Archiwa tagu: Cluj – Napoca

Cluj, Kolozsvár, Klausenburg

W Klużu spędziłem ponad pół roku, a potem ze dwa razy jeszcze byłem tam przejazdem. Sam się zdziwiłem, że jeszcze nic o tym mieście nie napisałem. No to piszę!

Problem polega na tym, że miasto to stało mi się na tyle bliskie, że jeden krótki artykuł to za mało. Czułbym się jak zdrajca, bo miejsce które na pewien czas stało się moim domem wymaga więcej uwagi. Dlatego też od razu zapowiadam, że artykułów o Klużu będzie więcej. Tę krótką notkę poświęcę zaś próbie nakreślenia, jaki jest charakter tego miasta w kontekście jego interesującej historii i nie mniej ciekawej struktury etnicznej.

„Rumuni twierdzą, że sercem Transylwanii jest Alba Iulia, natomiast jej mózgiem – Kluż. Podobnego zdania są Węgrzy. Przez ostatnie 100 lat spór toczył się jednak nie o prym w regionie, lecz o „węgierskość” bądź „rumuńskość” miasta. Tymczasem – jeśli nie liczyć Rzymian, za sprawą których osada Napoca już w 124 roku naszej ery otrzymała status miejski – tymi, których żadną miarą nie można pozbawić zaszczytnego tytułu założycieli miasta, są Niemcy” – Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura. Michał Jurecki i Łukasz Gałusek. Olszanica 2008

Przykład rumuńsko-węgierskiej rywalizacji z przymrużeniem oka, czyli włazy wodno-kanalizacyjne. Po lewej Kolozsvar, po prawej Cluj. W środku natomiast wersja „przejściowa”, z zaspawanymi węgierskimi napisami. Znajomy motyw, prawda, Wrocławianie? 🙂 (Fot. po prawej pochodzi z takiej oto ciekawej strony)

I znowu cytat z książki, której autorzy jak nikt inny potrafią w jednej myśli zawrzeć całą esencję danego miejsca. Nie ma raczej sensu rozpisywać się o szczegółowej historii miasta, bo podejrzewam że moi drodzy Czytelnicy umieją korzystać choćby z Wikipedii – tam jest to z grubsza opisane. Faktem wartym uwagi jest natomiast założenie miasta w 1272 roku przez kolonistów niemieckich. Osada powstała obok dawnego miasta pochodzącego z czasów rzymskich, o czym przypominają ruiny eksponowane na głównym rynku i nazwa miasta, która od lat 70-tych brzmi Cluj-Napoca. To zresztą także były elementy rywalizacji rumuńsko-węgierskiej o to, „kto był pierwszy” na tych ziemiach.

Zostańmy jednak  przy dacie lokacji, gdyż wzbudza ona u mnie skojarzenie z moim rodzinnym Wrocławiem, który został w drugiej połowie XIII wieku ponownie lokowany po inwazji mongolskiej.

Mihai Viteazul, czyli Michał Waleczny – pierwszy władca, który opanował zarówno Mołdawię i Wołoszczyznę, jak i Transylwanię

A czemu przywołuję Wrocław? Dlatego, że oba miasta posiadają moim zdaniem podobny charakter, a lokacja na prawie niemieckim jest tylko jednym z jego elementów. Kluż, podobnie jak Wrocław, leży na terytoriach od wieków będącymi terenem pogranicza, które przechodziło w posiadanie kolejnych państw i władców. To z kolei widoczne jest w architekturze, gdzie widać pamiątki z ostatnich kilkuset lat – w tym bloki z czasów komunistycznych, które z każdym dniem coraz bardziej doceniam. W końcu, oba miasta są współcześnie ogromnymi ośrodkami akademickimi – niemal 650 tysięczny Wrocław ma studentów 150 tysięcy, w o połowę mniejszym Klużu jest ich 70 tysięcy (choć z tymi szacunkami dotyczącymi liczby mieszkańców bywa różnie, śmiem twierdzić że w obu przypadkach są one mocno zaniżone).

Pomnik króla Macieja Korwina – najpotężniejszego władcy średniowiecznych Węgier. Obecnie wraz z kościołem św. Michała stanowi najbardziej charakterystyczny punkt miasta.

Jakieś 15 – 20% mieszkańców, jak i studentów, stanowią w Klużu Węgrzy. Język ten słychać na ulicach, słychać też w knajpach – na przykład w rewelacyjnym Bulgacovie. Słychać było też w studenckiej mordowni zwanej Krajczár, ale niestety zamknięto to wspaniałe miejsce. Do ciekawych interakcji dochodzi zaś na przykład w Latevi (do tej pory nie wiem czy to Latevi, La Tevi czy Lațevi). Też jest to swego rodzaju mordownia, ale bardzo klimatyczna – taka knajpa metalowo-rockowa w rozpadającej się chałupie. Można tam poznać, kto reprezentuje jaką grupę etniczną po tym, jak poszczególni goście reagują na puszczaną muzykę. „Parkiet” zapełnia się Węgrami gdy leci Pokolgép, Rumuni wolą poskakać do Cargo. Ale nie jest to tak istotne, bo oba narody żyją zgodnie obok siebie (a raczej ze sobą). I to jest to, czego we Wrocławiu nie ma, bo zamieszkujący Breslau Niemcy dostali bilet kolejowy w jedną stronę i wyjechali za Odrę. I to jest właśnie ta największa różnica, że Wrocław chciałby być miastem wielonarodowym, a Kluż nim po prostu jest.

Kusi, żeby opisać choć trochę klużańską architekturę. Oto na rynku stoi gotycki kościół św. Michała ze złowrogo spoglądającym z siodła królem Maciejem Korwinem. Może nie podobają mu się rzymskie ruiny? Wszak jeden z burmistrzów chciał na początku lat 90-tych pomnik rozebrać, pod pozorem dalszych prac archeologicznych właśnie. Przechodzimy przez stare kwartały kamienic pamiętających Austro-Węgry, aby znaleźć się przy przepięknej cerkwi pw. Zaśnięcia Matki Bożej, zbudowanej w okresie międzywojennym w stylu bizantyjskim. Tuż przed nim stoi pomnik Avrama Iancu. Na przepięknym bulwarze Eroilor nie sposób zaś dostrzec kopii Wilczycy Kapitolińskiej podarowanej Rumunii w latach 20-tych przez Włochów. Pięknie się to wszystko razem prezentuje. No, ale architekturę zostawię na kolejną część, bo jak wspomniałem na początku, Kluż zasługuje na więcej opisów, tak więc spodziewajcie się dalszego ciągu.

Zdjęcie mapy z początku artykułu pochodzi z portalu Ziua de Cluj

Rzymianie, czyli kilka słów o rumuńskiej tożsamości narodowej

W Polsce obchodzono właśnie 1050-tą rocznicę chrztu, który dał początek naszej państwowości. Rumuni mogą na to spoglądać z politowaniem, gdyż w kraju tym powszechny jest mit o ponad dwóch tysiącach lat nieprzerwanej historii. Wszystko przez krótki epizod, kiedy to Dacja stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego.

Kilka faktów jest bezsprzecznych. Dacja rzeczywiście pokrywała się terytorialnie z obecną Rumunią (granica południowa i zachodnia oparta była na Dunaju wschodnia na morzu, różnią się opinie co do części północnej). Faktycznie, kraina ta stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego (od 106 do 271 roku naszej ery), gdy została ona podbita przez Trajana. Czy jednak można mówić o bezpośrednim pokrewieństwie ówczesnych mieszkańców tamtych ziem ze współczesnymi Rumunami? Czy nieco ponad 150 lat mogło sprawić, że cała ludność dacka została zromanizowana? Śmiem przypuszczać, że nie. Ale dla Rumunów ten krótki okres stanowi mit założycielski dla współczesnego kraju.

Jedna z prób okreslenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii. Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen - "Droysens Historischem Handatlas", 1886
Jedna z prób określenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii.
Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen – „Droysens Historischem Handatlas”, 1886

Od omawianego okresu obecna Rumunia była swego rodzaju pograniczem pomiędzy Polską, Turcją a Węgrami. Transylwania (Siedmiogród) była na przykład od X wieku we władaniu węgierskim, potem na przełomie XVI i XVII wieku zajęta była przez Turków, po czym z powrotem trafiła w ręce Węgierskie. W Polsce na lekcjach historii ziemie te pojawiają się rzadko, a jeśli już to w kontekście pochodzenia Stefana Batorego. Mołdawia i Wołoszczyzna wzmiankowane są z kolei  w kontekście polskiego lenna (Hospodarstwo Mołdawskie i Wołoskie).

Gdzie ta Rumunia? Powyższa mapa (XIV – XV wiek) pokazuje, jak poszczególne części obecnej Rumunii musiały zmagać się z wpływami obcych mocarstw – czyli Polski, Turcji i Węgier. Źródło: Fragment mapy firmy E-MM Magdalena de Lange, Maciej Gąsiorowski

Jedyny moment zjednoczenia obecnych ziem rumuńskich nastąpił w 1599 roku. Dokonał tego Mihai Viteazul (Michał Waleczny), a jego panowanie nad Mołdawią, Transylwanią i Wołoszczyzną trwało mniej więcej rok.

romania-1601
Ziemie zjednoczone pod berłem Michała Walecznego. Źródło mapki: www.romania-insider.com

Wystarczyło to jednak, aby pomnik władcy pojawiał się w każdym większym mieście Rumunii (mają chyba jeden odlew, bo wszędzie wygląda on tak samo).

mihai-viteazul-cluj-napoca
Mihai Viteazul w pełnej krasie. Na pierwszym planie wieczny ogień, w tle klasyka gatunku – modernistyczny blok przyozdobiony neonami.

Stałe scalenie księstwa mołdawskiego i wołoskiego nastąpiło dopiero pod koniec XIX wieku. Od 1859 roku Mołdawia i Wołoszczyzna rządzona była przez Aleksandra Jana Cuzę (Alexandru Ioan Cuza – potem jako Alexandru Ioan I), jednak był on uzależniony od Turcji. W efekcie wojny rosyjsko – tureckiej powstało zaś niezależne państwo rumuńskie. Kraj uznano w 1878 roku, a w 1881 na pierwszego króla koronowano Karola Hohenzollerna – Sigmaringen. Wtedy też rozpoczęto proces wtórnego romanizowania języka, który przez wieki stał się mieszanką słów pochodzenia łacińskiego i słowiańskiego. Te ostatnie zastępowano na przykład odpowiednikami z włoskiego czy francuskiego. Ostały się jednak takie słowa jak ceas (czas – zegar), da (da – tak) czy mașină (maszina – samochód)*, które przypominają o olbrzymich wpływach słowiańskich na tych ziemiach.

* A jednak nie, bo kolega z Klużu zwrócił mi uwagę, że nie jest to słowo pochodzenia słowiańskiego. Błąd dosyć oczywisty – kajam się 🙂

Granice Rumunii w latach 1878 - 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: "Andrees Handatlas", Velhagen & Klasing, 1901.
Granice Rumunii w latach 1878 – 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: „Andrees Handatlas”, Velhagen & Klasing, 1901.

Zabiegi romanizacyjne kontynuowano także w okresie międzywojennym, kiedy to Rumunia zyskała Transylwanię i obecną Republikę Mołdawii. Pełnymi garściami czerpano wtedy, jak i wcześniej zresztą, ze wzorców francuskich. Przynależność do rodziny krajów romańskich jest zresztą do dzisiaj bardzo silna. Dla leżącej na uboczu Rumunii są one niczym „starsze rodzeństwo”.

Romania Mare - dosłownie "Wielka Rumunia" to okreslenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. "Besarabia e Romania".
Romania Mare – dosłownie „Wielka Rumunia” to określenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. „Besarabia e Romania”.

Okres wytężonej pracy na rzecz budowy wspólnej tożsamości narodowej przypadł też na czasy komunizmu. Zwłaszcza po październiku 1971 roku, kiedy to z inicjatywy szacha Mohammada Rezy Pahlawiego Iran obchodził 2500 lecie swojego istnienia. W uroczystościach brał udział między innymi Nocolae Ceaușescu, który podobno był pod wielkim wrażeniem rozmachu, jaki towarzyszył temu wydarzeniu. Postanowił zatem, że coś podobnego należy zorganizować także w Rumunii. Maciej Kuczewski w swojej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” przytoczył pewną anegdotę na ten temat. Otóż dyktator miał rozkazać organizację podobnych obchodów, ale jego asystenci nie dosłyszeli o jaką datę mu chodziło – 2500 czy 2150 lat. Stanęło na tej „skromniejszej” wersji. Efekty działań z tamtych czasów widoczne są do dzisiaj. Cluj (węgierski Kolozsvár, niemiecki Klausenburg) został na przykład przemianowany na Cluj – Napoca, od nazwy mającej się tu znajdować rzymskiej faktorii o tej nazwie. W tym, jak i w wielu innych miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać też kopie pomników wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa*

*I znowu nie do końca, bo ta Klużańska wilczyca jest z lat dwudziestych!

wilczyca-cluj-napoca
Wilczyca kapitolińska? Nie – Klużańska, a raczej Klużańsko – Napocka :).

Cała te legenda mówiąca o pochodzeniu Rumunów wydaje się mocno naciągana. Daleki jestem jednak od tego, aby ją krytykować. Mit o wspólnym, rzymskim pochodzeniu, pozwolił bowiem na scalenie kraju składającego się z trzech odmiennych regionów. Płaska jak stół, leżąca nad Dunajem Wołoszczyzna to kraina, w której czuje się wpływy bałkańskie. Mołdawia (część znajduje się w Rumunii, część jest obecnie Republiką Mołdawii) to z kolei etniczny tygiel, w którym wpływy słowiańskie były najsilniejsze.

Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie "udające" starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.
Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie „udające” starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.

A Transylwania? Dziesięć wieków niemal ciągłego panowania węgierskiego sprawił, że rumuńscy chłopi byli tam mieszkańcami drugiej kategorii. Obecnie to tutaj najsilniej zaznacza się wszelkie ślady rumuńskiej bytności. Widać to zarówno po drewnianych kościołkach stawianych wśród bloków, jak też po eksponowaniu „rzymskich” pomników w każdym niemal mieście. Miejscem o specjalnym znaczeniu są zaś pozostałości po Sarmizegetusie – stolicy dawnej prowincji.

Ruiny amfiteatru zlokalizowane w starożytnej Sarmizegetusie Ulpia Traiana. Trochę podrasowane, ale i tak robią wrażenie. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.
Sarmizegetusa Ulpia Traiana. Trochę podrasowane ruiny, ale i tak robią wrażenie. Różnego rodzaju obiektów jest tam znacznie więcej. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.

Trudno zatem się dziwić, że to właśnie do czasów Dackich odniesiono się, tworząc wspólną narodową legendę. Obecnie mit ten jest bardzo silnie zakorzeniony u mieszkańców całego kraju. Choć czasem jest to wręcz uciążliwe, gdy podczas rozmów o historii usłyszeć można kompletne bzdury. Któregoś razu powiedziałem rumuńskiemu koledze, że przez 150 lat nie było możliwe, aby plemiona dackie przejęły język, obyczaje i rzymską tożsamość. „Nasz język jest tak podobny do łaciny, że najpewniej to łacina wywodzi się od rumuńskiego. I dlatego też integracja przyszła tak łatwo” – usłyszałem w odpowiedzi. W takich wypadkach nie warto wchodzić w głębsze dyskusje.

 

 

Rumuni wyszli na ulice – „korupcja prowadzi do śmierci”

Tragedia, jaka rozegrała się w Bukareszcie, znalazła swój finał na ulicach rumuńskich miast. Po wczorajszym marszu w Bukareszcie, w którym wzięło niemal 30 tysięcy ludzi, wściekli Rumuni opanowali centra innych miejscowości – w tym Klużu. Manifestacje odbywają się w sposób spontaniczny i, jak zapewniają uczestnicy, nie stoi za nimi żadna polityczna formacja.

5

Senatorowie pod sąd, bez specjalnych emerytur

Potwierdzają to hasła, które były skandowane przez tłum, które ogólnie można z grubsza określić jako „antysystemowe”: „„Więcej szpitali, mniej kościołów”, „korupcja prowadzi do śmierci”,  „wszyscy politycy to śmiecie”, „senatorowie pod sąd, bez specjalnych emerytur” czy „wszyscy chcą zmian, ale nikt nie chce się zmienić”. A także wiele innych, których nie wypada cytować. Szczegółowo o przyczynach protestów opowiedział mi Adrian Dohotaru, lokalny dziennikarz i aktywista. Ocenił on, że ludzie są po prostu wściekli:

– Oczekiwania są spore. Od reformy służby zdrowia, poprzez większą kontrolę nad działaniami polityków, po walkę z korupcją. Nie można więc jednoznacznie ocenić, czy te demonstracje są prawicowe czy też lewicowe – tłumaczył mi Adrian Dohotaru.

7

Jak to się zaczęło?

W piątek 30 października w bukaresztańskim klubie Colectiv miał miejsce koncert metalowy, podczas którego odpalono sztuczne ognie. Cała sala w ekspresowym tempie zaczęła płonąć, zaś ludzie tratowali się próbując dojść do jedynego otwartego wyjścia. Początkowy bilans 27 ofiar wciąż rośnie – na dzisiaj potwierdzono śmierć 33 młodych ludzi. Po tragedii ludzie zaczęli gromadzić się w centrach większych miast w geście solidarności z ofiarami.

3

33 życia aby zobaczyć, jak bardzo są niekompetentni

Szybko okazało się, że właściciele Colectiva (związani towarzysko i interesami z lokalnymi władzami) oszczędzili na izolacji używając do tego celu łatwopalnej pianki poliuretanowej. Klub nie spełniał też norm przeciwpożarowych. Mimo to, nikt nie robił problemu z pozwoleniami na organizowanie tam imprez masowych. Nie minęło więc wiele czasu, gdy spontaniczne spotkania zaczęły się przeradzać w demonstracje przeciw władzy. Wiele wskazuje na to, że nie są one inspirowane przez żadną siłę polityczną.

Czy leci z nami pilot?

W Klużu ludzie spotkali się pod pomnikiem króla Macieja Korwina znajdującym się w ścisłym centrum, gdzie od zeszłotygodniowej tragedii palone są znicze i składane kwiaty. Po godzinie 18:00 tłum coraz bardziej gęstniał. Ludzie stali w grupkach, czekając na rozwój wydarzeń. Ktoś spontanicznie rozdawał świeczki, ktoś inny wydrukował kilkadziesiąt antyrządowych haseł na kartkach papieru. Po chwili pojawiło się kilku, najwyraźniej samozwańczych, przywódców. Poznać ich można było po megafonach trzymanych w rękach. Pytałem wielu osób naokoło, także dziennikarzy, kim oni są. Nikt nie był w stanie odpowiedzieć, ale też nikogo to zbytnio nie obchodziło. Kilkutysięczny tłum rozpoczął marsz przez miasto, zatrzymując się pod siedzibami władz.

4

Robiło to przy tym wielkie wrażenie, jak ten tłum złożony z młodzieży, rodziców z dziećmi i starszych osób (choć najwięcej oczywiście uczniów i studentów) potrafił się zorganizować. Na przykład w pewnym momencie wszyscy – cały plac wypełniony po brzegi ludźmi – uklękli i zamilkli w intencji ofiar pożaru w klubie Colectiv. Potem tłum obszedł stare miasto, skandując różne hasła. Nie było przy tym żadnych incydentów. Jedynie raz ktoś odpalił petardę, ale czyn ten został przez resztę zgodnie wygwizdany i wybuczany. Niesamowite wrażenie zrobił też przejazd karetki. Kilkutysięczny tłum rozstąpił się na dwie strony ulicy przepuszczając pogotowie, machając i bijąc brawo.

Co dalej?

Co dalej wyniknie z protestów? Początkowo domagano się między innymi ustąpienia premiera – socjaldemokraty Victora Ponty. Dzisiaj, tj. w środę rano, podał się on do dymisji. Dzisiaj tłum żądał już więcej – rozwiązania parlamentu i szeroko pojętego „osądzenia” wszystkich polityków. Zapytałem jednego z uczestników, czy hasła te dotyczą też Klausa Iohannisa – obecnego prezydenta kraju, z którym spotkał się wczoraj Andrzej Duda:

– Nie mamy nic przeciwko Iohannisowi. On podczas ostatnich wyborów też wystąpił przeciwko obecnej sytuacji – powiedział mi młodzieniec imieniem Vladorus. – Ale cały parlament powinien zostać rozwiązany – dodał.

2

Wydarzenia z Rumunii przypominają mi sytuację sprzed kilku lat, jaka miała miejsce na Węgrzech. Tam protesty doprowadziły do odsunięcia od władzy socjalistów, na czym skorzystał obecny premier Victor Orban. Czy zmiany w Rumunii skończą się przejęciem władzy przez lewicę czy prawicę, tego nie wiadomo. Z pewnością jednak kraj ten zyska na usunięciu polityków, których mentalność tkwi jeszcze głęboko w słusznie minionej epoce.

6

P. S. Przepraszam za słabą jakość zdjęć. Dysponowałem jedynie telefonem.

Rumuńskie drogi

Stan dróg w Rumunii bardzo mile mnie zaskoczył. Inną sprawą jest styl jazdy tutejszych kierowców. Myślałem, że historie znajomych są przesadzone – teraz wiem, że bywa znacznie gorzej… Choć zdarza się wiele wesołych sytuacji.

Przyjechaliśmy do Rumunii ledwo dwa miesiące temu. Po przekroczeniu granicy przywitały nas kominy fabryk w Oradei (węg. Nagyvarárad) i szeroka, czteropasmowa droga. Przebicie się przez miasto poszło gładko. Bardziej stresujący był 160 kilometrowy odcinek pomiędzy Oradeą a Klużem, który ciągnie się przez góry i wiele małych miejscowości. Wbrew obiegowym opiniom, drogi mają tutaj bardzo dobre. Nawierzchnia na głównych trasach jest idealnie gładka, do tego wiele podrzędnych odcinków jest remontowanych. Na zdjęciu poniżej – droga z Klużu do Turdy.

20150919_122621

Przez pierwsze kilometry podróży przez Rumunię z tyłu głowy cały czas miałem jednak historie znajomych, którzy opowiadali o tutejszych policjantach domagających się łapówki przy byle okazji. Dlatego też starałem się jeździć w miarę przepisowo. Wkrótce się jednak okazało, że na znaki i ograniczenia nikt tutaj specjalnie nie zwraca uwagi. Kierowcy zwalniają jedynie, gdy przy trasie stoi drogówka. A o tym, że stoi, informują nadjeżdżający z naprzeciwka mrugając światłami. Oczywiście, są jeszcze fotoradary, ale z tego co się zorientowałem żaden z nich nie działa.

To, jak jeżdżą rumuńscy kierowcy, najlepiej opisał Maciej Kuczewski w znakomitej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” opisującej Rumunię z perspektywy korespondenta PAP-u w ostatniej dekadzie rządów Geniusza Karpat (swoją drogą polecam, świetny materiał). Choć opis ten wydaje mi się aż nadto przerysowany, to oddaje tutejsze realia:

Zasady poruszania się po stolicy Rumunii przetrwały próbę czasu i zmianę ustroju. Nawet na najruchliwszych skrzyżowaniach baczniej niż w światła należy się wpatrywać w oczy innych kierowców i z nich wyciągać właściwe wnioski: „Kiedy ruszy? Czy przepuści? Czy jest bardziej zdeterminowany?” itd. Stojąc grzecznie na ulicy podporządkowanej, można tak stać do końca świata: „Nie wpycha się, to znaczy, że się mu nie spieszy; jeśli się wpycha, to trzeba go przepuścić, choć nie zaszkodzi mu nawymyślać, nawygrażać i natrąbić”. Zmieniając pas, można wystawić migacz, ale ważniejsze jest bezkolizyjnie, w odpowiednim momencie, wepchać się między dwa pojazdy na sąsiednim pasie. „Skręcając nie pokazałem migacza? No przecież głupi by się domyślił, że tu będę skręcać; że w lewo z prawego pasa? A co to za różnica? Zresztą, z lewego w lewo każdy potrafi”.

Wprawdzie Autor odnosi się do ruchu ulicznego w Bukareszcie, jednak w innych miastach – a także poza nimi – sytuacja wygląda podobnie. Pas do skrętu w lewo? Nic się nie stanie, gdy użyjesz go do wyprzedzania. Czerwone światło? Jeśli jest korek, to może nikt nie zauważy jak sobie przejedziesz. Tym bardziej, gdy jedziesz taksówką.

Ciekawa jest także obserwacja dróg poprowadzonych przez mniejsze miejscowości, na których są dwa pasy w jednym kierunku. Początkowo, zgodnie z przepisami, jechałem prawym. Potem okazało się, że tak robią tylko skończeni frajerzy. Wszyscy cisną lewym, dopóki ktoś nie zechce z niego skręcić. Wtedy cała ławica samochodów wbija się na prawy, próbując się między sobą wyprzedzać i trąbiąc. Poza tym prawy pas służy do włączania się do ruchu (z reguły bez patrzenia, czy ktoś nim jedzie), a także nieoczekiwanego zatrzymywania (bo co z tego, że można zjechać na pobocze?). Trąbienie to zresztą zupełnie inna kwestia – klaksonu używa się tutaj żeby kogoś zrugać, ale też żeby pomachać znajomym. Czasami wydaje mi się też, że wielu kierowców trąbi ot tak sobie – bez wyraźnego powodu.

Osobny artykuł można by napisać o wyprzedzaniu. Czasami żałuję, że nie mam wideorejestratora – mógły z tego powstać drastyczny materiał. Wiele razy zdarzyło się na przykład, że na krętych górskich drogach ktoś nagle mija nas lewym pasem. Bywa i tak, na przykład gdy droga z naprzeciwka ma dwa pasy, że auto które nas wyprzedza jest jeszcze wyprzedzane przez mistrza kierownicy jadącego pod prąd. Jadący z naprzeciwka uciekają wtedy na prawy pas – oczywiście trąbiąc. Niedużo czasu zajęło mi odkrycie, że najlepiej jest jeździć „na sponsora” – wybrać kierowcę jadącego szybko, ale w miarę bezpiecznie i trzymać się go na trasie. Oprócz drogowych wariatów i osób jeżdżących normalnie spotyka się tu też oczywiście różnego rodzaju zawalidrogi. Oprócz znanych z polskich dróg „bab” i „dziadków” natrafić można także na krowy, konie, a także wozy. Wyglądają malowniczo, ale bywają niebezpieczne – zwłaszcza po zmroku.

20150902_143221

20150902_163445

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że kilka rzeczy zaskoczyło mnie tutaj bardzo pozytywnie. Mimo korków, po mieście jeździ się całkiem sprawnie. Jeżeli na przykład kierowca przede mną nagle zdecyduje się zatrzymać na środku drogi żeby pójść do kiosku po fajki, to łatwo jest z powrotem włączyć się do ruchu. Cieszy też stosunek do pieszych. Przejście przez ulicę nie jest tutaj igraniem ze śmiercią, jak na przykład na Ukrainie. Z ciekawostek, zaskakuje tutaj powszechna umiejętność jazdy po rondzie mającym kilka pasów. W Polsce wygląda to tak, że niemal wszyscy cisną się na zewnętrzym pasie i objeżdżają nim całe skrzyżowanie. Co więcej, dwupasmowe drogi zwężają się często przed rondem, przez co taki manewr wydaje się być najbardziej pożądany. Tutaj sprawa jest jasna – jedziesz prosto albo w lewo, korzystasz z wewnętrznych pasów. Z prawego pasa jeździ się na wprost lub (częściej) w prawo. Wszyscy to tutaj rozumieją i na rondach nie widziałem do tej pory żadnej stłuczki.

Ano właśnie, odnośnie stłuczek i wypadków. Początkowo wydawało mi się, że mimo tego całego szaleństwa, nie ma tutaj zbyt wiele wypadków. Niestety byłem w błędzie. Mimo, że jeżdżę tutaj głównie weekendami, widziałem już trzy poważniejsze wypadki. Zwłaszcza jeden był tragiczny. Na prostej drodze najechały na siebie trzy samochody, przez co wytworzył się korek. Potem okazało się jednak, że auta te zderzyły się przez to, że pierwsze z nich nagle zaczęło hamować przez właściwym korkiem – spowodowanym przez tira, który nie wyrobił na zakręcie i staranował dwa inne auta. Cud, że tylko jedna osoba zginęła. Zdjęcie z serwisu monitorulcj.ro.

monitorulcj.ro
Ten wypadek zachęcił mnie do sprawdzenia statystyk. Okazało się, że faktycznie nie jest tak różowo, jak mi się początkowo wydawało. Jeśli chodzi o unię europejską, Rumunia ma największy wskaźnik śmiertelnych wypadków – 92 osoby na milion mieszkańców rocznie. Pomiędzy 2010 a 2013 rokiem zaobserwowano wprawdzie spadek o 9%, ale liczby wciąż dają do myślenia. Cóż, gdyby ktoś się wybierał w te strony – polecam uważać na drogach.

Na koniec rzecz dla malkontentów, którzy narzekają na kierowców zastawiających chodniki. Cóż, u nas zwyczaj ten powoli zanika. Tutaj prawie nikt nie robi z tego powodu problemu. W skrajnych przypadkach można otrzymać naklejkę, jak na zdjęciu poniżej. Tutaj była ona karą za postój na ścieżce rowerowej.

20151006_165608

Właściciele posesji dbają jednak o to, aby nie zastawiać im bram. Na prawie każdej widnieje napis „Nu Parcaţi”. Czasami tabliczki przybierają bardziej stanowcze formy, jak poniżej.

20151024_132734
Generalnie jednak parkowanie przybiera tutaj najbardziej dowolne formy. Kwintesencją była odpowiedź sąsiada, gdy – nie chcąc być niemiłym – zapytałem, czy mogę zostawić na parę godzin auto pod jego oknem: „Park wherever you want. Nobody cares”.

20150917_115703

20151021_211128

Pierwszy list z Transylwanii

Założyłem niniejszego bloga mając w głowie masę pomysłów na artykuły. Problemem jest natomiast napisanie wstępu, w którym mógłbym „wytłumaczyć” się z popełnienia tego czynu. Na pewno sporym impulsem był wyjazd do Rumunii, gdzie aktualnie przebywam. To jednak nie wszystko.

Aby uniknąć późniejszych kłótni w rodzinnym gronie, od razu się przyznaję – tak, to mój najwspanialszy kuzyn Daniel mnie namówił, abym spisywał swoje przeżycia w tym dzikim z pozoru kraju. Dlaczego dzikim, a dlaczego z pozoru dzikim? Da się tutaj zauważyć wiele sprzeczności. Z jednej strony na drogach można minąć furmankę zaprzężoną w woły, z drugiej zaś internet od byle dostawcy jest sto razy szybszy niż neostrada we Wrocławiu. To jednak tylko jeden z dziesiątków przykładów, jak ciekawy i zróżnicowany jest to kraj.

Pomysł przyjazdu tutaj zrodził się jakoś na początku lipca. Dla mnie, jako „wolnego strzelca” przeprowadzka nie była problemem. Okazało się jednak, że Ania szybko znalazła tutaj pracę w korpo – i oto jesteśmy! Tak więc to właśnie Rumunia i okolice będą głównymi bohaterami kolejnych wpisów. Jestem jednak przekonany, że prędzej czy później wrócę do Polski na stałe. Czy to się stanie za kilka tygodni, czy miesięcy? Zobaczymy, jak będzie się układać z pracą którą wykonuję zdalnie. A przede wszystkim, kiedy kontakty na skajpie i fejsbuku z rodziną i znajomymi przestaną być wystarczające. Na razie jednak jestem tutaj, w Cluj – Napoca (po węgiersku Kolozsvar) i postaram się opowiedzieć nielicznym jak sądzę Czytelnikom, czego można tutaj doświadczyć.

P.S. Nie uważam się za podróżnika. Podróżnicy to byli w XIX wieku, gdy przemieszczanie się po kuli ziemskiej wymagało czasu, odwagi i poświęcenia. Teraz zostali co najwyżej turyści. Tak się jednak składa, że o podróże spora część wpisów będzie zahaczać. Co będzie dalej (w sensie – po powrocie)? Na razie nie mam planów. Pożyjemy, zobaczymy.