Sybin (rum. Sibiu, niem. Hermannstadt)

Pierwszy raz odwiedziliśmy Sybin pod drodze na Trasę Transfogaraską dwa tygodnie wcześniej. Wtedy ograniczyliśmy się jednak do wizyty na targu i w bardzo przeciętnym barze mlecznym. Planowaliśmy jednak wrócić tam na dłużej.

Udało się na początku października. Do Sybina przyjechaliśmy w sobotę z rana i zostaliśmy do niedzieli. Niby krótko, ale przez ten czas i tak udało się nam odwiedzić wiele ciekawych miejsc. Co więcej, w centrum odbywał się akurat festiwal gitarowy. Tak więc, mimo że jest już grubo po wakacjach, miasto absolutnie nie sprawiało wrażenia opustoszałego.

festiwal

Z Sybinem wiąże się ciekawa historia, bo miasto to zostało założone w średniowieczu przez osadników niemieckich. Jeszcze w okresie międzywojennym ludność niemieckojęzyczna stanowiła tam większość, jednak wraz z upływem lat do miasta napływało coraz więcej Rumunów. Do tego, pod koniec lat siedemdziesiątych Ceaușescu wymyślił cudowny plan uzdrowienia rumuńskiej gospodarki. Polegał on na umożliwieniu wyjazdu Niemców do RFN-u – w zamian za niemałe pieniądze, rzecz jasna. W efekcie liczba dwudziestu pięciu tysięcy niemieckojęzycznych mieszkańców Sybina (1977) stopniała do nieco ponad pięciu tysięcy (1992). W całym mieście czuć jednak silne wpływy niemieckie, które nie ograniczają się do uwzględniania na tablicach wjazdowych nazwy Hermannstadt.

szwaby

Nie zawsze mam ochotę zwiedzać muzea. Zwłaszcza w takim mieście jak Sybin, gdzie każda niemal uliczka ma swój niepowtarzalny urok. Co więcej, w centrum można natrafić na zaledwie kilka komunistycznych betonowych potworków. Rzecz rzadko spotykana nawet we Wrocławiu. Dlatego wybraliśmy taki a nie inny rodzaj zwiedzania – a i tak nie zobaczyliśmy kilku rzeczy.uliczka 1uliczka 2uliczka 4uliczka 620151004_131442

Po tych uliczkach można naprawdę łazić całymi godzinami. Wiele budynków jest w słabym stanie technicznym. Tu brakuje paru dachówek, tam odpada tynk… Ale z drugiej strony mam wrażenie, że gdyby je wyremontować, to miasto straciłoby wiele ze swojego uroku.uliczka 3uliczka 5uliczka 720151003_175130

Rzecz charakterystyczna – okna na poddaszach, tzw. „oczy miasta”.

oczy

Super są też pozostałości po fortyfikacjach miejskich. Wprawdzie to niewiele w porównaniu do Alba Iulia (o tym napiszę niebawem), ale kawałki murów i baszty pięknie korespondują ze wszechobecną starą zabudową.

forty20151004_125311

Niedaleko centrum jest targ. Dominują oczywiście owoce i warzywa, które sprzedawane są tutaj za śmieszne pieniądze. Można też znaleźć parę lokalnych przysmaków, jak na przykład marynowany estragon czy zakuskę. Jest też kilka stoisk „przemysłowych”, gdzie sprzedawane są garnki, maszynki do mielenia mięsa, kanarki, przyprawy, a także inne cuda. Niezły misz-masz.

targ

Z racji festiwalu w mieście dużo się działo. W rynku pojawił się także targ z różnego rodzaju pamiątkami. Ale nie tylko, bo można było na przykład nabyć kompletną aparaturę do pędzenia palinki, steampunkowe kapelusze czy wyroby rzemieślnicze.

20151003_180022steampunk

O zabytkach nie będę się rozpisywał. W trakcie wycieczek nie korzystaliśmy z przewodnika i chodziliśmy bez jakiegoś szczególnego celu. Miało to o tyle sens, że na każdym kroku można natrafić tam na coś ciekawego.

20151003_175856

Ot, na przykład na taki most – pierwsza żeliwna konstrukcja tego typu na terenie dzisiejszej Rumunii. Podobno ma się zawalić, jeżeli ktoś skłamie na nim skłamie. Z tego, co się dowiedziałem, Ceaucescu lubił stamtąd przemawiać – więc tyle, jeśli chodzi o jego legendarną właściwość.

most kłamców

Osobną kwestią są knajpy, których jest tam mnóstwo. Ceny różne – od typowo rumuńskich, po nieco wyższe. Odwiedziliśmy kilka różnych i – niestety – zachwytu nie było. Choć akurat zupy wyglądały nieźle – i podobnie smakowały.

pasza

Za to mile wspominamy wizytę w Cafe Wien. Zwłaszcza Ania, która miała zaszczyt siedzieć w tym samym miejscu co Robert Makłowicz w trakcie jednego ze swoich programów. Tyle, że on pochłonął parę rodzajów ciast. My ograniczyliśmy się do kawy – z takim oto widoczkiem:

widok cafe wien

Poza centrum miasto też robi wrażenie. Z dotychczas odwiedzonych przez nas miejsc w Rumunii Sybin wygląda na najbardziej zadbany. Jest tam mnóstwo nowych budynków, przy głównych drogach standardem są ścieżki rowerowe, wszędzie jest czysto i schludnie. Nawet dociera tam, choć na razie w kawałkach, autostrada. To wielka duma Rumunów. Popełnię może kiedyś o artykuł na temat stanu ich dróg, ale najpierw chciałbym zwiedzić kilka bardziej prowincjonalnych mieścin żeby mieć obraz całości. Być może pokuszę się też o kolejny artykuł dotyczący Sybina. Okazja może się nadarzyć już wkrótce, bo właśnie tam chcemy zabrać znajomych, którzy się do nas wybierają w przyszłym tygodniu. Jest tam jeszcze z całą pewnością parę rzeczy do obejrzenia.

2 myśli nt. „Sybin (rum. Sibiu, niem. Hermannstadt)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *