Wszystkie wpisy, których autorem jest Michał

Festiwal Gulaszu w Solnok (Szolnoki Gulyás Fesztivál)

Rzecz powszechnie znana – my kochamy Węgrów, a oni kochają nas. O polsko-węgierskich i „nieco” trudniejszych rumuńsko-węgierskich relacjach rozpiszę się jednak przy innej okazji. Tym razem będzie o tym, co zaraz po Budapeszcie, Tokaju i Victorze Orbanie jest bodaj największym symbolem Węgier, czyli o gulaszu – a nawet więcej, bo o festiwalu mu poświęconym.

O tym, że chcemy odwiedzić Festiwal Gulaszu w Szolnok, wiedzieliśmy na długo przed spakowaniem bagaży. Dlatego też to był cel naszej pierwszej weekendowej wyprawy. Wprawdzie podróż z Klużu do Oradei (Nagyvárad) jest dosyć karkołomna, jednak po pokonaniu kilku górskich odcinków dostaliśmy się na granicę. Dalsza jazda węgierskimi drogami była już o wiele prostsza. Standardem są tam wprawdzie jednopasmówki, ale przeważają bardzo długie proste odcinki, na których łatwo się wyprzedza różnego rodzaju zawalidrogi. Ostatecznie do Szolnok trafiliśmy trochę przed dwunastą. Lokalizacja festiwalu nie stanowiła żadnego problemu – wystarczyło jechać w tym samym kierunku, co większość aut. Jak się niebawem okazało, mieliśmy sporo szczęścia. W porze obiadowej zwaliła się tam bowiem masa wygłodniałych Węgrów, zaś znalezienie miejsca parkingowego graniczyła z cudem. Tak więc jakby ktoś się kiedyś wybierał – lepiej przyjechać jak najwcześniej, albo od razu szukać parkingu kawałek dalej.

1

Sam festiwal ma typowo małomiasteczkowy charakter. Na długiej drodze koło lokalnego stadionu rozstawione są przeróżne atrakcje – strzelnice, symulatory, gry dla dzieci, stragany, etc. No i oczywiście stoiska, na których można spróbować gulaszu przyrządzanego na różne sposoby. Przebieg imprezy jest prosty –kilkadziesiąt zespołów gotuje potrawy, a goście je zjadają. Oprócz stanowisk komercyjnych można też trafić na takie prowadzone przez zwykłych ludzi, którzy gotują dla swoich znajomych i sąsiadów. Język węgierski jest dla mnie (i chyba nie tylko dla mnie) kompletnie niezrozumiały, nasi bratankowie zaś są zazwyczaj niechętni językom obcym. Dlatego też transakcji próbowaliśmy dokonywać po angielsku i niemiecku (jeżeli ktoś z Was zna, nawet nie próbujcie po rumuńsku 🙂 ), wtrącając wszystkie możliwe znane nam słowa (dzień dobry, proszę, dziękuję, tak, jeden). Z reguły kończyło się użyciem magicznego „Lengyel” (Polak), co niezmiennie wywołuje u Węgrów dobrotliwy uśmiech, i pokazywaniem wybranego dania palcem.

2

Co ja mogę napisać o samych potrawach? Ania pewnie lepiej odnalazłaby się w tej roli. Ja mogę jedynie stwierdzić, że były to najlepsze gulasze, jakie kiedykolwiek jadłem. Było w nich dużo mięcha i ostrej papryki – a czego można chcieć więcej? Spróbowaliśmy też zupy i czegoś, co okazało się absolutnym hitem – baraniny z wędzoną papryką. Miłym akcentem był udział w festiwalu delegacji z Bielska – Białej (miasto partnerskie Szolnok), która przygotowywała dla Węgrów żurek. My niestety się nie załapaliśmy, gdyż zaczęło się robić późno i musieliśmy wracać.

3

Żałuję trochę, że nie zdecydowaliśmy się na nocleg, bo wtedy skosztowałbym jeszcze na pewno lokalnego piwa i palinki. Stwierdziliśmy jednak, że jedzenie gulaszu – choć jest czynnością nader przyjemną – nie może trwać zbyt długo.

4

Pierwszy list z Transylwanii

Założyłem niniejszego bloga mając w głowie masę pomysłów na artykuły. Problemem jest natomiast napisanie wstępu, w którym mógłbym „wytłumaczyć” się z popełnienia tego czynu. Na pewno sporym impulsem był wyjazd do Rumunii, gdzie aktualnie przebywam. To jednak nie wszystko.

Aby uniknąć późniejszych kłótni w rodzinnym gronie, od razu się przyznaję – tak, to mój najwspanialszy kuzyn Daniel mnie namówił, abym spisywał swoje przeżycia w tym dzikim z pozoru kraju. Dlaczego dzikim, a dlaczego z pozoru dzikim? Da się tutaj zauważyć wiele sprzeczności. Z jednej strony na drogach można minąć furmankę zaprzężoną w woły, z drugiej zaś internet od byle dostawcy jest sto razy szybszy niż neostrada we Wrocławiu. To jednak tylko jeden z dziesiątków przykładów, jak ciekawy i zróżnicowany jest to kraj.

Pomysł przyjazdu tutaj zrodził się jakoś na początku lipca. Dla mnie, jako „wolnego strzelca” przeprowadzka nie była problemem. Okazało się jednak, że Ania szybko znalazła tutaj pracę w korpo – i oto jesteśmy! Tak więc to właśnie Rumunia i okolice będą głównymi bohaterami kolejnych wpisów. Jestem jednak przekonany, że prędzej czy później wrócę do Polski na stałe. Czy to się stanie za kilka tygodni, czy miesięcy? Zobaczymy, jak będzie się układać z pracą którą wykonuję zdalnie. A przede wszystkim, kiedy kontakty na skajpie i fejsbuku z rodziną i znajomymi przestaną być wystarczające. Na razie jednak jestem tutaj, w Cluj – Napoca (po węgiersku Kolozsvar) i postaram się opowiedzieć nielicznym jak sądzę Czytelnikom, czego można tutaj doświadczyć.

P.S. Nie uważam się za podróżnika. Podróżnicy to byli w XIX wieku, gdy przemieszczanie się po kuli ziemskiej wymagało czasu, odwagi i poświęcenia. Teraz zostali co najwyżej turyści. Tak się jednak składa, że o podróże spora część wpisów będzie zahaczać. Co będzie dalej (w sensie – po powrocie)? Na razie nie mam planów. Pożyjemy, zobaczymy.