Archiwa kategorii: Rumunia

Od niepozornego maila po przewodnik

Był początek czerwca 2016 roku, czyli ponad dwa miesiące od przeprowadzki z Klużu do Wrocławia, kiedy to już planowałem z Anią wakacje w Rumunii. Okazało się, że wybraliśmy odpowiedni moment.

Pewnego dnia pani Agnieszka Marekwica z wydawnictwa Pascal napisała do mnie bowiem niepozornego maila:

Dzień dobry, czy byłby Pan zainteresowany współpracą przy przewodniku po Rumunii?

Też pytanie! Kto by nie chciał? Nasza korespondencja trwała kilka tygodni, w trakcie których omówiliśmy wszelkie warunki współpracy. Przyznam, że dalekie to było od moich wyobrażeń. „Pascal”! Miałem w głowie ogromną salę z kominkiem, przy którym siedzą wąsaci panowie w strojach XIX-wiecznych podróżników, a na ścianach wiszą trofea z dalekich wypraw. Czar pryska, jak wygugluje się siedzibę wydawnictwa w Bielsku-Białej:

Siedziba wydawnictwa Pascal wygląda przyjemnie, ale daleka jest od moich wyobrażeń :)
Siedziba wydawnictwa Pascal wygląda przyjemnie, ale daleka jest od moich wyobrażeń 🙂

Nie zraziłem się jednak ;-). Jadąc w sierpniu do Rumunii odwiedzałem więc kolejne miejsca z myślą o zaprezentowaniu ich w przewodniku. Przyznać muszę, że kilka wyjazdów dalej… nadal nie zwiedziłem wszystkiego, co jest opisane w przewodniku. Planuję dopiero wyprawę do Republiki Mołdawii, nie zapuszczałem się za bardzo w góry, ba – nie byłem też w Timiszoarze, bo zawsze mijając to miasto stwierdzałem, że jeszcze będzie okazja. Niestety, tak to już jest, że wybierając się w podróż trzeba z niektórych rzeczy zrezygnować, żeby obejrzeć inne.

rumunia-i-moldowa-pascal-okladka-tyl-2008
Przewodnik, wydanie z 2008 roku (aktualizację wydano w 2012). Pierwszą rzeczą, jaka przyszła mi na myśl, była zmiana tytułu na Mołdawię zamiast Mołdowy

W trakcie pracy nad przewodnikiem bazowałem na ogromnej ilości danych zebranych przez poprzednich autorów: Witolda Korsaka, Jacka Tokarskiego, Dariusza Czerniaka, Piotra Skrzypca i Wojciecha Śmiei. Dzięki temu znalazły się w nim także te miejsca, których osobiście nie zwiedziłem. Chylę czoła, gdyż spisanie wszystkich tych informacji w czasach, kiedy nie tak łatwo było pozyskać niektóre dane, to naprawdę wielkie dzieło.

praktyczny-przewodnik-rumunia-i-moldowa-pascal-2012
Poprzednie wydanie przewodnika z 2012 roku

Mimo że poprzednie wydanie przewodnika było sporym ułatwieniem, to i tak był to najbardziej wymagający projekt w mojej dotychczasowej karierze. Zmieniona została większość opisów miejsc i regionów, sprawdziłem aktualność wszystkich danych, całkowitej zmianie uległa lista polecanych miejsc – teraz, z racji dostępu do informacji, wymieniałem tylko te najbardziej charakterystyczne, z jakiegoś względu godne uwagi. Poprzednie wydanie przewodnika powstawało bowiem w czasie, gdy w wielu przypadkach można było pomarzyć o dostępie do internetu (a o istnieniu stron pensjonatów czy knajp to już w ogóle).

Wydanie z 2008 roku. Fragment opisu Klużu i przesyt zbędnych informacji
Wydanie z 2008 roku. Fragment opisu Klużu i przesyt zbędnych informacji

W dobie ciągłego dostępu do internetu wymienianie dwudziestu knajp w każdym większym mieście, urzędów pocztowych, księgarni czy kafejek internetowych (:D) jest nonsensem. Opisując najlepsze przykłady miejsc, w których można spędzić noc, zjeść czy napić się piwa, stawiałem więc na autentyzm. Dlatego też w nowym przewodniku znaleźć można ukryte pośród bloków ciekawe knajpki, które – jestem o tym przekonany – nigdy nie pojawiały się w zestawieniach najmodniejszych miejsc do odwiedzenia. Z drugiej strony są tam też restauracje cieszące się największą renomą. Każdy powinien więc znaleźć coś dla siebie, jakby jakimś cudem znalazł się w nowym miejscu bez dostępu do sieci.

rumunia-i-moldawia-michal-torz-pascal-okladka
Okładka przewodnika. Nie pamiętam już, jak ustalaliśmy trzy atrakcje wypisane na dole, ale przyznacie chyba że wygląda to intrygująco 🙂

Dwa bite miesiące były pracą od rana do wieczora, co oznaczało rezygnację z wielu innych zajęć, a nawet odpuszczenie sobie ciekawej oferty pracy. Kolejny miesiąc to dodawanie kolejnych poprawek i korekta. Opłaciło się, bo świeżo wydany przewodnik prezentuje się rewelacyjnie i mam nadzieję, że pomoże osobom chcącym poznać Rumunię.

przewodnik-ilustrowany-pascal-torz
Na bazie przewodnika powstała też skrócona wersja ilustrowana

W przewodniku pojawiło się wiele nowych miejsc, często nie tak oczywistych, jak nawiedzony las Hoia Baciu czy bezimienna (ale przepiękna) błękitna laguna, leżąca z dala od cywilizacji. Dodałem też trochę warownych kościołów, zamków czy rzymskich ruin. Wobec ilości informacji zebranych przez wyżej wymienionych autorów każdą, nawet najmniejszą dodaną atrakcję, uważam za spory sukces. Pytanie, ile pozostało jeszcze nieodkrytych miejsc? Na pewno takie są, ale jak już pisałem – nieraz musiałem dokonywać trudnych wyborów.

rumunia-i-moldawia-michal-torz-pascal-regal-empik-2
Trzeba przyznać, że przewodnik jest ładnie eksponowany :). Tu – wrocławski Empik

Nie ma sensu rozpisywać się jeszcze bardziej, choć mógłbym tak bez końca. Będzie jednak jeszcze okazja! Już 10 czerwca odbędzie się pierwsze spotkanie autorskie. I to w miejscu szczególnym – w klubie Kornet, prowadzonym przez sympatyków Rumunii i starych Dacii. Szerszy plan jest taki, żeby zorganizować kilka spotkań w trakcie wakacji, o czym jeszcze przypomnę, a na które serdecznie zapraszam :). Na pewno będę o nich na bieżąco informował.

Nie tylko Curtea de Argeș

Przejeżdżając przez trasę transfogaraską na południe Karpat trafiamy do niepozornej na pierwszy rzut oka miejscowości Curtea de Argeș. Słynie ona jednak z przepięknej cerkwi metropolitarnej, co jest wystarczającą (choć nie jedyną) zachętą do odwiedzin. W pobliżu jest też jednak przynajmniej kilka innych miejsc, do których warto zajrzeć.

Zacznijmy jednak od Curtea de Argeș, a dokładnie od parkingu zlokalizowanego w samym centrum miasteczka, tuż przy głównym skrzyżowaniu. Trzeba tam zapłacić bodaj 2 leje opłaty za godzinę, ale w praktyce ta godzina może trwać i cały dzień – miły pan machnął ręką jak chciałem coś dopłacić. Tuż obok znajduje się skromna cerkiew, będąca najprawdopodobniej fundacją hospodara Basaraba I, którego pomnik znajduje się zresztą nieopodal. Pozostałości innych budowli to z kolei dwór książęcy z tego okresu, kiedy zresztą niewielkie dziś miasteczko było stolicą Wołoszczyzny. Warto wejść do środka, co wiąże się z kosztem nieco wyższym niż opłata parkingowa, aby zobaczyć piękne malowidła.

Cerkiew metropolitarna nieśmiało wyłania się spośród drzew...
Cerkiew metropolitarna nieśmiało wyłania się spośród drzew…

Zwiedzałem okolicę w wakacje, co wiązało się z upałem. Dlatego też wiele przyjemności sprawił mi spacer wzdłuż głównej ulicy, na której cień zapewniają dwa rzędy drzew. Pośród nich również czekają liczne atrakcje, spośród których moim ulubionym miejscem stała się budka z placintami. Starsza pani wytwarza je na miejscu, dlatego zdarza się, że trzeba poczekać na odbiór zamówienia – ale naprawdę warto. Polecam jednak zjeść ją na miejscu, aby móc w pełni skupić się na leżącej nieopodal katedrze wyłaniającej się powoli spomiędzy drzew.

curtea-de-arges-katedra
Widok cerkwi od boku. Warto zwrócić uwagę na przepiękne, skrętne kopuły

Pierwszy budynek powstał w XVI wieku, a jego twórcą był według legendy mistrz Manole. Podobno w trakcie budowy ściany ulegały ciągłym zawaleniom. Rozwiązanie problemu objawiło się Manole w trakcie snu, a polegało na… zamurowaniu własnej żony w murach wznoszonej katedry. Inna wersja mówi o tym, że ten sam Manole spadł z dachu, ale w cudowny sposób ocalał. W miejscu tym, tuż przed samym wejściem, bije zaś do dziś źródełko.

Cerkiew widziana od frontu. Z przodu wspomniane w tekście źródełko
Cerkiew widziana od frontu. Z przodu wspomniane w tekście źródełko

Tyle, jeśli chodzi o legendy. Fakt jest jednak taki, że późniejsze przebudowy nie pozwalają dzisiaj stwierdzić, jaki był pierwotny wygląd katedry. Nie jest to jednak aż tak istotne, gdyż budowla wręcz oszałamia swym pięknem i dbałością o każdy detal. Równie wspaniale wygląda ona w środku, gdzie przy złotym ikonostasie znajduje się między innymi królewski tron i miejsca dla największych dostojników religijnych. Katedra łączyła bowiem dwie funkcje – był to jednocześnie obiekt sakralny, jak i dowód na ogromne ambicje młodego kraju. Przebudowy dokonano wszak pod koniec XIX wieku z inicjatywy króla Karola I. Nie trzeba chyba dodawać, że zamierzenia władcy zostały w pełni osiągnięte.

Ikonostas w cerkwi
Ikonostas w cerkwi

Monarcha spoczywa zresztą w jednym z dwóch mauzoleów koło katedry (w drugim leży jego syn, Karol II). Nieopodal jest też letnia rezydencja królewska, powstała jako pałac biskupi. Zwiedzić za bardzo się jej nie da, ale za to wewnątrz jest ogromne stoisko z dewocjonaliami i kapliczka. Stary kapłan z długą siwą brodą modli się tam w intencji wiernych, którzy ustawiają się do niego w długich kolejkach.

curtea-de-arges-modlitwa
Kolejka do modlitwy

Jestem przekonany, że to niewielkie miasto oferuje wiele więcej atrakcji. Ponieważ jednak zwiedzałem je podczas wakacyjnego wypadu, to nie było czasu na wchodzenie do wszystkich cerkwi i muzeów. Kolejnym celem była bowiem oddalona o około 80 kilometrów na zachód wieś Horezu. A nawet nie tyle wieś, co znajdujący się obok niej monastyr.

horezu-monastyr-cerkiew
Cerkiew w monastyrze Horezu

Nie ma sensu rozpisywać się na temat jego historii, widocznych stylów architektonicznych i tym podobnych spraw. Upraszczając do kompletnego minimum – klasztor wzniesiony jest w stylu brynkowińskim (od Constantina Brâncoveanu, hospodara z przełomu XVII i XVIII wieku, wielkiego mecenasa), zwanym też rumuńskim renesansem. „Gdzie orient przegląda się w baroku” – tytuł rozdziału książki „Rumunia. Przestrzeń, kultura, sztuka” najlepiej opisuje chyba, z czym mamy do czynienia. Monastyr jest bowiem miejscem, w którym łączą się ze sobą wpływy architektoniczne z całego ówczesnego świata.

horezu-monastyr-kruzganki
Widok na krużganki z przepięknie rzeźbionymi kolumnami

Zdjęcia oddają może nieco z wyglądu kompleksu, ale cisza i atmosfera zadumy, jakie tam panują, są nie do opisania. A moment, w którym siostra zakonna okrąża centralnie umiejscowioną cerkiew uderzając rytmicznie w drewniany instrument zwany semantronem jest wręcz doznaniem niezapomnianym… Niby jest to zwykła deska i młoteczek, ale z jakiegoś dziwnego względu można się temu przysłuchiwać godzinami.

horezu-monastyr-zakonnica-semantron
Zakonnica z semantronem

Wstęp do monastyru w Horezu, jak do większości tego typu miejsc, jest darmowy. Czułbym się jednak podle nie zostawiając tam ani grosza. Okazją są zakupy w prowadzonym przez siostry sklepiku, gdzie można nabyć piękne dewocjonalia z wizerunkami świętych.

horezu-monastyr-kolumny
Zbliżenie na mister nie rzeźbione kolumny

Nieopodal Horezu leży miejscowość Măldărești, a w niej kule. A raczej kulele – liczba pojedyncza to bowiem „cula”, a mnoga „culele” właśnie. Warto o tym pamiętać, bo napisany sprejem napis „culele” jest właśnie jedynym drogowskazem do tych niedocenianych przez turystów budowli.

Cula Duca. Na prawo, poza kadrem, znajduje się parterowy "cywilny" dom mieszkalny
Cula Duca. Na prawo, poza kadrem, znajduje się parterowy „cywilny” dom mieszkalny

Bo kule to właśnie budynki. Ale nie byle jakie! Są to bowiem domy szlacheckie, które mają bardzo rozwinięte walory obronne. W pewnym sensie porównać je można do wież mieszkalnych. Na parterze znajdziemy jedynie maleńkie okna i strzelnice, w środku zaś ujęcie wody. Komnaty mieszkalne są natomiast na piętrze, a znajdujące się tam tarasy – choć przepiękne – służyły głównie do obserwacji okolicy i ostrzeliwania ewentualnego przeciwnika.

Cula Greceanu
Cula Greceanu

W Măldărești są dwie kule, obie pochodzące z początku XIX wieku. Przy obu znajdują się też domy mieszkalne, które służyły właścicielom w spokojniejszych czasach. W jednym z nich znajduje się obecnie wystawa poświęcona Ionowi Gheorgeowi Ducy – premierowi, który w 1933 zginął w zamachu zorganizowanym przez członków Żelaznej Gwardii. Stojąca obok kula Duca, podobnie jak dom, była jego własnością. Mniejsza kula stojąca po drugiej stronie ulicy należała z kolei do rodziny Greceanu, której potomkini odreastaurowała ją w XX wieku. W efekcie wewnątrz, oprócz starych elementów wyposażenia, można zobaczyć np. ciekawe wyobrażenie fundatorów budynku, stylizowane na cerkiewne freski.

Widok z piętra. Warto zwrócić uwagę na otwory strzelnicze
Widok z piętra. Warto zwrócić uwagę na otwory strzelnicze

Problemem może być fakt, że przewodniczka (przynajmniej ta, którą spotkałem) mówi tylko po rumuńsku. Opowiada ona jednak na tyle mało skomplikowaną historię, że nawet bez znajomości języka można zrozumieć o co chodzi. A poza tym czasami słowa są zbędne. Nawet bez jakiejkolwiek znajomości historii można bowiem czerpać przyjemność z oglądania tych ciekawych budynków.

kula-greceanu-maldaresti-klapa-na-pietrze
Kula Greceanu; klapa umożliwiająca zamknięcie wejścia na piętro

Tuż obok znajduje się ciekawa cerkiew, na której zwiedzanie nie miałem niestety czasu. Jest to jednak kolejny powód, dla którego chciałbym wrócić w tamte okolice. Głównym celem następnej podróży będą jednak poszukiwania kolejnych kul. W okolicy jest ich bowiem około dwudziestu – część jest obecnie zrujnowana, niektóre zaś użytkowane są zgodnie z przeznaczeniem jako domy. Tyle, że czasy są już nieco spokojniejsze, tak więc widoczna na pierwszy rzut oka funkcja obronna zeszła na dalszy plan…

Mapa kul, czyli zadanie na kolejną wyprawę
Mapa kul, czyli zadanie na kolejną wyprawę

Zmiany, zmiany, zmiany

Przyznam się bez bicia, że przez ostatnie parę miesięcy rzadziej udzielałem się na blogu. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Pierwszą była praca nad portalem, który chciałbym dzisiaj zaprezentować. Drugą… przewodnik! Ale o tym niebawem.

Skupię się dzisiaj na portalu, gdyż pomysł ten od dawna chodził mi po głowie. Oczywiście chodzi o portal poświęcony Rumunii – czyli www.wrumunii.pl. Zauważyłem bowiem, że mimo coraz większej popularności kraj ten w polskiej części internetu wciąż pozostaje zapomniany.

uliczka 3

Przede wszystkim chciałbym, aby strona ta w przyszłości była głównym źródłem wiedzy o Rumunii. Zarówno pod kątem turystyki, biznesu, gospodarki, polityki, jak i życia w tym kraju. Obecnie trudno bowiem mówić o przesycie informacji na ten temat.

20150902_143221

Weźmy na przykład taką politykę. W polskich mediach była mowa o obniżkach podatków, zniesieniu ponad setki regulacji, ale poza tym? Cisza. Obstawiam, że mało kto nawet wie kto w tej Rumunii jest premierem, a kto prezydentem. Tymczasem 11 grudnia będą miały miejsce wybory parlamentarne, które mogą być pod wieloma względami bardzo ciekawym wydarzeniem.

5

Inną sprawą jest (a może najważniejszą?), że Rumunia z roku na rok staje się miejscem popularnym wśród turystów. Mnie to w ogóle nie dziwi, ale ktoś kto z jakiegoś powodu wybierze się tam pierwszy raz, może nie do końca wiedzieć co go czeka. Tymczasem Rumunia zapewnia mnóstwo wrażeń miłośnikom gór, zabytków, plażowania, osobom chcącym wziąć udział w ciekawych festiwalach i innych wydarzeniach kulturalnych. Tak więc jest to kolejny rozległy temat, który chciałbym rozwijać.

Do zobaczenia w Vadu! :)

Nie zapominajmy również o coraz liczniejszej grupie śmiałków, którzy postanowili w Rumunii zamieszkać. Obecnie grupę „Polacy w Rumunii” na fejsbuku tworzy niewielka społeczność licząca nieco ponad 1300 osób. Sądzę jednak, że jest to jedynie część (jaka? nie wiem) spośród tych, którzy wybrali ten kraj jako miejsce zamieszkania – tymczasowe lub stałe. To właśnie z myślą o nich chciałbym, aby na portalu pojawiały się przeróżne poradniki. Jak zrobić prawo jazdy w Rumunii? Gdzie zarejestrować pobyt? Gdzie szukać pracy? Ile można zarobić? Są to pytania, na które łatwo znaleźć odpowiedź – pod warunkiem, że szuka się danych dotyczących Anglii, Niemiec czy Norwegii. Pod tym względem Rumunia w polskim internecie pozostaje natomiast czarną dziurą.

00370017

Marzy mi się, żeby portal żył i był zarówno ogromną bazą wiedzy o Rumunii, jak i miejscem wymiany myśli między jej miłośnikami. Przede wszystkim ma temu służyć system komentarzy (który nie wiem czy już działa :D). Chciałbym tam jednak także publikować wszelkie relacje z podróży i życia w tym kraju – zarówno świeże relacje, jak i wspomnienia sprzed lat. Te publikowane, jak i te zalegające w szufladach zbyt nieśmiałych autorów. Dlatego też zachęcam wszystkich tych, którzy chcieliby podzielić się swoimi wrażeniami. To właśnie dla nich powstanie niebawem dział „Moja Rumunia”.

Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale...

Na koniec wypada przeprosić za wszelkie niedociągnięcia, których jest całkiem sporo. Wspomniany system komentarzy niekoniecznie działa, po otwarciu artykułów brakuje jeszcze bocznego menu, a obecne logo woła o pomstę do nieba. Obiecuję jednak, że postaram się jak najszybciej nadrobić braki. Zapraszam do dzielenia się wszystkimi sugestiami, a przede wszystkim – czytania!

P.S. Z tego wszystkiego zapomniałem wspomnieć o przewodniku, ale to następnym razem!

 

Polska-Rumunia, czyli dlaczego najpewniej nie pójdę już na żaden mecz

Nie jestem fanem piłki nożnej, ale występ naszej reprezentacji uznałem za dobry powód do kolejnych odwiedzin w Rumunii. Niestety, tak jak mecz był niezły, to kibice obu drużyn zademonstrowali niewyobrażalny poziom żenady.

Sam wyjazd postaram się opisać w osobnej notce, bo może to być przydatne dla osób planujących kilkudniowy wypad do Rumunii. W ciągu czterech dni udało się nam zobaczyć przełom Dunaju, przejechać przez tamę przy Żelaznych Wrotach, objechać kawałek Serbii i Bułgarii, zobaczyć Bukareszt, parę transylwańskich zamków i zaliczyć miły wieczór w Klużu. No ale póki co skupmy się na meczu.

polska-rumunia-2016-impreuna
Dobre złego początki. Świetna oprawa rumuńskich kibiców z początku meczu, której nie było mi dane zobaczyć. Niestety, później było już tylko gorzej. Źródło: www.romanianultras.net

Już w trakcie drogi z granicy bułgarskiej czytaliśmy artykuły o polskich kibicach, którzy szykowali się do bitwy z Rumunami. Im bliżej stolicy, tym było gorzej. Z godziny na godzinę dowiadywaliśmy się, że wsparcia udzielić mają kibice z Węgier, potem doszły nas słuchy o zdemolowanej knajpie i interwencjach policji. Wciąż jednak byłem przekonany, że obędzie się bez burdy, skoro wynik meczu był raczej przesądzony.

Udany mecz, fajny stadion, ale...
Udany mecz, fajny stadion, ale…

Po dotarciu na stadion napięcie jeszcze bardziej rosło. Od parkingu do wejścia kibicom towarzyszyły oddziały policji wyposażonej w ochraniacze, tarcze, pałki i pistolety na ostrą amunicję. To, a także patrole konne i stojące z boku polewaczki świadczyły o tym, że organizatorzy podeszli do kwestii bezpieczeństwa całkiem serio.

Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion
Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion

Okazało się, że wejście dla polskich kibiców było z drugiej strony stadionu. Na szczęście, nasi rodacy zostawili tajemne znaki na ścianach, które doprowadziły nas do celu. Potłuczone butelki po wódce były zaś czytelnym sygnałem, że jesteśmy na miejscu. Rozpoczął się długi proces sprawdzania, czy aby nie wnosimy do środka materiałów pirotechnicznych, broni, butelek, flag, czy też monet (!) które uznano najwyraźniej za szczególnie niebezpieczny materiał. Jak pokazują zdjęcia z rumuńskich portali kibicowskich, kontrole nie odbywały się bez powodu. Oprócz pirotechniki niektórzy chcieli do środka wnieść pałki, noże i maczety.

Zestaw kibica - czyżby Kraków? :) Źródło: www.romanianultras.net
Zestaw kibica – czyżby Kraków? 🙂
Tradycyjne drzewce od siekier i gazrurki, a także nutka egzotyki w postaci sprzętu ogrodniczego. Źródło: www.romanianultras.net

Efekt był taki, że na trybuny weszliśmy dopiero tuż po pierwszej bramce. Mieliśmy za to doskonały widok na resztę spotkania, gdyż spędziliśmy je na schodach. Okazało się bowiem, że wszystkie (numerowane!) miejsca były zajęte, a kibice szczelnie wypełnili każdy wolny skrawek trybun. Nawet nie chciało nam się przebijać przez ten tłum.

Przed meczem naiwnie sądziłem, że zwycięstwo Polaków jest mniej lub bardziej pewne, dlatego założyłem szalik w barwach rumuńskich. Na miejscu zapiąłem kurtkę aż po samą szyję, bo okazało się że może to grozić wpier***em… Kolega Paweł też pozwolił sobie na żart i zabrał na trybuny flagę Japonii, ale rzecz jasna nikt nie zauważył różnicy.

Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają :)
Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają 🙂

Przyznać trzeba jednak uczciwie, że to rumuńscy kibice wiedli prym jeśli chodzi o „nieeleganckie” zachowania. Petardy latały nie tylko na murawę, co widać było w telewizji. Niektóre trafiały też na nasze sektory, odseparowane szczelnym kordonem policji. Nasi miłośnicy futbolu nie pozostawali dłużni i wykrzykiwali hasła, których cechą wspólną były słowa na K i wyzwiska związane z pewną nomadyczną mniejszością etniczną.

Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-)
Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-). Źródło: www.romanianultras.net

Nasi kibice postanowili też przeprowadzić dyskusję na temat relacji rumuńsko-węgierskich, co przejawiało się w okrzykach „ria ria Hungaria”. W pewnym momencie wszyscy zaś wspólnie ruszyli nawalać się z policją. Szczególną aktywnością wykazywała się grupka Rumunów widoczna na zdjęciu poniżej z racami. Gdy w ruch poszły wyrwane krzesełka, policja wpadła tam zrobić porządek i spałowała najbardziej krewkiego z nich. Wtenczas w niepamięć poszły dotychczasowe konflikty i Polacy darli się „zostawcie kibica, wy k***y zostawcie kibica”. Policjanci chyba nie zrozumieli, bo wywlekli nieszczęśnika w ustronne miejsce wspomagając się pałkami.

Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli...
Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli…

Wraz z upływem czasu było jednak spokojniej i gdy padła trzecia bramka, rumuńskie trybuny były już mocno przerzedzone. W oddali wciąż wyróżniały się jednak dwie gromady rumuńskich kibiców, którzy czekali do końca spotkania. Czekali na siebie nawzajem, bo byli to ultrasi dwóch nienawidzących się stołecznych klubów (Dinamo i Steaua).

Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy
Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy

My jednak nie mieliśmy z nimi kontaktu, gdyż polscy kibice mogli opuścić stadion dopiero kilkadziesiąt minut po meczu. Do bójek jednak najpewniej dochodziło, bo w sieci znaleźć można zdjęcia rumuńskich kiboli z odebranymi Polakom „trofeami”.

mierzyn-flaga-bukareszt-kibole
Rumuńscy kibole i ich trofeum. Źródło: www.romanianultras.net

Drogę na parking wyznaczał szpaler policji, ale tam na szczęście obyło się bez incydentów. Dopiero potem mieliśmy dowiedzieć się, że większość bójek polskich kibiców odbywało się… pomiędzy nimi samymi. Nawet na samych trybunach dochodziło do wyzwisk i przepychanek – zapewne z bardzo ważnych powodów.

Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net
Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net

Wszystko to sprawiło, że czym prędzej zapragnęliśmy opuścić Bukareszt. Rankiem dotarliśmy do Bran, gdzie również zjawili się nachlani troglodyci deklarujący śmierć wrogom ojczyzny. Poza Bukaresztem nie spotkałem natomiast żadnych rumuńskich kiboli, a ludzie z którymi rozmawiałem mieli podobne odczucia – że ich reprezentacja to katastrofa, a zachowanie kibiców było poniżej wszelkiej krytyki.

polacy-bojka-kibicow-rumunia
Z twarzy tego faceta można wyczytać pytanie bez odpowiedzi – „co ja tutaj, k***a, robię? Ja też nie wiem. Źródło: www.romanianultras.net

W ten oto sposób będąca w mniejszości grupka debili obu narodowości sprawiła, że już być może nigdy nie pójdę na żaden mecz polskiej reprezentacji.

Małe Węgry

Istnieje takie miejsce w Transylwanii, gdzie mało kto mówi po rumuńsku, miejscowości mają podwójne nazwy, a sylwester obchodzony jest dwa razy – o północy i godzinę później, gdy Nowy Rok witają mieszkańcy Budapesztu.

Seklerszczyzna (rum. Ținutul Secuiesc, węg. Székelyföld) to obszar obejmujący niemal w całości obecne okręgi administracyjne (judeţul) Covasna, Harghita oraz fragmenty Mureș i Neamţ. Nie jest jasne, skąd wzięli się tam Seklerzy. Według jednej z teorii zostali sprowadzeni na te ziemie w XII wieku celem obrony wschodnich rubieży królestwa Węgier. I choć przez wieki zachowali pewną odrębność, to obecnie w większości identyfikują się oni ze swoimi krewniakami z Węgier.

Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomi. Źródło: Andrei Nacu, domena publiczna
Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomii. Źródło: Andrei Nacu, wikipedia/domena publiczna

Przez wieki Seklerzy podkreślali swoją niezależność. Także dzisiaj zauważyć można pewne elementy w ich kulturze, których próżno szukać w innych rejonach dawnych Węgier. Podczas podróży przez wsie i miasteczka rzucają się w oczy przepiękne bramy, strzegące wjazdów do ich domów. Odpowiedników tych misternie rzeźbionych drewnianych dzieł sztuki można szukać co najwyżej w Maramuresz.

Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Swiadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Świadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. U góry widoczne otwory i „ptasie” ornamenty. Źródło: www.marefalva.ro

Powyższe zdjęcia prezentują wieś Satu Mare (węg. Máréfalva) w okręgu Harghita. Nie mylić z Satu Mare znajdującym się w Maramuresz. Przejeżdżałem tamtędy i zdjęcia wyszły słabo. Dlatego też skorzystałem z galerii znajdującej się na ich stronie.

Charakterystyczną cechą Seklerszczyzny, jak zresztą całej Transylwanii, są także obronne kościoły. Niektóre z nich są niczym małe zamki – w ścianach zauważyć można otwory strzelnicze, a w górnych partiach znajdują się niekiedy całe galerie służące do obrony. Polecam zajrzeć do artykułu poświęconemu ufortyfikowanemu kociołkowi w Prejmer – jest to przykład jednego z bardziej charakterystycznych założeń tego typu.

Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kosciół
Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kościół

Mur wokół świątyni to w zasadzie typowe zjawisko w tym regionie. Dotyczy zaś ono nie tylko ogromnych założeń, lecz także niewielkich wiejskich świątyń. I nie ma się czemu dziwić. Krwawe najazdy mongolskie z XIII wieku na wiele lat odcisnęły swe piętno na życiu mieszkańców całej Transylwanii.

Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.
Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.

A jeśli już jesteśmy przy motywie śmierci, to także tutaj zaskakuje odmienności seklerskich obyczajów. Ich tradycyjne nagrobki mają bowiem kształt czworobocznych pali. Zwyczaj ten zachował się zresztą gdzieniegdzie po dziś dzień i pokazuje odmienność tego tajemniczego ludu. W kamiennych nagrobkach także można zauważyć nawiązania do dawnej tradycji.

Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali
Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę, aby wspomnieć o jeszcze jednej różnicy. Seklerzy, jak zresztą większość siedmiogrodzkich Węgrów, to protestanci. Są wśród nich zarówno kalwiniści, luteranie, a nawet unitarianie. Różnica jest zauważalna choćby w wystroju kościołów. Polecam więc zaglądać do mijanych nawet w najmniejszych wsiach świątyń. Wyglądają one często tak, jakby czas zatrzymał się tam przynajmniej sto lat temu.

Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Ten sam kościół. Fragment modlitwy

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się w kwestii różnic językowych. Jeden Węgier tłumaczył mi jednak, że takowe istnieją. Przytaczał przykład, że seklerskie określenie pieczonego ziemniaka jest przez mieszkańców Węgier rozumiane jako „delikatne upicie się”, co może prowadzić do zabawnych nieporozumień. Niestety, nie mam jak tego zweryfikować.

Spora część Transylwanii jest dwujęzyczna – zwłaszcza jeśli chodzi o nazwy miejscowości. Niekiedy, np. w Timiszoarze czy Braszowie, przed wjazdem do miasta są wymienione aż trzy nazwy – rumuńska, węgierska oraz niemiecka. I to mimo, że tamtejsze mniejszości stanowią niewielki procent mieszkańców. Warto o tym wspomnieć, gdyż np. władze takiego Klużu wzbraniają się przed poinformowaniem przyjezdnych o jego węgierskiej nazwie – Kolozsvár.

Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna
Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna

Tymczasem na Seklerszczyźnie węgierskie nazwy miejscowości pojawiają się nawet na drogowskazach, co jest gdzie indziej niespotykane. W efekcie na znakach – takich jak poniżej – mamy prawdziwy natłok napisów. Ale przynajmniej wszyscy są szczęśliwi.

Trudno się nie połapać :).
Trudno się nie połapać :).

No dobra, Węgrzy szczęśliwi nie są. Wielu z nich chciałoby zapewne, aby obecne granice uległy korekcie. Np. tak, jak podczas wojny, po korzystnym dla Węgier arbitrażu wiedeńskim. Zwłaszcza na Seklerszczyźnie widać tęsknotę do Wielkich Węgier, np. w postaci plakatów na których zilustrowany jest rozpad królestwa.

Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.
Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.

Temat ten zasługuje zresztą na osobny artykuł, aczkolwiek póki co nie czuję się kompetentnie aby to opisać. Sprawa nie jest bowiem tak prosta, jak się wydaje większości polskich hungarofilów. Z całą pewnością muszę zaś stwierdzić, że obecnie Węgrzy w Rumunii mają nieporównywalnie więcej praw, niż Rumuni zamieszkujący te tereny przez I wojną światową.

Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Obecnie niektóre środowiska węgierskie podejmują starania, aby teren Seklerszczyzny objęty został autonomią. Na jakich zasadach i jakie terytorium miałoby obejmować? Samo wyznaczenie granic sprawia pewną trudność, ze względu na zmiany demograficzne zachodzące na przestrzeni lat. Mam jednak nadzieję, że oba narody się kiedyś dogadają. Już teraz wśród zwykłych ludzi dominuje pozytywne nastawienie względem siebie. Tylko czasem Rumuni narzekają, że nie mogą dogadać się we własnym kraju w swoim języku, a ci Węgrzy cały czas mają do nich o coś pretensje.

Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Seklerszczyzna to oczywiście nie jedyne miejsce w Rumunii, gdzie żyje mniejszość węgierska. Sporo wciąż zamieszkuje wschodnie tereny, a także obszar centralnej Transylwanii, czyli np. Kluż i okolice – tam zresztą zdarzają się miejsca, gdzie stanowią oni przytłaczającą większość. W całym kraju żyje ich – wedle spisu z 2011 roku – około 1,2 mln.

 

 

Kolorowe (rumuńskie) jarmarki

W Polsce handlarze z targowisk nie mają łatwego życia, a zakupy w tego typu miejscach są dla wielu osób obciachem. Co innego w Rumunii, gdzie w każdej większej miejscowości można znaleźć plac ze świeżymi owocami i warzywami. Łatwo się przekonać, że warto.

Z własnych obserwacji wiem, że Rumuni kochają zakupy. Wizyta w większych centrach handlowych to horror – zwłaszcza w weekend, kiedy znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem, a w środku trzeba przedzierać się przez tłumy ludzi. Osobiście wolę jednak zakupy na targowiskach. Zwłaszcza, gdy potrzeba zdobyć świeże owoce i warzywa, albo najdzie mnie chęć na alkohol domowej produkcji.

rumunia-targowisko-sybin
Bukareszt, piața Râmnicu Sărat

W Rumunii nie ma z tym problemu, gdyż w każdym mieście z łatwością można znaleźć mniejsze lub większe targi. Miejskie targowiska na ogół znajdują się w pobliżu centrum, ale zwykle poza obrębem starówki. Tak jest na przykład w Sybinie, gdzie plac targowy zlokalizowany jest kilkaset metrów od starego rynku.

rumunia-sybin-targowisko
Sybin, piața Cibin. W tle katedra ewangelicka

Asortyment oferowany przez sprzedawców zachwyca. Dostać tam można rzeczy, które w Polsce uchodzą niekiedy za rarytasy – a zwłaszcza w takich cenach. Bakłażany po złotówce za kilogram? Osiem złotych za słoik marynowanego estragonu? Szeroki wybór papryki niewiele droższej od ziemniaków? Żaden problem. Przynajmniej w sezonie.

rumunia-targowisko-bukareszt-bakłażan
Sybin. Zdjęcie z października – wyprzedaż bakłażanów 🙂
rumunia-targowiksko-sybin-przetwory
Sybin. Te zielone słoiki w środku to marynowany estragon – specjalność regionu
rumunia-targowisko-sybin-papryczka
Ostre papryczki. Można je nawlec na sznurek i zasuszyć
rumunia-targowisko-bukareszt
1,5 zł za kilogram papryki – naprawdę chce się żyć
rumunia-targowisko-gogonele
Gogonele, czyli zielone pomidory. Trochę twarde, trochę bez smaku, ale i tak się nimi zajadaliśmy

Na targ warto się też udać w innych celach. Niektóre stoiska oferują szeroki wybór asortymentu do pędzenia bimbru, a i wyrób końcowy można tam łatwo dostać. Butelka palinki to koszt zaledwie 15 lei. Wino sprzedawane w plastikowych butelkach kosztuje zaś mniej niż 5 lei za litr. Ciekawy jest też wybór przeróżnych marynat, które w Rumunii są równie popularne jak w Polsce. A może nawet bardziej, o czym świadczy fakt, że marynują oni nawet arbuzy. Te ostatnie zresztą, podobnie jak melony, w lecie są sprzedawane na każdym kroku – na targach, chodnikach, przy drogach.

przydrozny-targ-rumunia
Jakość słaba, bo zdjęcie robione telefonem z jadącego auta. Ale właśnie na tego typu straganach w sezonie zaopatrzyć się można w arbuzy i melony. Zwykle to koszt jakichś 2 lei za kilogram, choć to zależy od miejsca i pory roku
stoisko-z-arbuzami-rumunia
Zdjęcie równie słabej jakości, tym razem z października zeszłego roku. Końcówka sezonu na arbuzy
rumunia-targ-melon-rumunia
Dojrzały melon za trzy leje. Prawdziwe wybawienie podczas upalnych dni

Targowiska czynne są cały rok. Trzeba jednak zaznaczyć, że mają one mniej lub bardziej prowizoryczne zadaszenia. Zdarzają się też i takie targi, jak na zdjęciu poniżej – a właściwie hale targowe, gdzie handel odbywa się we wnętrzu.

rumunia-targowisko-medias
Piaţa Agroalimentară w Mediaş

Osobną kategorię stanowią targi organizowane na potrzeby turystów. Stoiska rozstawiane są w popularnych miejscach, lub wzdłuż głównych dróg. Można na nich kupić pamiątki, flagi, węgierskie kociołki na trójnogach, sprzęt do bimbru, ludowe stroje, a nawet gumowe maski drakuli i wilkołaków…

targowisko-trasa-transfogaraska
Stoisko na południe od trasy transfogaraskiej, zlokalizowane przy wąskiej drodze tuż pod wielką skałą
targowisko-przy-drodze-izvoru-crisului
W wiosce Izvoru Crișului (węg. Körösfő) targowiska ciągną się przez całą wieś. Nie zdziwiłbym się, gdyby każda mieszkająca tam rodzina trudniła się handlem…

Gott ist mein Fels

„Pan jest moją skałą, moją twierdzą i moim wybawcą”: ufortyfikowany kościół w Prejmer jest niczym żywa ilustracja do ewangelickiego psalmu. Świątynia, którą wznoszono etapami od XIII wieku, miała chronić mieszkańców w razie niebezpieczeństwa. I zapewne chroniła, o czym świadczą zachowane po dziś dzień zabudowania.

Nie ma chyba lepszego przykładu odpowiadającego na pytanie, czym są siedmiogrodzkie kościoły obronne. A zaznaczyć należy, że jest ich bez liku – i na pewno jeszcze nie raz zagoszczą one na łamach niniejszego bloga. Jadąc przez wioski, miasteczka i większe ośrodki co chwilę mija się tabliczkę z napisem „basilica fortificata”. I choć nigdy nie ma czasu na odwiedzenie każdego z tych miejsc, to z własnego doświadczenia wiem że zawsze warto poświęcić choć chwilę na krótki spacer.

I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych...
I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych…

Jest to swego rodzaju znak rozpoznawczy Transylwanii. Pamiątka po najazdach Mongołów, którzy spustoszyli te ziemie pod koniec XIII wieku – czyli nie tak długo po tym, gdy na Legnickim Polu poległ Henryk Pobożny. Nic dziwnego, że ich obecność wymusiła powstanie ogromnej liczby zamków i innego rodzaju fortyfikacji. Kościoły, które w tym czasie były zwykle jedynym murowanym budynkiem w większości osad, idealnie nadawały się do połączenia funkcji sakralnej z nową – obronną. Jak tego dokonywano? Najlepiej będzie, jak oddam głos autorom wspaniałej książki „Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura”. To właśnie ich publikacja zainspirowała mnie do wizyty w tym miejscu:

„Pierwszym sposobem przygotowania świątyń do funkcji obronnych było tworzenie obwodu obwarowań. Pierścienie murów sukcesywnie zwielokrotniano, czyniąc kościół coraz bardziej niedostępnym. Z czasem zaczął się on upodabniać do zamku, w którym ufortyfikowanie głównego budynku kościelnego przemieniało go w główny i ostateczny punkt oporu na miarę donżonu – wieży ostatecznej obrony występującej w średniowiecznych zamkach feudalnych. Na funkcję taką wyraźnie wskazuje częste wykopywanie studni wewnątrz świątyni (!). Samo fortyfikowanie obejmowało z reguły umocnienie wieży, którą prócz strzelnic zaopatrywano najczęściej w drewnianą galerię obronną”. (Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura. Michał Jurecki i Łukasz Gałusek. Olszanica 2008).

Kościół obronny w Prejmer (niem. Tartlau, węg. Prázsmár) jest jednak na tle innych tego typu świątyń założeniem wybitnym. I względnie nowym, bo mimo powstanie w XIII wieku, jego rozbudowa trwała jeszcze w wieku XVIII. Gdy przejeżdżałem tamtędy po raz pierwszy, było już niestety po godzinach otwarcia. Nie zniechęciło mnie to jednak do obejścia całego założenia z zewnątrz.

Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kosciół w Prejmer jedynie z zewnątrz
Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kościół w Prejmer jedynie z zewnątrz

Parę dni później, już w drodze powrotnej, udało się na szczęście wejść do środka. Najpierw zwiedza się barbakan, dobudowany w późniejszym okresie. Całkiem interesująca jest wystawa w budynku bramnym, w której pokazano saskie przedmioty codziennego użytku. Następnie wchodzi się na główny dziedziniec, wokół którego ciągną się drewniane galerie prowadzące do cel refugialnych – ponad dwustu pomieszczeń, gdzie mieszkańcy okolic mogli chronić się przez długie miesiące ewentualnego oblężenia.

Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem
Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem

Większość drzwi jest pozamykanych, jednak w paru miejscach istnieje możliwość wejścia do wewnątrz. Pozwala to na zwiedzenie baszt czy przejście się korytarzem ze skierowanymi na zewnątrz strzelnicami. Są tam nawet nieźle zachowane wykusze latrynowe. W niektórych pomieszczeniach na parterze zlokalizowane zaś były warsztaty rzemieślnicze.

Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach
Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach

Centralnym punktem oporu był kościół, wzniesiony w XIII wieku przez krzyżaków. Wyposażenie jest w nim dość skromne, aczkolwiek nie jest to istotne. Ważne z uwagi na pełnioną funkcję są natomiast elementy mające na celu nadanie mu cech zamkowej wieży – takich, jak chociażby strzelnice.

Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży
Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży

Jeśli chodzi o wspomniane wyposażenie, moim zdaniem najbardziej interesujący jest element pochodzący z czasów najnowszych. Drewniana płaskorzeźba poświęcona żołnierzom poległym podczas II Wojny Światowej jest czymś, czego nie widziałem nigdzie wcześniej.

Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny
Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny

Warowny kościół w Prejmer opuszcza się z żalem. Ma się tam ochotę zapuścić w dosłownie każdy zakamarek, aby przekonać się jak to wybitne dzieło mogło funkcjonować w latach swej świetności.

 

 

Spălătorie – w rumuńskiej myjni

Można odnieść wrażenie, że większość Rumunów znajduje zatrudnienie w branży motoryzacyjnej. W niemal każdej miejscowości można bowiem znaleźć zakłady wulkanizacyjne, warsztaty czy mniejsze lub większe hurtownie z częściami.

Częstym widokiem są także myjnie. Ich liczba może niekiedy zaskakiwać. Zwłaszcza, że Rumuni niemal obsesyjnie dbają o czystość ulic – w miastach, w sezonie letnim, co chwilę minąć można polewaczkę, która usuwa brud z nawierzchni.

Przydrożna myjnia - częsty widok w Rumunii
Przydrożna myjnia – częsty widok w Rumunii

Nie przeszkadza to jednak kierowcom w częstym odwiedzaniu myjni samochodowych zwanych tu „spălătorie”. Zwłaszcza, że – wbrew stereotypom – w Rumunii dużo jest nowych aut. Coraz rzadziej widać na ulicach stare Dacie i Aro. A jeśli już, to zdarzają się wśród nich pieczołowicie odrestaurowane egzemplarze.

Renault 8? A może... Dacia 1100?
Renault 8? A może… Dacia 1100?
Kult lat 70-tych
Kult lat 70-tych
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask

Mimo wszystko od zawsze dziwiło mnie to, jaką popularnością cieszą się w Rumunii myjnie samochodowe. Często ustawiają się do nich bowiem długie kolejki. Inaczej niż w Polsce, dominują tu jednak punkty obsługowe. Jak działają, przyszło mi się przekonać po powrocie znad morza.

Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno
Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno

Okazało się, że skorzystanie z usługi jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać. Po zaparkowaniu na stanowisku podszedłem do szefa myjni, który wypisał malutki rachunek zawierając w nim takie dane jak marka auta, numer rejestracji, datę i cenę. Zacząłem już się obawiać, że zaraz zapyta mnie o dowód!

Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)
Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów 🙂

Dopiero z tak wypełnionym dokumentem udałem się do malutkiej kanciapy, w której sympatyczna Rumunka zainkasowała ode mnie 30 lei. Podbiła dokument pieczątką i mogłem wrócić do szefa. Wtedy dopiero wyznaczył on jednego z pracowników do wykonania zadania.

Początkowo sądziłem, że zapłacone 30 lei to gruba przesada. W Polsce przecież można za tyle auto umyć dwa razy na stacji benzynowej. Okazało się, jednak, że w tej cenie auto zostało umyte z zewnątrz jak i w środku… Tak więc bez obaw!

Zastanawiam się tylko, kiedy w Rumunii pojawią się znane u nas myjnie samoobsługowe. Do tej pory byłem na jednej w Klużu, ale korzystanie z niej wciąż było nieco zbiurokratyzowane. Najpierw trzeba było bowiem podejść do kiosku, aby kupić monety 1 euro w przeliczniku 5:1. Najwyraźniej więc była to używana instalacja sprowadzona zza granicy.

Vadu – jedna z ostatnich rumuńskich dzikich plaż

W lecie plaże nad Morzem Czarnym są oblegane. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Konstancy są jednak miejsca, gdzie możliwy jest wypoczynek z dala od tłumów.

O plaży w Vadu dowiedziałem się przypadkiem. Szukałem bowiem miejsca pomiędzy deltą Dunaju a Konstancą, gdzie będzie można zatrzymać się i odpocząć. Rzut oka na mapę pozwalał przypuszczać, że dojazd tam będzie banalnie łatwy. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Można wręcz powiedzieć, że plaża na wiele sposobów broni się przed zalewem turystów. Z daleka odstraszają na przykład ruiny opuszczonej fabryki. Już po powrocie wyczytałem, że w miejscu tym był wydobywany między innymi uran. Wydaje mi się jednak, że nie ma powodu do obaw, gdyż w pobliskiej wsi ludzie żyją normalnie.

Opuszczona fabryka - wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów
Opuszczona fabryka – wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów

Aby trafić na plażę w Vadu, należy dojechać do wspomnianej fabryki i przed wjazdem skręcić w prawo. Tuż obok znajduje się tablica informująca o ścisłym zakazie wjazdu. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w Rumunii. Mijamy zakaz i jedziemy dalej betonową drogą. Żeby nie było – pytaliśmy się dwóch osób i obie kazały nam jechać właśnie tamtędy.

"Accesul interzis", ale nikt sobie z tego nic nie robi...
„Accesul interzis”, ale nikt sobie z tego nic nie robi…

Droga jest w niezłym stanie, aczkolwiek co jakiś czas należy zwolnić na większych szczelinach pomiędzy betonowymi płytami. Po drodze minęliśmy mały stragan, na którym można było kupić arbuzy, melony czy pomidory. To pierwszy znak, że droga jest uczęszczana. Drugim były samochody, które co chwilę mijaliśmy.

Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę
Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę

W pewnym momencie droga się rozwidla. My skręciliśmy w tę prowadzącą do restauracji, co miało okazać się dobrym wyborem. Na miejscu znaleźliśmy bowiem idealne warunki na rozbicie namiotu. Samochodem można tam wjechać na samą plażę, a do tego najbliżsi „sąsiedzi” byli dopiero kilkadziesiąt metrów dalej.

Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów...
Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów…

Są tam rodziny z dziećmi, pijący studenci, spotkać też można starsze małżeństwa. Zwyczaje panują zaś bardzo luźne. Nikomu nie przeszkadzają na przykład wypoczywający obok nudyści. A nawet jeśli to miejsca jest tyle, że można znaleźć spory kawał plaży tylko dla siebie. Co charakterystyczne, nie widziałem tam żadnego parawanu. Nikt nie czuje bowiem potrzeby jeszcze większego odseparowania od otoczenia.

W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping
W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping

Mimo sporej odległości od najbliższego sklepu w Vadu nie trzeba martwić się o zaopatrzenie. Rano zbudziło nas szczekanie psa, który towarzyszył miejscowym rybakom. Po godzinie wiosłowania wrócili z pobliskiego łowiska z siecią pełną ryb.

Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami
Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami

Wokół nich natychmiast zebrał się tłumek plażowiczów, którzy kupowali coś w rodzaju sardynek. Cena? 5 lei za kilogram!

Ryby prosto z morza - dosłownie!
Ryby prosto z morza – dosłownie!

Oprócz tego w Vadu doskwiera jednak brak jakiejkolwiek infrastruktury. Otwarto tam wprawdzie restaurację (która zapewnia o wiele większy standard niż można by się było spodziewać po takim odludziu), ale brakuje tak prostej rzeczy jak choćby prysznic. Z drugiej strony, w Vadu można naprawdę wypocząć. Poniżej, dla porównania, zdjęcie z Mamai – największego kurortu w całej Rumunii, zaledwie parędziesiąt kilometrów na południe od Vadu…

Tymczasem w Mamai...
Tymczasem w Mamai…

Mamy więc do wyboru dwie skrajności. Z jednej strony tłumy ludzi, plaże zastawione leżakami, nawalającą zewsząd muzykę i setki sklepików. Z drugiej zaś dziką plażę, na której możemy być naprawdę sami. Trudno znaleźć złoty środek, dlatego mimo wszystko bardziej skłaniam się ku temu drugiemu.

Do zobaczenia w Vadu! :)
Do zobaczenia w Vadu! 🙂

Dawniej za najbardziej kultową plażę w Rumunii uchodziła Vama Veche. Do leżącej przy granicy z Bułgarią wioski rybackiej zjeżdżali w czasach komunizmu opozycjoniści, intelektualiści i hipisi. Zwyczaj wymagał, aby rozbijać się namiotem tuż nad morzem. Obecnie miejsce to uległo znacznej komercjalizacji. Czy taki sam los spotka Vadu? Lepiej się nie zastanawiać, tylko pakować plecak i spróbować biwaku na jednej z ostatnich rumuńskich dzikich plaż.

Maramuresz – serce Rumunii

Maramuresz to idealna propozycja dla ludzi, którzy cenią sobie folklor i tradycję. Drewniana architektura, ludowe stroje czy charakterystyczne monastyry ze strzelistymi wieżami – tam można je podziwiać w ich pierwotnej formie.

W każdym szanującym się rumuńskim mieście znajdziemy knajpę z tradycyjną kuchnią. Zaaranżowane są one z reguły w podobny sposób. Na ścianach prezentowane są stare naczynia, goście siedzą przy drewnianych ławach, a kelnerzy uwijają się przebrani w tradycyjne stroje. Zewsząd dobiega zaś tradycyjna ludowa muzyka. Kto nie zna, ten może posłuchać – na przykład dzięki internetowej wersji radia Someş.

Osoby, którym pasuje taka atmosfera, z pewnością odnajdą się w Maramuresz które jest swego rodzaju pierwowzorem dla rumuńskiej kultury ludowej. Ciężko to opisać, bo w Polsce nie jest raczej znane takie zjawisko. Historycznie jest to kraina leżąca po obu stronach Cisy – rumuńskiej i ukraińskiej. Nie wydaje mi się jednak, żeby za naszą wschodnią granicą tereny te aż tak mocno oddziaływały na kulturę całego kraju. A w Rumunii? Wystarczy wspomnieć, że monastyry wznoszone w tym regionie są kopiowane daleko poza jego granicami.

Nowo wybudowany monastyr w Klużu - ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!
Nowo wybudowany monastyr w Klużu – ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!

Co ciekawe, w samym Maramuresz także powstają nowe świątynie. Na przykład kompleks monastyrów w Bârsana, widoczny na zdjęciach poniżej. Mój największy podziw wzbudza zaś fakt, że wszystkie obiekty tego typu powstają tradycyjnymi metodami. Warto przyjrzeć się bliżej, aby zobaczyć z jakim kunsztem wykonywane są poszczególne elementy.

Bârsana-monastyr
Na zdjęciu widać zaledwie część budynków – w tym te starsze

Do arcydzieł sztuki sakralnej śmiało można też zaliczyć lokalne cmentarze. A szczególnie jeden, mianowicie Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel) w miejscowości Săpȃnƫa (uproszczona wymowa to Sepynca). Drewniane, malowane nagrobki od lat trzydziestych tworzył Stan Ioan Pătraș, a potem jego następca – Dumitru Pop Tincu.

Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię
Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię

Każdy z kilkuset nagrobków opowiada inną historię. Wiele z nich pokazuje historie związane z życiem pochowanych osób. Stąd przedstawienia gospodyń w kuchni, sadownika opryskującego drzewka, traktorzystów, policjantów, etc.

wesoly-cmentarz-rumunia

Wiele przedstawień jest jednak makabrycznych. Przedstawiają one bowiem okoliczności śmierci, które nie zawsze były przyjemne. I tak znaleźć można na Wesołym Cmentarzu ofiary wypadków samochodowych, utonięć, potrącenia przez pociąg i innych nagłych zdarzeń.

wesoly-cmentarz-rumunia
Po prawej kilka typowych przedstawień odnoszących się do życia pochowanych osób. Po lewej zaś zebrałem kilka obrazów przedstawiających tragiczną śmierć…

Wesoły Cmentarz jest z całą pewnością żelaznym punktem podczas każdej wycieczki w te strony. Warto jednak zwracać przyglądać się okolicznym zabudowaniom. Same chaty są z reguły skromne, lecz bardzo urokliwe. Dominują kilkuizbowe, drewniane parterowe budynki kryte charakterystycznym gontem (taki rodzaj drewnianej dachówki). W tamtejszych wsiach co chwilę można natknąć się też na przepięknie rzeźbione bramy.

Drewniane dachy - wizytówka regionu
Drewniane dachy – wizytówka regionu
Pierwsza lepsza marmaroska chatka
Pierwsza lepsza marmaroska chatka…
...jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!
…jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!

W okolicy sporo jest pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych, w których można przenocować za niewielką opłatą. Warto skorzystać, żeby samemu przekonać się jak to wszystko wygląda.

Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens ;-)
Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens 😉

Tego typu domostwa można też zobaczyć w większych miastach w różnego rodzaju skansenach. To jednak marny substytut, skoro w Maramuresz można doświadczyć tego, jak piękne drewniane wioski tętnią życiem.

Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz
Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz

Maramuresz, podobnie jak większa część Rumunii, to region górzysty. Miłośnicy pieszych wędrówek mają więc spory wybór tras. Polecić można zwłaszcza znajdujący się na wschodzie regionu Park Naturalny Gór Marmaroskich (Parcul Natural Munții Maramureșului – to odpowiednik naszych parków krajobrazowych). Warto zjechać z drogi krajowej nr 18 w wąską trasę o numerze 187. Prowadzi ona wąską doliną pomiędzy górskimi szczytami w samo jego serce.

Droga ciągnie się tam wzdłuż rzeki, a naokoło położone są bardzo rozległe osady. Ich granice wyznaczają zaś pobliskie górskie szczyty. Okolice są przepiękne, ale z własnego doświadczenia nie polecam wyjazdu zimą. Drogi są wtedy słabo przejezdne, a tym bardziej górskie szlaki. Cóż, przynajmniej mam powód aby tam wrócić gdy pogoda będzie bardziej dopisywać.