęcie (którego może Wam oszczędzę… 🙂 ). Dzień (a raczej noc) skończyliśmy na pochłanianiu pljeskavicy, czyli najpopularniejszego serbskiego festfuda. Jest to pyszne mięso [kotlet saute – Ania] z jagnięciny/baraniny/wieprzowiny/wołowiny [przynajmniej z dwóch rodzajów mielonego mięsa – to znowu Ania, bo ja nawet nie wiem co to jest „saute”] podawane w bułce z warzywami. Taki słowiański hamburger, ale tysiąc razy lepszy.

20151129_161827

Nie będę ukrywał, że po takim wieczorze nie byliśmy w stanie zwlec się z łóżek. Dlatego też zwiedzanie zaczęliśmy dosyć późno i większość miejsc odwiedzaliśmy już po zmroku. W przypadku twierdzy Kalemegdan wyszło to nawet na dobre, bo fortyfikacje są przepięknie podświetlane nocą.

20151130_214248 20151130_214823 20151130_181304

Przed jedną z bram stoi też całkiem ciekawa kolekcja broni pancernej. Nazajutrz przed wyjazdem pobiegłem tam raz jeszcze. Zwłaszcza, że parę okazów było bardzo ciekawych – na przykład pług do niszczenia torów. Ciekawe, czy właśnie takich Niemcy używali też na Dolnym Śląsku?

20151201_093447 20151201_091854

Stoi tam kilkanaście pojazdów gąsienicowych, wśród których są głównie lekkie pojazdy niemieckie (Panzer I, II, StuG III), włoskie (w naszych rejonach chyba nie do obejrzenia), rosyjskie, jugosłowiańskie i jeden amerykański (Stuart). Co jednak mnie najbardziej zadziwiło, znaleźć tam można polską tankietkę (TK-3, gdzieniegdzie piszą, że TKF – nie jestem znawcą, więc nie wypowiem się który to model) i podpisany jako „poljska haubica Krup M.97” czołg Renault FT-17!

20151201_093148

20151201_093343

Smutne jest tylko to, że właściwie wszystkie egzemplarze są w opłakanym stanie. O ile z zewnątrz są one jeszcze jakoś – tam zabezpieczone, to w środku są to puste skorupy. Niektóre egzemplarze są zaś po prostu przeżarte rdzą.

20151201_093302

Ostatnim punktem zwiedzania była restauracja Gradska, gdzie w bardzo przyjemnych cenach można spróbować tradycyjnej serbskiej kuchni. Zamówiliśmy między innymi jagnięcinę podawaną ze śmietaną, która była po prostu rewelacyjna. Nie sposób też było odmówić kieliszka rakiji na pobudzenie apetytu. Zwłaszcza, że zaoferowano nam ją „od firmy”.

20151130_203543

Co do bimbru żałuję tylko, że w drodze powrotnej nie trafiliśmy na żadne targowisko z domowymi wyrobami i musieliśmy zadowolić się wersją”sklepową”.

W poszukiwaniu bimbru (cz. 1)

Do końca nie wiem, jaki jest status prawny bimbru w Rumunii. Znajomi mówili mi najczęściej, że „to chyba nielegalne, ale nikt się tym nie przejmuje”. Najpewniej jednak alkohol można tutaj wytwarzać na własny użytek. Nie oznacza to rzecz jasna, że jest towarem trudno dostępnym. Wręcz przeciwnie.

Pomijam oczywiście kwestię dostępności „sklepowych” wersji wszelkiego rodzaju palinek, bo nie w tym rzecz. Przybliżę tutaj kilka spostrzeżeń dotyczących tego prawdziwego bimbru, wytwarzanego w zaciszu rumuńskich i węgierskich domów. Celowo wspominam o dwóch najliczniejszych grupach mieszkańców Siedmiogrodu, gdyż kwestia narodowości jest tutaj dosyć istotna. Zarówno Rumuni jak i Węgrzy będą bowiem zawsze twierdzić, że to właśnie ich palinka jest najlepsza. Dlatego też nie polecam wchodzić w większe dyskusje na ten temat. Jest to bowiem stąpanie po cienkim lodzie i bardzo łatwo jest zrazić do siebie rozmówcę.

Tutejszą palinkę poznałem już parę lat temu. Ania zajmowała się wtedy oprowadzaniem grup młodzieży z Rumunii, które przyjeżdżały do Wrocławia na praktyki. Swego rodzaju tradycją było ofiarowanie pod koniec pobytu drobnych prezentów. Najczęściej była to plastikowa butelka po koli albo wodzie mineralnej, wypełniona piekielnie mocnym alkoholem. Jak zdobyć ten trunek w Rumunii? Najczęściej wystarczy wypatrywać go w przydrożnych straganach. Pomiędzy warzywami, owocami i innymi artykułami spożywczymi zwykle można znaleźć tajemnicze butelki z przeźroczystą cieczą.

20151108_141705

Palinki szukać też można na popularnych tutaj targowiskach. W każdym przypadku warto pytać o smak. Najpopularniejsze są śliwkowe, ale trafić można też na gruszkowe, pigwowe czy jabłkowe. Różna jest ich moc. Te „sklepowe” mają zazwyczaj lekko powyżej 40%, domowej roboty są z reguły o wiele mocniejsze. Trudno powiedzieć dokładnie, bo nie mam jak tego zmierzyć. Powiem tylko, że każda której próbowałem miło pali w gardło. Różne są także ceny. Generalnie jednak półlitrowa butelka to koszt od 20 do 30 złotych.

W niektórych miejscowościach turystycznych palinkę można dostać wprost od producentów. Mieszkańcy wystawiają karteczkę z odpowiednią informacją – wystarczy zapukać. Tak na przykład jest w Torockó – szeklerskiej osadzie nieopodal Turdy (swoją drogą, mieścina ta zasługuje na osobną notkę, ale to innym razem).

20151108_134433

Niekiedy wystarczy jednak być czujnym obserwatorem. Dym z kominka wydobywający się w środku lata? Tajemniczy kołowrotek napędzany przez pobliski strumyk? Sad składający się z kilkunastu śliw? Tego typu zjawiska nie są z pewnością dziełem przypadku, lecz dają jasną wskazówkę o działalności lokalnego bimbrownika.

20151108_130716

Jak wiadomo – jest popyt, jest więc i podaż. Konkretnie chodzi mi o sprzęt bimbrowniczy, który znaleźć można w wielu miejscach – zarówno w hipermarketach, jak i w osiedlowych sklepach „wszystko dla domu”. Poniżej najtańszy z zestawów, na jakie do tej pory natrafiłem. Zwraca uwagę marka „Perfect Home” :-).

20151108_165137

Z reguły tego typu aparatury są dużo droższe. Zwłaszcza te o większej pojemności, bądź wykonane z lepszych materiałów, np. z miedzi. Poniżej przykład wystawy ze sklepu Dedeman (to  taki rumuński odpowiednik Praktikera i Castoramy).

20151029_191750

Okazjonalnie całą aparaturę można nabyć też na targach. O cenę nie pytałem, ale można założyć że na taką bimbrowniczą machinę trzeba wydać więcej niż 2000 złotych.

20151003_180022

Niniejsza notka oznaczona została celowo jako część pierwsza. Osobny artykuł postaram się bowiem napisać o samej produkcji. W tym celu będę próbował się wprosić do któregoś z gospodarzy i poprosić o demonstrację działania jego domowej linii produkcyjnej.

Festiwal Gulaszu w Solnok (Szolnoki Gulyás Fesztivál)

Rzecz powszechnie znana – my kochamy Węgrów, a oni kochają nas. O polsko-węgierskich i „nieco” trudniejszych rumuńsko-węgierskich relacjach rozpiszę się jednak przy innej okazji. Tym razem będzie o tym, co zaraz po Budapeszcie, Tokaju i Victorze Orbanie jest bodaj największym symbolem Węgier, czyli o gulaszu – a nawet więcej, bo o festiwalu mu poświęconym.

O tym, że chcemy odwiedzić Festiwal Gulaszu w Szolnok, wiedzieliśmy na długo przed spakowaniem bagaży. Dlatego też to był cel naszej pierwszej weekendowej wyprawy. Wprawdzie podróż z Klużu do Oradei (Nagyvárad) jest dosyć karkołomna, jednak po pokonaniu kilku górskich odcinków dostaliśmy się na granicę. Dalsza jazda węgierskimi drogami była już o wiele prostsza. Standardem są tam wprawdzie jednopasmówki, ale przeważają bardzo długie proste odcinki, na których łatwo się wyprzedza różnego rodzaju zawalidrogi. Ostatecznie do Szolnok trafiliśmy trochę przed dwunastą. Lokalizacja festiwalu nie stanowiła żadnego problemu – wystarczyło jechać w tym samym kierunku, co większość aut. Jak się niebawem okazało, mieliśmy sporo szczęścia. W porze obiadowej zwaliła się tam bowiem masa wygłodniałych Węgrów, zaś znalezienie miejsca parkingowego graniczyła z cudem. Tak więc jakby ktoś się kiedyś wybierał – lepiej przyjechać jak najwcześniej, albo od razu szukać parkingu kawałek dalej.

1

Sam festiwal ma typowo małomiasteczkowy charakter. Na długiej drodze koło lokalnego stadionu rozstawione są przeróżne atrakcje – strzelnice, symulatory, gry dla dzieci, stragany, etc. No i oczywiście stoiska, na których można spróbować gulaszu przyrządzanego na różne sposoby. Przebieg imprezy jest prosty –kilkadziesiąt zespołów gotuje potrawy, a goście je zjadają. Oprócz stanowisk komercyjnych można też trafić na takie prowadzone przez zwykłych ludzi, którzy gotują dla swoich znajomych i sąsiadów. Język węgierski jest dla mnie (i chyba nie tylko dla mnie) kompletnie niezrozumiały, nasi bratankowie zaś są zazwyczaj niechętni językom obcym. Dlatego też transakcji próbowaliśmy dokonywać po angielsku i niemiecku (jeżeli ktoś z Was zna, nawet nie próbujcie po rumuńsku 🙂 ), wtrącając wszystkie możliwe znane nam słowa (dzień dobry, proszę, dziękuję, tak, jeden). Z reguły kończyło się użyciem magicznego „Lengyel” (Polak), co niezmiennie wywołuje u Węgrów dobrotliwy uśmiech, i pokazywaniem wybranego dania palcem.

2

Co ja mogę napisać o samych potrawach? Ania pewnie lepiej odnalazłaby się w tej roli. Ja mogę jedynie stwierdzić, że były to najlepsze gulasze, jakie kiedykolwiek jadłem. Było w nich dużo mięcha i ostrej papryki – a czego można chcieć więcej? Spróbowaliśmy też zupy i czegoś, co okazało się absolutnym hitem – baraniny z wędzoną papryką. Miłym akcentem był udział w festiwalu delegacji z Bielska – Białej (miasto partnerskie Szolnok), która przygotowywała dla Węgrów żurek. My niestety się nie załapaliśmy, gdyż zaczęło się robić późno i musieliśmy wracać.

3

Żałuję trochę, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg, bo wtedy skosztowałbym jeszcze na pewno lokalnego piwa i palinki. Stwierdziliśmy jednak, że jedzenie gulaszu – choć jest czynnością nader przyjemną – nie może trwać zbyt długo.

4