Archiwa tagu: Bukareszt

Polska-Rumunia, czyli dlaczego najpewniej nie pójdę już na żaden mecz

Nie jestem fanem piłki nożnej, ale występ naszej reprezentacji uznałem za dobry powód do kolejnych odwiedzin w Rumunii. Niestety, tak jak mecz był niezły, to kibice obu drużyn zademonstrowali niewyobrażalny poziom żenady.

Sam wyjazd postaram się opisać w osobnej notce, bo może to być przydatne dla osób planujących kilkudniowy wypad do Rumunii. W ciągu czterech dni udało się nam zobaczyć przełom Dunaju, przejechać przez tamę przy Żelaznych Wrotach, objechać kawałek Serbii i Bułgarii, zobaczyć Bukareszt, parę transylwańskich zamków i zaliczyć miły wieczór w Klużu. No ale póki co skupmy się na meczu.

polska-rumunia-2016-impreuna
Dobre złego początki. Świetna oprawa rumuńskich kibiców z początku meczu, której nie było mi dane zobaczyć. Niestety, później było już tylko gorzej. Źródło: www.romanianultras.net

Już w trakcie drogi z granicy bułgarskiej czytaliśmy artykuły o polskich kibicach, którzy szykowali się do bitwy z Rumunami. Im bliżej stolicy, tym było gorzej. Z godziny na godzinę dowiadywaliśmy się, że wsparcia udzielić mają kibice z Węgier, potem doszły nas słuchy o zdemolowanej knajpie i interwencjach policji. Wciąż jednak byłem przekonany, że obędzie się bez burdy, skoro wynik meczu był raczej przesądzony.

Udany mecz, fajny stadion, ale...
Udany mecz, fajny stadion, ale…

Po dotarciu na stadion napięcie jeszcze bardziej rosło. Od parkingu do wejścia kibicom towarzyszyły oddziały policji wyposażonej w ochraniacze, tarcze, pałki i pistolety na ostrą amunicję. To, a także patrole konne i stojące z boku polewaczki świadczyły o tym, że organizatorzy podeszli do kwestii bezpieczeństwa całkiem serio.

Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion
Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion

Okazało się, że wejście dla polskich kibiców było z drugiej strony stadionu. Na szczęście, nasi rodacy zostawili tajemne znaki na ścianach, które doprowadziły nas do celu. Potłuczone butelki po wódce były zaś czytelnym sygnałem, że jesteśmy na miejscu. Rozpoczął się długi proces sprawdzania, czy aby nie wnosimy do środka materiałów pirotechnicznych, broni, butelek, flag, czy też monet (!) które uznano najwyraźniej za szczególnie niebezpieczny materiał. Jak pokazują zdjęcia z rumuńskich portali kibicowskich, kontrole nie odbywały się bez powodu. Oprócz pirotechniki niektórzy chcieli do środka wnieść pałki, noże i maczety.

Zestaw kibica - czyżby Kraków? :) Źródło: www.romanianultras.net
Zestaw kibica – czyżby Kraków? 🙂
Tradycyjne drzewce od siekier i gazrurki, a także nutka egzotyki w postaci sprzętu ogrodniczego. Źródło: www.romanianultras.net

Efekt był taki, że na trybuny weszliśmy dopiero tuż po pierwszej bramce. Mieliśmy za to doskonały widok na resztę spotkania, gdyż spędziliśmy je na schodach. Okazało się bowiem, że wszystkie (numerowane!) miejsca były zajęte, a kibice szczelnie wypełnili każdy wolny skrawek trybun. Nawet nie chciało nam się przebijać przez ten tłum.

Przed meczem naiwnie sądziłem, że zwycięstwo Polaków jest mniej lub bardziej pewne, dlatego założyłem szalik w barwach rumuńskich. Na miejscu zapiąłem kurtkę aż po samą szyję, bo okazało się że może to grozić wpier***em… Kolega Paweł też pozwolił sobie na żart i zabrał na trybuny flagę Japonii, ale rzecz jasna nikt nie zauważył różnicy.

Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają :)
Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają 🙂

Przyznać trzeba jednak uczciwie, że to rumuńscy kibice wiedli prym jeśli chodzi o „nieeleganckie” zachowania. Petardy latały nie tylko na murawę, co widać było w telewizji. Niektóre trafiały też na nasze sektory, odseparowane szczelnym kordonem policji. Nasi miłośnicy futbolu nie pozostawali dłużni i wykrzykiwali hasła, których cechą wspólną były słowa na K i wyzwiska związane z pewną nomadyczną mniejszością etniczną.

Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-)
Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-). Źródło: www.romanianultras.net

Nasi kibice postanowili też przeprowadzić dyskusję na temat relacji rumuńsko-węgierskich, co przejawiało się w okrzykach „ria ria Hungaria”. W pewnym momencie wszyscy zaś wspólnie ruszyli nawalać się z policją. Szczególną aktywnością wykazywała się grupka Rumunów widoczna na zdjęciu poniżej z racami. Gdy w ruch poszły wyrwane krzesełka, policja wpadła tam zrobić porządek i spałowała najbardziej krewkiego z nich. Wtenczas w niepamięć poszły dotychczasowe konflikty i Polacy darli się „zostawcie kibica, wy k***y zostawcie kibica”. Policjanci chyba nie zrozumieli, bo wywlekli nieszczęśnika w ustronne miejsce wspomagając się pałkami.

Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli...
Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli…

Wraz z upływem czasu było jednak spokojniej i gdy padła trzecia bramka, rumuńskie trybuny były już mocno przerzedzone. W oddali wciąż wyróżniały się jednak dwie gromady rumuńskich kibiców, którzy czekali do końca spotkania. Czekali na siebie nawzajem, bo byli to ultrasi dwóch nienawidzących się stołecznych klubów (Dinamo i Steaua).

Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy
Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy

My jednak nie mieliśmy z nimi kontaktu, gdyż polscy kibice mogli opuścić stadion dopiero kilkadziesiąt minut po meczu. Do bójek jednak najpewniej dochodziło, bo w sieci znaleźć można zdjęcia rumuńskich kiboli z odebranymi Polakom „trofeami”.

mierzyn-flaga-bukareszt-kibole
Rumuńscy kibole i ich trofeum. Źródło: www.romanianultras.net

Drogę na parking wyznaczał szpaler policji, ale tam na szczęście obyło się bez incydentów. Dopiero potem mieliśmy dowiedzieć się, że większość bójek polskich kibiców odbywało się… pomiędzy nimi samymi. Nawet na samych trybunach dochodziło do wyzwisk i przepychanek – zapewne z bardzo ważnych powodów.

Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net
Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net

Wszystko to sprawiło, że czym prędzej zapragnęliśmy opuścić Bukareszt. Rankiem dotarliśmy do Bran, gdzie również zjawili się nachlani troglodyci deklarujący śmierć wrogom ojczyzny. Poza Bukaresztem nie spotkałem natomiast żadnych rumuńskich kiboli, a ludzie z którymi rozmawiałem mieli podobne odczucia – że ich reprezentacja to katastrofa, a zachowanie kibiców było poniżej wszelkiej krytyki.

polacy-bojka-kibicow-rumunia
Z twarzy tego faceta można wyczytać pytanie bez odpowiedzi – „co ja tutaj, k***a, robię? Ja też nie wiem. Źródło: www.romanianultras.net

W ten oto sposób będąca w mniejszości grupka debili obu narodowości sprawiła, że już być może nigdy nie pójdę na żaden mecz polskiej reprezentacji.

Paryż Wschodu

Dawniej Warszawa była nazywana Paryżem Północy, zaś Bukareszt Paryżem Wschodu. Piękno naszej stolicy zostało mocno nadszarpnięte w wyniku fatalnej decyzji o wywołaniu powstania. Katem Bukaresztu stał się natomiast Geniusz Karpat, który zarządził bardzo daleko idącą przebudowę centrum. Zacznijmy jednak od początku.

Jadąc z Sybinu do Piteşti dostajemy się do innego świata. Z górzystej i pofałdowanej Transylwanii człowiek nagle wjeżdża na płaską jak stół Wołoszczyznę. I nawet autostrady jakby tutaj kompletniejsze. Całe 350 kilometrów w jednym kawałku! Można nie zauważyć, kiedy kończy się autostrada, a kiedy zaczynają ulice Bukaresztu. Kilkupasmowa droga z Piteşti wpada bowiem wprost do miasta, mijając po drodze obwodnicę. Przez kolejnych kilka kilometrów sunie się wśród wątpliwej urody bloków, stając co chwilę w korku. Jak się miało okazać w trakcie pobytu, korki to zresztą tutejsza codzienność. Mimo że ulice mają z reguły po kilka pasów w jedną stronę, a pod ziemią znajduje się kilka nitek metra. Przytłaczająco wyglądały zwłaszcza place – istne oceany asfaltu, przez które niekiedy nie wiadomo jak dostać się na drugą stronę.
wiezowce-bukareszt

bukareszt-korki

W końcu jednak, co chwilę przystając na światłach, trafiliśmy do centrum skąd był rzut beretem do Palatul Parlamentului, czyli dawnego Casa Populurui. Mówcie co chcecie, ale budynek robi niesamowite wrażenie. Wygląda trochę jak spłaszczony Pałac Kultury i Nauki i cieszy się on tutaj równie ponurą sławą. To tutaj Ceauşescu przemawiał do ludu. Także ten ostatni raz, gdy ów lud się zbuntował i postanowił zrobić z nim porządek.

palac-ludowy-bukareszt
Pałac Parlamentu

Z balkonem, który służył za mównicę, związana jest jeszcze jedna historia. W latach 90-tych przemawiał stamtąd Michael Jackson, który pomylił Bukareszt z Budapesztem. Nie on jeden zresztą. Miejscowi lubią opowiadać historię sprzed kilku lat, kiedy to w stolicy Węgier pojawiło się kilkuset zdezorientowanych fanów piłki nożnej. Szukali oni stadionu, na którym miał się odbyć mecz Athletico Bilbao z Atletico Madrid. Ten miał rzecz jasna miejsce kilkaset kilometrów dalej…

Bulevardul-Unirii-Casa-Poporului
Pałac parlamentu z widocznym Bulwarem Zjednoczenia. Żródło: http://www.bucurestilive.ro/

No ale wróćmy do tematu. Od pałacu ciągnie się promenada, otoczona z obu stron budynkami mieszkalnymi o bardzo dziwnej architekturze – Bulevardul Unirii, dawniej Victoria Socialismului. Taki socrealizm, ale bardzo widowiskowy i prestiżowy. W założeniu miały być to tutejsze Pola Elizejskie, tylko bardziej dostojne (do tego o całe sześć metrów dłuższe i o metr szersze!). To jednak jest tylko fasada, za którą odkryć można stary, dobry Bukareszt – co zresztą widać na załączonym zdjęciu z lotu ptaka. Maleńkie domy mieszkalne, kościółki, a nawet zwykłe drewniane budy. Takie widoki można znaleźć tuż przy pałacu, gdy tylko zajrzy się na tę „gorszą” stronę promenady.

bukareszt-za-fasada
„Urokliwe” zaplecze najbardziej reprezentacyjnej ulicy Bukaresztu
bukareszt-za-fasada
Bulevardul Unirii od tej mniej reprezentacyjnej strony
bukareszt-za-fasada
Swojski widok na jednej z ulic. Tutaj zachowała się jeszcze architektura z przełomu XIX i XX wieku.

Tam też natrafiliśmy na miłą lokalną knajpkę. Nie mogliśmy się powstrzymać przed wejściem. W środku wystrój żeglarski i może cztery stoliki. Trochę egzotyczny widok jak na takie miejsce, ale zeszło to na drugi plan. Najistotniejsze były ceny. Za piwo trzeba było zapłacić 6 złotych, co oznacza cenę wysoką jak na Rumunię, niską jak na Wrocław. I w sumie w kolejnych knajpach było podobnie. Zarówno jedzenie jak i alkohol kosztują tam tyle samo co w stolicy Dolnego Śląska. Był to bardzo duży wstrząs przed powrotem, który czeka nas już niebawem :).

bar-danna-bukareszt
Bar, który mogę śmiało nazwać „moim ulubionym”. Jeśli będę jeszcze kiedyś w Bukareszcie, to bankowo wpadnę.

Po wizycie w urokliwej knajpce trzymaliśmy się już głównie w ścisłym centrum. Tam nadal można przenieść się do owego „Małego Paryża” albo „Paryża Wschodu” – co chwilę natrafić można na przepiękne budowle secesyjne, które jednak sąsiadują z blokami i modernistycznymi koszmarkami pełniącymi przeróżne funkcje. Na obronę tej architektury trzeba jednak oddać, że jest ona „lepszego sortu” – przynajmniej jak na betonową architekturę komunistyczną.

bukareszt-architektura
Sam nie wiem. Czy to brzydki budynek sprzed wojny, czy też ładny z czasów komuny?
bukareszt-secesja
Na szczęście tego typu architektury też jest tam całkiem sporo…
paryz-wschodu-bukareszt
Starsza część Bukaresztu, bez komunistycznych wrzodów.

Byliśmy też przy łuku triumfalnym wzorowanym na tym paryskim i w  pobliskim parku. Tereny zielone to zresztą osobny temat, bo te w Bukareszcie są po prostu olbrzymich rozmiarów. Zimowa aura nie sprzyjała jednak ich zwiedzaniu. Przy jednym z parków znajduje się muzeum rumuńskiej wsi, ale odwiedzanie go nie miało większego sensu. Przez ostatnie półroku odwiedziliśmy bowiem tych wsi całe mnóstwo i mogliśmy zobaczyć podobne domostwa w oryginale, także wewnątrz. Zresztą – i tak było zamknięte . W dodatku czas naglił, gdyż koniecznie chciałem zdążyć do muzeum militariów.

luk-tryumfalny-bukareszt
Łuk Tryumfalny. Brak samochodów to zupełny przypadek.
muzeum-wsi-bukareszt
Rumuni uwielbiają eksponować swoją tradycyjną architekturę. Mimo, że tego typu skanseny często ocierają się o kicz.

Spędziłem w nim łącznie parę godzin, ale naprawdę warto. Sporo jest tam bowiem eksponatów, które dla nas są istnymi rarytasami. Na przykład oryginalne uzbrojenie rzymskie, a z nowszych czasów broń rumuńska, serbska czy węgierska – w Polsce rzadka. Pośród tysięcy sztuk karabinów, pistoletów i granatników można zaś natrafić na takie rarytasy jak polski przedwojenny pistolet maszynowy Mors. Bodaj jeden z trzech zachowanych egzemplarzy!

pistolet-maszynowy-mors-bukareszt
Legendarny Mors (to od śmierci, nie od zwierzęcia). Zdjęcie pożyczyłem z całkiem ciekawej strony krajobraz-po-bitwie.blogspot.com.

Zdjęcie ukradłem z innej strony dlatego, że używanie aparatu w muzeum to koszt około 50 złotych. Może to cebulactwo, ale pobieranie opłat za zdjęcia w muzeach jest dla mnie zwyczajnie głupie i nie zamierzam się do tego dokładać. Zrobiłem tylko jedno zdjęcie „nielegalnie”, żeby pokazać ile sprzętu jest nagromadzonego na samym podwórku.

muzeum-militariow-bukareszt
50 z jakichś 1200 eksponatów Muzeul Militar.

Większość czasu spędzaliśmy jednak na spacerach. Wbrew wyobrażeniom miasto nie jest bowiem aż tak duże (porównywalne do Wrocławia, tyle że ludność upchnięta jest w wielkich blokach), co sprzyjało przemieszczaniu się na piechotę. Mamy więc w Bukareszcie masę architektury komunistycznej, ale zachowały się też istne perły secesji. Przez miasto prowadzą szerokie na osiem pasów arterie, lecz z drugiej strony nigdzie nie widziałem tak rozległych parków. Tego typu kontrastów można wymieniać bez końca, nie zapominając oczywiście o sporej liczbie ćpunów żebrzących na ulicach.

bukareszt-secesja-pasaz
Wspaniały secesyjny pasaż. Coś podobnego jest także w Oradei (Nagyvarad) tuż przy granicy z Węgrami.

„To prawdziwa stolica. Posiada właściwy rozmach, rozległość, majestat i beztroskę w marnowaniu przestrzeni” – cytat ten należy do nijakiego Claudio Magrisa, a znalazłem go w książce „Rumunia. Przestrzeń, sztuka, kultura”. Moim zdaniem w dobry sposób oddaje on klimat miasta. Co do książek zaś, to napisano ich o Bukareszcie sporo. Z ostatnio wydanych znane są między innymi „Paryże innej Europy. Warszawa i Bukareszt, XIX i XX wiek”, oraz „Bukareszt. Kurz i krew”. Obie zamierzam dopiero przeczytać. Znajomi polecali bowiem, aby najpierw poznać miasto na własną rękę. Żeby się nie zniechęcić :).

Upadek „Słońca Karpat”

27 lat temu, w Boże Narodzenie 1989 roku, po szybkim procesie został rozstrzelany Nicolae Ceausescu wraz z żoną Eleną.

O rewolucji w Rumunii powstało wiele publikacji, dużo na ten temat można dowiedzieć się nawet z internetu. Sporo ciekawych faktów o ostatnich latach rządów „Geniusza Karpat” opisuje na przykład Maciej Kuczewski w swojej świetnej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” (gorąco polecam). Autor, który przez wiele lat był korespondentem PAP-u w Bukareszcie, w doskonały sposób opisuje absurdy komunistycznej Rumunii. W latach osiemdziesiątych kraj ten, po kolejnych decyzjach światłego władcy, pogrążał się w coraz większym kryzysie. Ludzie musieli zaś znosić coraz bardziej potwornych udręk ze strony władzy, co widoczne było w absurdalnych z dzisiejszej perspektywy dekretów dyktatora.

Zabronione na przykład były jakiekolwiek kontakty z obcokrajowcami (bo mogą wykraść arcyważne tajemnice państwowe) czy korzystanie z pojazdów mechanicznych na wsiach (po co, skoro krowy wykonają taka samą pracę za darmo?). Z drugiej strony mieszkańcy poddawani byli permanentnej inwigilacji. W komunistycznej Rumunii łatwo było o telefon, gdyż każdy montowany od połowy lat osiemdziesiątych aparat miał zamontowany podsłuch. Władza prowadziła też rejestr wszystkich maszyn do pisania (oczywiście nie każdy mógł takową posiadać). Tworzono w tym celu archiwa, w których znajdowały się próbki czcionek każdego egzemplarza. Ceausescu sądził bowiem, że uda się dzięki temu namierzać opozycjonistów kolportujących wywrotowe publikacje.

To oczywiście jedynie krótki wybór paru bardziej charakterystycznych przykładów tego, jak potworną dyktaturę zafundował swoim rodakom syn szewca – absolwent kilku klas szkoły podstawowej. Nic dziwnego, że naród ten miał w pewnym momencie dość ciągłych poniżeń. W efekcie, za przykładem innych państw bloku wschodniego, w połowie grudnia 1989 roku wybuchła rewolucja. Początkowo protesty pojawiły się w Timisoarze. Ich brutalne zdławienie przyczyniło się zaś do eskalacji napięcia. Bardzo charakterystyczne jest nagranie z ostatniego przemówienia Ceausescu z 21 grudnia, na którym słychać coraz bardziej emocjonalne reakcje wzburzonego tłumu. Nie pokazano tego jednak na nagraniu. W momencie, gdy tłum rzucił się pod trybuny, operatorzy kierowali kamery ku niebu.

W kolejnych dniach konflikt eskalował. W rumuńskich miastach prowadzone były wręcz regularne walki. Rumuni po czasie mieli się zorientować, że uliczne protesty zostały wykorzystane do obalenia dyktatora i przejęcia władzy przez jego przeciwników – głównie Iona Iliescu, który został potem prezydentem (po przerwie w latach 1996 – 2000 został ponownie wybrany na ten urząd. Stąd nie dziwią poglądy podobne do tych znanych w Polsce, że obalenie dawnego reżimu nie zostało ukończone i uniemożliwiło np. późniejszą lustrację. Więcej w krótkim dokumencie poniżej.

W przeciwieństwie do swoich partyjnych towarzyszy, sam Ceausescu skończył marnie. Po ucieczce z Bukaresztu został schwytany wraz z żoną przez milicjantów. Podobno początkowo sądził, że chronią go oni przed rebelią. Oboje zostali jednak pospiesznie osądzeni i rozstrzelani. Wszystko zarejestrowano kamerą i pokazywano wielokrotnie w telewizji. Chciano przy tym zachować pozory humanitaryzmu. Przed egzekucją podano na przykład dyktatorowi insulinę, gdyż był diabetykiem (polska wikipedia błędnie informuje, że zbadano mu tylko ciśnienie krwi). Chwilę później dyktatorską parę bez ceregieli jednak rozstrzelano. Egzekucji wykonała grupa żołnierzy, strzelając z bliskiej odległości seriami z kałasznikowów. Film poniżej jest dosyć drastyczny.

Jak pokazały kolejne lata po rewolucji, zabicie dyktatora tak naprawdę niczego nie zmieniło. Dało ludziom jedynie krótkotrwałą satysfakcję, że oto zniknęła para odpowiedzialna za ich cierpienia. Obecnie można jednak odnieść wrażenie, że większość Rumunów negatywnie ocenia tamte wydarzenia.

Rumuni wyszli na ulice – „korupcja prowadzi do śmierci”

Tragedia, jaka rozegrała się w Bukareszcie, znalazła swój finał na ulicach rumuńskich miast. Po wczorajszym marszu w Bukareszcie, w którym wzięło niemal 30 tysięcy ludzi, wściekli Rumuni opanowali centra innych miejscowości – w tym Klużu. Manifestacje odbywają się w sposób spontaniczny i, jak zapewniają uczestnicy, nie stoi za nimi żadna polityczna formacja.

5

Senatorowie pod sąd, bez specjalnych emerytur

Potwierdzają to hasła, które były skandowane przez tłum, które ogólnie można z grubsza określić jako „antysystemowe”: „„Więcej szpitali, mniej kościołów”, „korupcja prowadzi do śmierci”,  „wszyscy politycy to śmiecie”, „senatorowie pod sąd, bez specjalnych emerytur” czy „wszyscy chcą zmian, ale nikt nie chce się zmienić”. A także wiele innych, których nie wypada cytować. Szczegółowo o przyczynach protestów opowiedział mi Adrian Dohotaru, lokalny dziennikarz i aktywista. Ocenił on, że ludzie są po prostu wściekli:

– Oczekiwania są spore. Od reformy służby zdrowia, poprzez większą kontrolę nad działaniami polityków, po walkę z korupcją. Nie można więc jednoznacznie ocenić, czy te demonstracje są prawicowe czy też lewicowe – tłumaczył mi Adrian Dohotaru.

7

Jak to się zaczęło?

W piątek 30 października w bukaresztańskim klubie Colectiv miał miejsce koncert metalowy, podczas którego odpalono sztuczne ognie. Cała sala w ekspresowym tempie zaczęła płonąć, zaś ludzie tratowali się próbując dojść do jedynego otwartego wyjścia. Początkowy bilans 27 ofiar wciąż rośnie – na dzisiaj potwierdzono śmierć 33 młodych ludzi. Po tragedii ludzie zaczęli gromadzić się w centrach większych miast w geście solidarności z ofiarami.

3

33 życia aby zobaczyć, jak bardzo są niekompetentni

Szybko okazało się, że właściciele Colectiva (związani towarzysko i interesami z lokalnymi władzami) oszczędzili na izolacji używając do tego celu łatwopalnej pianki poliuretanowej. Klub nie spełniał też norm przeciwpożarowych. Mimo to, nikt nie robił problemu z pozwoleniami na organizowanie tam imprez masowych. Nie minęło więc wiele czasu, gdy spontaniczne spotkania zaczęły się przeradzać w demonstracje przeciw władzy. Wiele wskazuje na to, że nie są one inspirowane przez żadną siłę polityczną.

Czy leci z nami pilot?

W Klużu ludzie spotkali się pod pomnikiem króla Macieja Korwina znajdującym się w ścisłym centrum, gdzie od zeszłotygodniowej tragedii palone są znicze i składane kwiaty. Po godzinie 18:00 tłum coraz bardziej gęstniał. Ludzie stali w grupkach, czekając na rozwój wydarzeń. Ktoś spontanicznie rozdawał świeczki, ktoś inny wydrukował kilkadziesiąt antyrządowych haseł na kartkach papieru. Po chwili pojawiło się kilku, najwyraźniej samozwańczych, przywódców. Poznać ich można było po megafonach trzymanych w rękach. Pytałem wielu osób naokoło, także dziennikarzy, kim oni są. Nikt nie był w stanie odpowiedzieć, ale też nikogo to zbytnio nie obchodziło. Kilkutysięczny tłum rozpoczął marsz przez miasto, zatrzymując się pod siedzibami władz.

4

Robiło to przy tym wielkie wrażenie, jak ten tłum złożony z młodzieży, rodziców z dziećmi i starszych osób (choć najwięcej oczywiście uczniów i studentów) potrafił się zorganizować. Na przykład w pewnym momencie wszyscy – cały plac wypełniony po brzegi ludźmi – uklękli i zamilkli w intencji ofiar pożaru w klubie Colectiv. Potem tłum obszedł stare miasto, skandując różne hasła. Nie było przy tym żadnych incydentów. Jedynie raz ktoś odpalił petardę, ale czyn ten został przez resztę zgodnie wygwizdany i wybuczany. Niesamowite wrażenie zrobił też przejazd karetki. Kilkutysięczny tłum rozstąpił się na dwie strony ulicy przepuszczając pogotowie, machając i bijąc brawo.

Co dalej?

Co dalej wyniknie z protestów? Początkowo domagano się między innymi ustąpienia premiera – socjaldemokraty Victora Ponty. Dzisiaj, tj. w środę rano, podał się on do dymisji. Dzisiaj tłum żądał już więcej – rozwiązania parlamentu i szeroko pojętego „osądzenia” wszystkich polityków. Zapytałem jednego z uczestników, czy hasła te dotyczą też Klausa Iohannisa – obecnego prezydenta kraju, z którym spotkał się wczoraj Andrzej Duda:

– Nie mamy nic przeciwko Iohannisowi. On podczas ostatnich wyborów też wystąpił przeciwko obecnej sytuacji – powiedział mi młodzieniec imieniem Vladorus. – Ale cały parlament powinien zostać rozwiązany – dodał.

2

Wydarzenia z Rumunii przypominają mi sytuację sprzed kilku lat, jaka miała miejsce na Węgrzech. Tam protesty doprowadziły do odsunięcia od władzy socjalistów, na czym skorzystał obecny premier Victor Orban. Czy zmiany w Rumunii skończą się przejęciem władzy przez lewicę czy prawicę, tego nie wiadomo. Z pewnością jednak kraj ten zyska na usunięciu polityków, których mentalność tkwi jeszcze głęboko w słusznie minionej epoce.

6

P. S. Przepraszam za słabą jakość zdjęć. Dysponowałem jedynie telefonem.