Archiwa tagu: język rumuński

Kolejny kurs w Braszowie

Lipiec w Rumunii to już prawie tradycja! W zeszłym roku po raz pierwszy pojechałem na kurs organizowany przez ICR (Rumuński Instytut Kultury) w Braszowie. Tym razem zaszło jednak trochę zmian.

O intensywnym kursie języka rumuńskiego pisałem po raz pierwszy >>>TUTAJ<<<

Przede wszystkim pojawiły się zmiany kadrowe. Wcześniej kurs organizowała uwielbiana przez wszystkich Ana Borca. Okazało się jednak, że w bliżej nieokreślonych okolicznościach odeszła z ICR-u. Obawiam się, że nie było przyjemnie. Nie było też naszych ubiegłorocznych nauczycieli, a przede wszystkim zawsze wesołej Andrei.

Budynek prefektury (prefekt ma mniej więcej uprawnienia naszego wojewody, ale oni tych województw mają 41)

Podobno w samym ICR-ze doszło do jakichś przetasowań, w trakcie których politycy nader aktywnie obsadzali stanowiska swoimi ludźmi. To był czas tuż po aresztowaniu lidera rządzącej PSD Liviu Dragnei. Koalicja PSD-ALDE miała się za chwilę rozpaść. Podejrzewam, że w wielu publicznych instytucjach następowały w tym czasie różne dziwne zmiany.

Barek w tradycyjnej „bombie”, czyli taniej knajpie z samym alkoholem. Najlepsze są jednak i tak te napisy – od lewej: telefon do urzędu ochrony konsumentów, „z powodu braku personelu zamawia się przy barze” i informacja o tym, że „społeczność” ma prawo selekcji klientów 🙂

ICR musiał być zmuszony do poszukiwań na szybko zastępstwa. W ostatniej chwili do realizacji kursu odesłane zostały przemiłe młode (tj. w moim wieku, tak więc nie takie młode :D) dziewczyny – organizatorki były z Bukaresztu, a nauczycielki z Klużu. Kurs miał parę niedociągnięć, ale jak na organizację „za pięć dwunasta” wyszło to naprawdę nieźle.

Podczas jednej z wycieczek odwiedziliśmy Sanktuarium Niedźwiedzi. Trafiają tam miśki po przejściach – z cyrków, klatek, nielegalnych hodowli. Kiedyś rozwinę temat.

Wśród kursantów było parę znajomych twarzy z poprzedniego roku. Fajne jest to, że niektóre z tych znajomości trwają.

Niezmiennie zachwyca sam Braszów. Miasto jest niezwykle urokliwe. W zeszłym roku obszedłem centrum, tym razem zapuszczałem się także do odleglejszych dzielnic.

Taki widok rozpościera się po drugiej stronie słynnego wzgórza z wielkim napisem BRASOV. Prawdziwe morze bloków

Odwiedziłem między innymi dawną fabrykę ciężarówek „Czerwony Sztandar”, w której w 1987 roku wybuchł protest przeciwko władzy komunistycznej. Smutny obraz, bo dawniej w tego typu zakładach pracowały dziesiątki tysięcy mieszkańców miasta.

AB – Autocamioane Braşov, czyli niegdyś ogromna, a teraz niemal całkiem opustoszała fabryka ciężarówek.

Teraz obserwuje się odpływ ludności – z 320 tysięcy w 1992 roku do nieco ponad 250 tysięcy w 2011. Braszów nadal jest jednym z największych ośrodków w kraju, a do tego ściąga turystów. I z roku na rok zyskuje na popularności.

Początek nie jest najważniejszy

„Sprzedawca początków powieści” – dawno nie spotkałem się z równie intrygującą nazwą. Książka Mateia Vişnieca zawiera w sobie wiele początków, a jej lekturę porównać można do uczucia, gdy ciężko odróżnić jest nam sen od jawy. Zacznijmy jednak tak, jak zapewne życzyłby sobie Autor, czyli od początku…

Pewnego dnia nieoczekiwanie skontaktowała się ze mną przedstawicielka wydawnictwa Universitas. Miłośnicy Rumunii powinni zapamiętać tę nazwę z uwagi na serię pod redakcją pana Jakuba Kornhausera, która prezentuje najgłośniejsze współczesne książki z tego kraju. Do tej pory ukazało się pięć tytułów.

Wybór pierwszego był jasny, bo już sama nazwa „Sprzedawcy początków powieści” nie pozwala przejść przy nim obojętnie. Jak tłumaczy go Autor?

„Czego brakuje nam na tym świecie, że jesteśmy tak bardzo skłonni zaczynać wszystko od nowa, znowu i znowu od początku, z rodzajem wiecznej nadziei, że kolejna sekwencja będzie lepsza, może zabawniejsza, bardziej ekscytująca? Hollywood już dawno to zrozumiał i w swoich filmach, co 45 sekund, przynosi nowe rozładowanie adrenaliny, cała narracja jest sekwencją nerwowych początków… Oto punkt wyjścia dla mojej powieści, w której staram się obserwować ewolucję nowego rodzaju narkotyku społecznego: uzależnienia od iluzji początku. Zatem dlaczego nie napisać, w świecie, gdzie tylko początki są atrakcyjne, powieści złożonej z samych tylko początków?” (cytat za: www.lubimyczytac.pl)

Z tego założenia wyszedł bardzo ciekawy eksperyment. „Akcja” książki przeplata się bowiem z opisem snów, historią człowieka, który budzi się w całkowicie pustym mieście, czy pary której samochód zepsuł się na pustyni. Pojawia się też między innymi księgarz próbujący od czterdziestu lat napisać książkę nad brzegiem morza, romans z tajemniczą panną Ri. Czytelnik wnika także w myśli kogoś, kto od kilku dni siedzi martwy przy stole. Wszystkie te równoległe światy przeplatają się ze sobą w mniej lub bardziej wyrazisty sposób. Poszczególne wątki niekoniecznie muszą zostać dokończone, ale przecież nie o zakończenie tu chodzi, lecz o początek – i o ciągłe pożądanie kolejnych, lepszych, jego wariantów.

To była pierwsza recenzja recenzja w mojej karierze więc proszę o wyrozumiałość. Wydawnictwo przesłało mi kilka książek. Kolejna już przeczytana więc… do następnego!

Intensywny kurs języka rumuńskiego

Jeśli chodzi o język rumuński, byłem samoukiem. Kurs w Braszowie sprawił, że poznałem zasady gramatyki i mówię już poprawnie. Jeśli więc ktoś szuka sposobu na szybką i efektywną naukę, to szczerze polecam tego typu wyjazd

Pierwotny plan był taki, żeby pojechać na miesiąc do Warszawy. Na szczęście okazało się, że tamtejszy uniwersytet nie organizuje w tym roku kursu. Zadzwoniłem do krakowskiej szkoły językowej Calitate, gdzie polecono mi kurs w Braszowie organizowany przez Rumuński Instytut Cultury. Okazało się, że na załatwienie wszystkich formalności mam jeden dzień, ale udało się zapisać.

Dzielna Dacia w Braszowie

Pojechałem Dacią, żeby na miejscu dokonać kilku napraw. Pierwszy przystanek był w Klużu, gdzie ugościł mnie Damian z Cristiną. Następnego dnia dotarłem do Braszowa, gdzie była obecna już większość kursantów. Bardzo ciekawy przekrój – ludzie z całego świata, w różnym wieku, każdy z innym powodem, dla którego uczy się tego mimo wszystko rzadkiego języka. Byli fascynaci Rumunii, wykładowcy, potomkowie emigrantów którzy chcieli poznać język swoich przodków, pracownicy instytucji związanych z Unią Europejską (głównie tłumacze). W tej ostatniej grupie dwójka uczy się języka, żeby postarać się o obywatelstwo w obawie przed Brexitem :D.

Na wycieczce po Braszowie
Warsztaty kulinarne – robimy sarmale! 🙂

Każdy dzień miał napięty program. Momentami aż za bardzo, bo poza jednym weekendem nie było czasu absolutnie na nic (choć w przypadku kursu, który w nazwie ma „intensywny” to akurat zaleta). Rano śniadanie i cztery godziny zajęć. Obiad, a po obiedzie warsztaty (np. kulinarne), wykłady, wycieczki. Kolacja była o 20. W tym momencie wszyscy byli już tak padnięci, że co najwyżej piliśmy po jednym piwie na mieście. Początkowo część osób rozmawiało jeszcze ze sobą po angielsku. Z drugiej strony byli i tacy, którzy wręcz udawali że angielskiego nie znają :). I bliżej tej grupy się trzymałem, bo chciałem jak najlepiej wykorzystać ten czas.

Widok z okna hotelu, który znajduje się w ścisłym centrum
Kościół obronny w Viscri – cel jednej z kilku wycieczek zorganizowanych w trakcie kursu
Mieszkanki Viscri robiące tradycyjne skarpetki. Trudno nie załapać języka na kursie, który ma miejsce w kraju gdzie się go używa

Efekty są rewelacyjne i gorąco każdemu polecam tego typu naukę. Ja akurat znałem podstawy, a dzięki kursowi uporządkowałem sobie wiedzę na temat gramatyki i poznałem całą masę nowych słów i zwrotów. Ale nawet osoby, które nie umiały na wstępie nic, po miesiącu były w stanie prowadzić już proste rozmowy. Z tego co się orientuję, podobne kursy są organizowane w wielu miejscach, na przykład w Jassach i Timiszoarze. Ja jednak – o ile czas pozwoli – będę się trzymał Braszowa.

Rynek w Braszowie

P.S. Na kursie powiedziano nam o dodatkowym atucie Braszowa. Za komuny w mieście (które zresztą jakiś czas nazywało się Stalin) lokowane były ogromne zakłady przemysłowe, do których zjeżdżali Rumuni z całego kraju. Efekt był podobny jak na Dolnym Śląsku – obecnie mówi się tam ponoć najczystszą formą języka, bo różne dialekty się ze sobą wymieszały.

Rzymianie, czyli kilka słów o rumuńskiej tożsamości narodowej

W Polsce obchodzono właśnie 1050-tą rocznicę chrztu, który dał początek naszej państwowości. Rumuni mogą na to spoglądać z politowaniem, gdyż w kraju tym powszechny jest mit o ponad dwóch tysiącach lat nieprzerwanej historii. Wszystko przez krótki epizod, kiedy to Dacja stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego.

Kilka faktów jest bezsprzecznych. Dacja rzeczywiście pokrywała się terytorialnie z obecną Rumunią (granica południowa i zachodnia oparta była na Dunaju wschodnia na morzu, różnią się opinie co do części północnej). Faktycznie, kraina ta stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego (od 106 do 271 roku naszej ery), gdy została ona podbita przez Trajana. Czy jednak można mówić o bezpośrednim pokrewieństwie ówczesnych mieszkańców tamtych ziem ze współczesnymi Rumunami? Czy nieco ponad 150 lat mogło sprawić, że cała ludność dacka została zromanizowana? Śmiem przypuszczać, że nie. Ale dla Rumunów ten krótki okres stanowi mit założycielski dla współczesnego kraju.

Jedna z prób okreslenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii. Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen - "Droysens Historischem Handatlas", 1886
Jedna z prób określenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii.
Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen – „Droysens Historischem Handatlas”, 1886

Od omawianego okresu obecna Rumunia była swego rodzaju pograniczem pomiędzy Polską, Turcją a Węgrami. Transylwania (Siedmiogród) była na przykład od X wieku we władaniu węgierskim, potem na przełomie XVI i XVII wieku zajęta była przez Turków, po czym z powrotem trafiła w ręce Węgierskie. W Polsce na lekcjach historii ziemie te pojawiają się rzadko, a jeśli już to w kontekście pochodzenia Stefana Batorego. Mołdawia i Wołoszczyzna wzmiankowane są z kolei  w kontekście polskiego lenna (Hospodarstwo Mołdawskie i Wołoskie).

Gdzie ta Rumunia? Powyższa mapa (XIV – XV wiek) pokazuje, jak poszczególne części obecnej Rumunii musiały zmagać się z wpływami obcych mocarstw – czyli Polski, Turcji i Węgier. Źródło: Fragment mapy firmy E-MM Magdalena de Lange, Maciej Gąsiorowski

Jedyny moment zjednoczenia obecnych ziem rumuńskich nastąpił w 1599 roku. Dokonał tego Mihai Viteazul (Michał Waleczny), a jego panowanie nad Mołdawią, Transylwanią i Wołoszczyzną trwało mniej więcej rok.

romania-1601
Ziemie zjednoczone pod berłem Michała Walecznego. Źródło mapki: www.romania-insider.com

Wystarczyło to jednak, aby pomnik władcy pojawiał się w każdym większym mieście Rumunii (mają chyba jeden odlew, bo wszędzie wygląda on tak samo).

mihai-viteazul-cluj-napoca
Mihai Viteazul w pełnej krasie. Na pierwszym planie wieczny ogień, w tle klasyka gatunku – modernistyczny blok przyozdobiony neonami.

Stałe scalenie księstwa mołdawskiego i wołoskiego nastąpiło dopiero pod koniec XIX wieku. Od 1859 roku Mołdawia i Wołoszczyzna rządzona była przez Aleksandra Jana Cuzę (Alexandru Ioan Cuza – potem jako Alexandru Ioan I), jednak był on uzależniony od Turcji. W efekcie wojny rosyjsko – tureckiej powstało zaś niezależne państwo rumuńskie. Kraj uznano w 1878 roku, a w 1881 na pierwszego króla koronowano Karola Hohenzollerna – Sigmaringen. Wtedy też rozpoczęto proces wtórnego romanizowania języka, który przez wieki stał się mieszanką słów pochodzenia łacińskiego i słowiańskiego. Te ostatnie zastępowano na przykład odpowiednikami z włoskiego czy francuskiego. Ostały się jednak takie słowa jak ceas (czas – zegar), da (da – tak) czy mașină (maszina – samochód)*, które przypominają o olbrzymich wpływach słowiańskich na tych ziemiach.

* A jednak nie, bo kolega z Klużu zwrócił mi uwagę, że nie jest to słowo pochodzenia słowiańskiego. Błąd dosyć oczywisty – kajam się 🙂

Granice Rumunii w latach 1878 - 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: "Andrees Handatlas", Velhagen & Klasing, 1901.
Granice Rumunii w latach 1878 – 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: „Andrees Handatlas”, Velhagen & Klasing, 1901.

Zabiegi romanizacyjne kontynuowano także w okresie międzywojennym, kiedy to Rumunia zyskała Transylwanię i obecną Republikę Mołdawii. Pełnymi garściami czerpano wtedy, jak i wcześniej zresztą, ze wzorców francuskich. Przynależność do rodziny krajów romańskich jest zresztą do dzisiaj bardzo silna. Dla leżącej na uboczu Rumunii są one niczym „starsze rodzeństwo”.

Romania Mare - dosłownie "Wielka Rumunia" to okreslenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. "Besarabia e Romania".
Romania Mare – dosłownie „Wielka Rumunia” to określenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. „Besarabia e Romania”.

Okres wytężonej pracy na rzecz budowy wspólnej tożsamości narodowej przypadł też na czasy komunizmu. Zwłaszcza po październiku 1971 roku, kiedy to z inicjatywy szacha Mohammada Rezy Pahlawiego Iran obchodził 2500 lecie swojego istnienia. W uroczystościach brał udział między innymi Nocolae Ceaușescu, który podobno był pod wielkim wrażeniem rozmachu, jaki towarzyszył temu wydarzeniu. Postanowił zatem, że coś podobnego należy zorganizować także w Rumunii. Maciej Kuczewski w swojej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” przytoczył pewną anegdotę na ten temat. Otóż dyktator miał rozkazać organizację podobnych obchodów, ale jego asystenci nie dosłyszeli o jaką datę mu chodziło – 2500 czy 2150 lat. Stanęło na tej „skromniejszej” wersji. Efekty działań z tamtych czasów widoczne są do dzisiaj. Cluj (węgierski Kolozsvár, niemiecki Klausenburg) został na przykład przemianowany na Cluj – Napoca, od nazwy mającej się tu znajdować rzymskiej faktorii o tej nazwie. W tym, jak i w wielu innych miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać też kopie pomników wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa*

*I znowu nie do końca, bo ta Klużańska wilczyca jest z lat dwudziestych!

wilczyca-cluj-napoca
Wilczyca kapitolińska? Nie – Klużańska, a raczej Klużańsko – Napocka :).

Cała te legenda mówiąca o pochodzeniu Rumunów wydaje się mocno naciągana. Daleki jestem jednak od tego, aby ją krytykować. Mit o wspólnym, rzymskim pochodzeniu, pozwolił bowiem na scalenie kraju składającego się z trzech odmiennych regionów. Płaska jak stół, leżąca nad Dunajem Wołoszczyzna to kraina, w której czuje się wpływy bałkańskie. Mołdawia (część znajduje się w Rumunii, część jest obecnie Republiką Mołdawii) to z kolei etniczny tygiel, w którym wpływy słowiańskie były najsilniejsze.

Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie "udające" starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.
Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie „udające” starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.

A Transylwania? Dziesięć wieków niemal ciągłego panowania węgierskiego sprawił, że rumuńscy chłopi byli tam mieszkańcami drugiej kategorii. Obecnie to tutaj najsilniej zaznacza się wszelkie ślady rumuńskiej bytności. Widać to zarówno po drewnianych kościołkach stawianych wśród bloków, jak też po eksponowaniu „rzymskich” pomników w każdym niemal mieście. Miejscem o specjalnym znaczeniu są zaś pozostałości po Sarmizegetusie – stolicy dawnej prowincji.

Ruiny amfiteatru zlokalizowane w starożytnej Sarmizegetusie Ulpia Traiana. Trochę podrasowane, ale i tak robią wrażenie. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.
Sarmizegetusa Ulpia Traiana. Trochę podrasowane ruiny, ale i tak robią wrażenie. Różnego rodzaju obiektów jest tam znacznie więcej. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.

Trudno zatem się dziwić, że to właśnie do czasów Dackich odniesiono się, tworząc wspólną narodową legendę. Obecnie mit ten jest bardzo silnie zakorzeniony u mieszkańców całego kraju. Choć czasem jest to wręcz uciążliwe, gdy podczas rozmów o historii usłyszeć można kompletne bzdury. Któregoś razu powiedziałem rumuńskiemu koledze, że przez 150 lat nie było możliwe, aby plemiona dackie przejęły język, obyczaje i rzymską tożsamość. „Nasz język jest tak podobny do łaciny, że najpewniej to łacina wywodzi się od rumuńskiego. I dlatego też integracja przyszła tak łatwo” – usłyszałem w odpowiedzi. W takich wypadkach nie warto wchodzić w głębsze dyskusje.