Polak, Węgier (i Sekler też!) dwa bratanki

Mam problem z opisywaniem bardziej znanych miejsc, takich jak Budapeszt. Co bowiem może nowego wnieść tego typu artykuł, skoro o tym mieście napisano już tonę książek i jeszcze więcej mniejszych publikacji? Wspomnienie wizyty w tym mieście to jednak dobra okazja, aby przytoczyć kilka miłych wspomnień związanych z przyjaźnią polsko – węgierską.

Gdy pierwszy raz byłem na Węgrzech w ramach studenckiej wycieczki (chyba jakieś 9 lat temu – o matko!), to jakoś tego nie odczułem. Aczkolwiek były wyjątki, jak np. miły pan, który popijał z nami wino nad brzegiem Balatonu. Nie znał ani słowa w obcym języku, ale powtarzaliśmy nawzajem obie wersje wspólnego przysłowia i wszyscy byli zadowoleni.

dworzec-keleti-pociagi
To akurat dworzec Keleti, a nie Nyugati (mój, i nie tylko mój, ulubiony w całym Budapeszcie)

Z siedem lat temu natomiast wydarzyła się sytuacja, która była dla mnie wręcz nierealna. Otóż stałem z bratem jak te dwa głąby na dworcu kolejowym (chyba Nyugati, ale głowy nie dam) i próbowaliśmy dowiedzieć się, którym pociągiem dojedziemy nad Balaton. Z pomocą przyszła nam miła dziewczyna, która usłyszała język polski i zaoferowała się wyjaśnić czym, kiedy i za ile dojedziemy. Miło jest spotkać rodaczkę za granicą, ale jeszcze milej zrobiło się, gdy ta „rodaczka” okazała się Węgierką. Byliśmy w szoku, bo nie dało się wyczuć absolutnie żadnego akcentu.

toldi-konyhaja-restauracja-budapeszt
Knajpka pana Tibora. Rewelacyjne miejsce godne polecenia (ul. Batthyány 14, jakby ktoś szukał)

Ok, jedna Węgierka mówiąca biegle po Polsku może się jeszcze zdarzyć. Ale dwie? Podczas obecnej wycieczki spotkała mnie bardzo podobna sytuacja. Tym razem miłośniczką naszego języka okazała się natomiast jakaś losowa pani na starym mieście. Zastanawialiśmy się bowiem czy knajpa koło jakiegoś ministerstwa jest ogólnodostępna, czy też nie. Nie była, ale miła pani usłyszała naszą rozmowę i poleciła lokal w okolicy.

hofeherke-sorozo-bar-budapeszt
Typowa knajpka dla starszych panów. Ul. Árpád 60)

Na miejscu zdecydowaliśmy się jednak poszukać czegoś innego, dzięki czemu trafiliśmy na kolejnego polonofila – pana Tibora. Knajpa nazywa się Toldi Etkezde i można w niej zjeść węgierskie domowe obiady. Ceny jak na stolicę mają rewelacyjne, a pan Tibor częstuje do tego wszystkich grzanym winem. Polacy mogą w dodatku liczyć na wspólne oglądanie jego zdjęć z Zakopanego i Krakowa.

bem-sorozo-bar-budapeszt
Bar nazwany imieniem naszego wspólnego bohatera. Lokalizacja oczywista – pl. Bema :)

Ogólnie rzecz biorąc, lubię tego typu miejsca „dla ludu”. Takie, gdzie spotkać można starszych panów lekko nadużywających alkohol, a obsługa bliska jest przejścia na emeryturę. Ma to w sobie pewną magię – i nie chodzi tu jedynie o ceny. Zresztą, to w sumie dobry temat na osobny wpis.

pomnik-bema-budapeszt
Pomnik Józefa Bema w Budapeszcie

W Budapeszcie byliśmy akurat pomiędzy dniem urodzin Józefa Bema (każde węgierskie miasto ma pomnik, plac, albo chociaż ulicę Bema) a wizytą prezydenta Dudy. Na mieście spotkać więc można było wielu Polaków. Zwykle w patriotycznych koszulkach, które w ogromnej większości doprowadzają mnie do szału swoją kiczowatością. No ale nie powiem – miło było zobaczyć pomnik generała przystrojony licznymi wieńcami kwiatów, a nawet laurkami robionymi przez dzieci. A wiele z nich przywieźli właśnie Polacy.

pomnik-bema-budapeszt-tablica
„Odbiorę most albo zginę. Naprzód Węgrzy! Nie ma mostu, nie ma ojczyzny”

Coś więc jednak jest na rzeczy z tą naszą przyjaźnią. W Siedmiogrodzie różnie z tym było. Tuż przy granicy właściciel baru stawiał mi wódkę za sam fakt pochodzenia z Polski, a pogranicznicy próbowali mówić po naszemu „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”. W Klużu jeden z Węgrów nie znał z kolei nawet powiedzenia „Lengyel, magyar két jó barát, együtt harcol, s issza borát”. Na Seklerszczyźnie magiczne słowo „Lengyel” wciąż wywołuje jednak uśmiech na twarzach rozmówców. Zastanawia mnie, jak to jest na przykład w Serbii, bo na Słowacji ponoć zachowała się pamięć naszej przyjaźni.

20160729_131002
Pamiętająca czasy królestwa Węgier tablica pamiątkowa w Klużu.

***Wpis pierwotnie miał się ukazać 18 marca 2016 roku, ale nie wiedzieć czemu wtedy go nie opublikowałem. Był to moment powrotu z Rumunii i chyba zastanawiałem się czy nie odpuścić już tego tematu. Po niemal roku stwierdzam, że warto było to kontynuować***

Marchlewszczyzna

50 km na zachód od Żytomierza rozpościerają się lasy, pola i bagna, pomiędzy którymi ciągną się dziurawe drogi. Turyści tam nie zaglądają, bo i miejsc do zwiedzania jest niewiele. Żyje tam natomiast kilkadziesiąt tysięcy naszych rodaków, których przodkowie zasiedlili te ziemie jeszcze przez rozbiorami – i z tego względu warto się tam wybrać.

Większość zdjęć zamieszczono dzięki uprzejmości Patrycji Jenczmionki-Błędowskiej z Radia Rodzina. Mojego autorstwa są to zamazane, źle wykadrowane i niedoświetlone ;-).

Dla mnie okazją była akcja zorganizowana przez Towarzystwo Miłośników Kresowych i Stowarzyszenie Kresy Wschodnie – Dziedzictwo i Pamięć. W podobnych okolicznościach rok temu odwiedziliśmy wspólnie Polaków na rumuńskiej Bukowinie. Teraz przygotowane zostały przygotowane paczki dla polskich i ukraińskich dzieci. Dzięki wsparciu szkół, parafii oraz wpłatom czytelników Gazety Polskiej Codziennie udało się przygotować ponad 200 paczek.

polskie-dzieci-ukraina
Miłe przywitanie w Sobolówce. Cieszy zwłaszcza fakt, że mimo trudnej sytuacji na Ukrainie wciąż mieszka tam tak wielu młodych ludzi

Aby wszystko się zmieściło, potrzeba było trzech samochodów. Wyruszyły one we wtorek 27 grudnia o 22:00 z Wrocławia, po sufit obładowane paczkami. Zabraliśmy też ile się tylko dało produktów spożywczych, ale resztę trzeba będzie dostarczyć w najbliższej przyszłości. Po wielogodzinnej podróży, z przerwą na stanie na granicy, około 17:00 dotarliśmy do Sobolówki, gdzie czekali na nas mieszkańcy.

chlebem-i-sola-polacy-na-ukrainie
Chlebem i solą. W każdym odwiedzanym przez nas miejscu byliśmy witani równie uroczyście

Zza okna widać było, że przygotowano nam nie lada przywitanie. Dzieci wraz z rodzicami i dziadkami stały w kółeczku i jak tylko weszliśmy, zaśpiewały piosenkę „witamy was alleluja” i podarowały pięknie przyozdobiony chleb z solą.

marchlewszczyzna-zytomierz-ukraina-polacy
Najstarsi mieszkańcy wciąż pamiętają – choć głównie z opowieści – o tragicznych czasach sowieckiego terroru

Następnie odbyła się msza, podczas której usłyszeć mogliśmy coś niesamowitego. Ludzie ci, którzy na co dzień mówią już bardziej po ukraińsku, śpiewają i modlą się nadal po polsku! Pod koniec nadszedł czas na przybycie św. Mikołaja, w którego wcielił się jeden z uczestników wyprawy. Potem zostaliśmy poproszeni do jednego z pomieszczeń, gdzie czekał suto zastawiony stół. W kolacji towarzyszyli nam najstarsi mieszkańcy, którzy (po polsku!) opowiadali nam o najstarszych dziejach okolic.

rodzinne-spotkanie-sobolowka-ukraina
Wzruszające spotkanie po latach. Członkowie stowarzyszeń kresowych często odnajdują kontakt ze swoimi rodzinami zza Buga

Opowieści słodko-gorzkie: o tym, jak po wojnie polsko-bolszewickiej tereny te znalazły się w sowieckiej Rosji (powstała tam pseudo autonomia polska, tzw. „Marchlewszczyzna”), o bolszewickim terrorze, rozkułaczaniu, zsyłkach i mordach. Najbardziej przejmujące były jednak historie z czasów wielkiego głodu, gdy zdarzały się nawet akty kanibalizmu. Przewijały się jednak także weselsze anegdoty. Jedna z pań opowiadała na przykład historię swego ojca, który dorobił się sporego majątku i został rozkułaczony. Udało mu się jednak z powrotem wzbogacić, co poskutkowało wywózką na Syberię, gdzie… po raz kolejny został oskarżony o kułactwo!

polskie-dziecko-sobolowka-ukraina
Dzieci z Sobolówki wołają św. Mikołaja

Co ciekawe, mimo wszystkich tych strasznych wydarzeń, jeszcze do lat 60-tych mieszkańcy posługiwali się głównie polszczyzną. Dziś wprawdzie mówią oni już po ukraińsku, ale starają się uczyć także języka przodków.

Aby dokładniej poznać historię tych ziem, odeślę jednak do dobrze opracowanych źródeł, takich jak strona www.kresy.wm.pl. Obszerny opis losów Polaków z terenów obecnej Białorusi i Ukrainy znajduje się też na portalu www.magnapolonia.org. Sam skupię się zaś na samej wyprawie, która obfitowała w wiele wartych uwagi chwil.

romanow-widok-na-polska-wies
Romanów. Wieś składa się ze skromnych, ale zadbanych chatek

Pierwszą noc spędziliśmy w Romanowie, w miejscowym klasztorze. Rano mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie lokalnego kościoła, pod wezwaniem św. Jadwigi. Wewnątrz kolejne ślady polskości – ołtarz z „naszymi” świętymi: Stanisławem, Janem Pawłem II, Faustyną.

ukraina-romanow-kosciol-sw-jadwigi
Kościół w Romanowie. Mieszkańcy walczyli o niego przez długie lata. Świątynię udało się w końcu wybudować w latach 90-tych, ale zgodę wydały jeszcze władze radzieckie!

Ksiądz zdradził nam, że to zabieg celowy – chodzi o to, żeby po tutejszych Polakach pozostał trwały ślad. Ślady są też na pobliskim cmentarzu, gdzie mimo dominującej cyrylicy znaleźć można gdzieniegdzie pisane po polsku nagrobki.

ukraina-romanow-grob-milewski-cyrylica
Panie Milewskie w wersji pisanej cyrylicą…

Nazwiska też brzmiały swojsko, gdyż tereny te były zasiedlane jeszcze przed rozbiorami przez polską drobną szlachtę. Nie było jednak czasu na ich dokładne oglądanie, gdyż trzeba było się dostać do kolejnej miejscowości o nazwie Czerwone Chatki.

ukraina-romanow-grob-milewska
…a tutaj spoczywa ich siostra, o czym informuje nagrobek z polskimi inskrypcjami

Nie było szans, aby nasz bus przejechał przez las i pola, którędy prowadziła jedyna droga. Dlatego też ksiądz Maciej Kopczyński opiekujący się lokalną parafią zaproponował nam podróż zaprzęgiem. On sam wybrał narty biegowe.

marchlewszczyzna-sobolowka-konie
Tym dwóm dziewczynom zawdzięczamy możliwość dotarcia do miejscowości Czerwone Chatki

Na miejscu czekało nas kolejne przywitanie i serdeczności. Wzruszeni byli zwłaszcza starsi mieszkańcy, którzy prosili o jak najczęstsze odwiedziny. Późniejsze wydarzenia wskazują na to, że nie była to jedynie grzeczność, a faktycznie wielka chęć kontaktu z rodakami.

sobolowka-mikolaj-z-polski
Ujęcie jeszcze z Sobolówki. Młodzieniec zapytany o to, czy słucha rodziców i czy dobrze się uczy, ma nieco zmieszaną minę ;-)

Trzecim miejscem, które odwiedziliśmy, był Żółty Bród. Scenariusz spotkania podobny, ale jedna rzecz sprawiła że jest to wieś wyjątkowa. Jedna z sióstr prowadzi tam bowiem zajęcia z języka polskiego, o których efekcie łatwo się przekonać. Nie tylko starsi mieszkańcy, lecz nawet dzieci mówią tam pięknie po polsku!

sobolowka-pani-lena-dyrektorka-szkoly
Pani Lena, była dyrektorka miejscowej szkoły. Bardzo życzliwa osoba, dumna ze swojego pochodzenia

Po wszystkim pojechaliśmy na obiad do pani Neli – byłej dyrektorki lokalnej szkoły. Opowiadała nam o tym, jak bardzo przywiązana jest do swojej tożsamości. Widać to było chociażby dzięki z pozoru nieistotnym szczegółom – podała nam np. barszcz… „po polsku”. Popołudnie spędziliśmy w jej miłym towarzystwie i obiecaliśmy nawzajem się odwiedzać. Mam nadzieję, że uda jej się kiedyś przyjechać do Wrocławia (w Polsce była już kilka razy).

ukraina-polski-obiad
Z wizytą u pani Leny i tradycyjne dania zapełniające cały stół

Kilka faktów sprawiło jednak, że wyjazd na Żytomierszczyznę był smutnym doświadczeniem. Okoliczne wsie się wyludniają, ludzie wyjeżdżają bowiem albo do większych miast, albo do Polski. Na miejscu panuje zaś potworna bieda i pisząc „potworna” właśnie to mam na myśli.

riazanka-ser-z-siary-ukraina
Poszukiwania w googlu mówią, że to może być riażanka – ser wytwarzany z siary

Do tego, mimo że tamtejsza polska społeczność jest dość liczna (oficjalnie ok. 50 tys.), to nie mają oni nawet swojego domu polskiego. Dla porównania, na rumuńskiej Bukowinie gdzie Polaków żyje ledwie kilka tysięcy, jest ich chyba osiem… Kontakt z językiem zapewniają im wprawdzie księża i siostry, ale ich „przełożeni” wymagają odprawiania mszy głównie po ukraińsku – po to, aby pozyskiwać wiernych także wśród ludności ukraińskiej.

konny-zaprzeg-sobolowka-czerwone-chatki
Jeszcze jedno ujęcie na nasz zaprzęg. Żal było koników, choć to dla nich chleb powszedni. W nagrodę dostały jednak tabliczkę czekolady

Na koniec dam jednak pozytywny akcent: reportaż autorstwa Patrycji Jenczmionki-Błędowskiej z Radia Rodzina. Posłuchajcie, bo naprawdę warto. Choćby po to, aby przekonać się jak pięknie pielęgnują rodzimy język Polacy Żytomierszczyzny. Przede wszystkim zachęcam jednak do odwiedzin i przekonania się na własnej skórze, jak tam jest.

Zmiany, zmiany, zmiany

Przyznam się bez bicia, że przez ostatnie parę miesięcy rzadziej udzielałem się na blogu. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Pierwszą była praca nad portalem, który chciałbym dzisiaj zaprezentować. Drugą… przewodnik! Ale o tym niebawem.

Skupię się dzisiaj na portalu, gdyż pomysł ten od dawna chodził mi po głowie. Oczywiście chodzi o portal poświęcony Rumunii – czyli www.wrumunii.pl. Zauważyłem bowiem, że mimo coraz większej popularności kraj ten w polskiej części internetu wciąż pozostaje zapomniany.

uliczka 3

Przede wszystkim chciałbym, aby strona ta w przyszłości była głównym źródłem wiedzy o Rumunii. Zarówno pod kątem turystyki, biznesu, gospodarki, polityki, jak i życia w tym kraju. Obecnie trudno bowiem mówić o przesycie informacji na ten temat.

20150902_143221

Weźmy na przykład taką politykę. W polskich mediach była mowa o obniżkach podatków, zniesieniu ponad setki regulacji, ale poza tym? Cisza. Obstawiam, że mało kto nawet wie kto w tej Rumunii jest premierem, a kto prezydentem. Tymczasem 11 grudnia będą miały miejsce wybory parlamentarne, które mogą być pod wieloma względami bardzo ciekawym wydarzeniem.

5

Inną sprawą jest (a może najważniejszą?), że Rumunia z roku na rok staje się miejscem popularnym wśród turystów. Mnie to w ogóle nie dziwi, ale ktoś kto z jakiegoś powodu wybierze się tam pierwszy raz, może nie do końca wiedzieć co go czeka. Tymczasem Rumunia zapewnia mnóstwo wrażeń miłośnikom gór, zabytków, plażowania, osobom chcącym wziąć udział w ciekawych festiwalach i innych wydarzeniach kulturalnych. Tak więc jest to kolejny rozległy temat, który chciałbym rozwijać.

Do zobaczenia w Vadu! :)

Nie zapominajmy również o coraz liczniejszej grupie śmiałków, którzy postanowili w Rumunii zamieszkać. Obecnie grupę „Polacy w Rumunii” na fejsbuku tworzy niewielka społeczność licząca nieco ponad 1300 osób. Sądzę jednak, że jest to jedynie część (jaka? nie wiem) spośród tych, którzy wybrali ten kraj jako miejsce zamieszkania – tymczasowe lub stałe. To właśnie z myślą o nich chciałbym, aby na portalu pojawiały się przeróżne poradniki. Jak zrobić prawo jazdy w Rumunii? Gdzie zarejestrować pobyt? Gdzie szukać pracy? Ile można zarobić? Są to pytania, na które łatwo znaleźć odpowiedź – pod warunkiem, że szuka się danych dotyczących Anglii, Niemiec czy Norwegii. Pod tym względem Rumunia w polskim internecie pozostaje natomiast czarną dziurą.

00370017

Marzy mi się, żeby portal żył i był zarówno ogromną bazą wiedzy o Rumunii, jak i miejscem wymiany myśli między jej miłośnikami. Przede wszystkim ma temu służyć system komentarzy (który nie wiem czy już działa :D). Chciałbym tam jednak także publikować wszelkie relacje z podróży i życia w tym kraju – zarówno świeże relacje, jak i wspomnienia sprzed lat. Te publikowane, jak i te zalegające w szufladach zbyt nieśmiałych autorów. Dlatego też zachęcam wszystkich tych, którzy chcieliby podzielić się swoimi wrażeniami. To właśnie dla nich powstanie niebawem dział „Moja Rumunia”.

Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale...

Na koniec wypada przeprosić za wszelkie niedociągnięcia, których jest całkiem sporo. Wspomniany system komentarzy niekoniecznie działa, po otwarciu artykułów brakuje jeszcze bocznego menu, a obecne logo woła o pomstę do nieba. Obiecuję jednak, że postaram się jak najszybciej nadrobić braki. Zapraszam do dzielenia się wszystkimi sugestiami, a przede wszystkim – czytania!

P.S. Z tego wszystkiego zapomniałem wspomnieć o przewodniku, ale to następnym razem!

 

Polska-Rumunia, czyli dlaczego najpewniej nie pójdę już na żaden mecz

Nie jestem fanem piłki nożnej, ale występ naszej reprezentacji uznałem za dobry powód do kolejnych odwiedzin w Rumunii. Niestety, tak jak mecz był niezły, to kibice obu drużyn zademonstrowali niewyobrażalny poziom żenady.

Sam wyjazd postaram się opisać w osobnej notce, bo może to być przydatne dla osób planujących kilkudniowy wypad do Rumunii. W ciągu czterech dni udało się nam zobaczyć przełom Dunaju, przejechać przez tamę przy Żelaznych Wrotach, objechać kawałek Serbii i Bułgarii, zobaczyć Bukareszt, parę transylwańskich zamków i zaliczyć miły wieczór w Klużu. No ale póki co skupmy się na meczu.

polska-rumunia-2016-impreuna
Dobre złego początki. Świetna oprawa rumuńskich kibiców z początku meczu, której nie było mi dane zobaczyć. Niestety, później było już tylko gorzej. Źródło: www.romanianultras.net

Już w trakcie drogi z granicy bułgarskiej czytaliśmy artykuły o polskich kibicach, którzy szykowali się do bitwy z Rumunami. Im bliżej stolicy, tym było gorzej. Z godziny na godzinę dowiadywaliśmy się, że wsparcia udzielić mają kibice z Węgier, potem doszły nas słuchy o zdemolowanej knajpie i interwencjach policji. Wciąż jednak byłem przekonany, że obędzie się bez burdy, skoro wynik meczu był raczej przesądzony.

Udany mecz, fajny stadion, ale...
Udany mecz, fajny stadion, ale…

Po dotarciu na stadion napięcie jeszcze bardziej rosło. Od parkingu do wejścia kibicom towarzyszyły oddziały policji wyposażonej w ochraniacze, tarcze, pałki i pistolety na ostrą amunicję. To, a także patrole konne i stojące z boku polewaczki świadczyły o tym, że organizatorzy podeszli do kwestii bezpieczeństwa całkiem serio.

Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion
Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion

Okazało się, że wejście dla polskich kibiców było z drugiej strony stadionu. Na szczęście, nasi rodacy zostawili tajemne znaki na ścianach, które doprowadziły nas do celu. Potłuczone butelki po wódce były zaś czytelnym sygnałem, że jesteśmy na miejscu. Rozpoczął się długi proces sprawdzania, czy aby nie wnosimy do środka materiałów pirotechnicznych, broni, butelek, flag, czy też monet (!) które uznano najwyraźniej za szczególnie niebezpieczny materiał. Jak pokazują zdjęcia z rumuńskich portali kibicowskich, kontrole nie odbywały się bez powodu. Oprócz pirotechniki niektórzy chcieli do środka wnieść pałki, noże i maczety.

Zestaw kibica - czyżby Kraków? :) Źródło: www.romanianultras.net
Zestaw kibica – czyżby Kraków? :)
Tradycyjne drzewce od siekier i gazrurki, a także nutka egzotyki w postaci sprzętu ogrodniczego. Źródło: www.romanianultras.net

Efekt był taki, że na trybuny weszliśmy dopiero tuż po pierwszej bramce. Mieliśmy za to doskonały widok na resztę spotkania, gdyż spędziliśmy je na schodach. Okazało się bowiem, że wszystkie (numerowane!) miejsca były zajęte, a kibice szczelnie wypełnili każdy wolny skrawek trybun. Nawet nie chciało nam się przebijać przez ten tłum.

Przed meczem naiwnie sądziłem, że zwycięstwo Polaków jest mniej lub bardziej pewne, dlatego założyłem szalik w barwach rumuńskich. Na miejscu zapiąłem kurtkę aż po samą szyję, bo okazało się że może to grozić wpier***em… Kolega Paweł też pozwolił sobie na żart i zabrał na trybuny flagę Japonii, ale rzecz jasna nikt nie zauważył różnicy.

Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają :)
Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają :)

Przyznać trzeba jednak uczciwie, że to rumuńscy kibice wiedli prym jeśli chodzi o „nieeleganckie” zachowania. Petardy latały nie tylko na murawę, co widać było w telewizji. Niektóre trafiały też na nasze sektory, odseparowane szczelnym kordonem policji. Nasi miłośnicy futbolu nie pozostawali dłużni i wykrzykiwali hasła, których cechą wspólną były słowa na K i wyzwiska związane z pewną nomadyczną mniejszością etniczną.

Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-)
Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-). Źródło: www.romanianultras.net

Nasi kibice postanowili też przeprowadzić dyskusję na temat relacji rumuńsko-węgierskich, co przejawiało się w okrzykach „ria ria Hungaria”. W pewnym momencie wszyscy zaś wspólnie ruszyli nawalać się z policją. Szczególną aktywnością wykazywała się grupka Rumunów widoczna na zdjęciu poniżej z racami. Gdy w ruch poszły wyrwane krzesełka, policja wpadła tam zrobić porządek i spałowała najbardziej krewkiego z nich. Wtenczas w niepamięć poszły dotychczasowe konflikty i Polacy darli się „zostawcie kibica, wy k***y zostawcie kibica”. Policjanci chyba nie zrozumieli, bo wywlekli nieszczęśnika w ustronne miejsce wspomagając się pałkami.

Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli...
Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli…

Wraz z upływem czasu było jednak spokojniej i gdy padła trzecia bramka, rumuńskie trybuny były już mocno przerzedzone. W oddali wciąż wyróżniały się jednak dwie gromady rumuńskich kibiców, którzy czekali do końca spotkania. Czekali na siebie nawzajem, bo byli to ultrasi dwóch nienawidzących się stołecznych klubów (Dinamo i Steaua).

Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy
Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy

My jednak nie mieliśmy z nimi kontaktu, gdyż polscy kibice mogli opuścić stadion dopiero kilkadziesiąt minut po meczu. Do bójek jednak najpewniej dochodziło, bo w sieci znaleźć można zdjęcia rumuńskich kiboli z odebranymi Polakom „trofeami”.

mierzyn-flaga-bukareszt-kibole
Rumuńscy kibole i ich trofeum. Źródło: www.romanianultras.net

Drogę na parking wyznaczał szpaler policji, ale tam na szczęście obyło się bez incydentów. Dopiero potem mieliśmy dowiedzieć się, że większość bójek polskich kibiców odbywało się… pomiędzy nimi samymi. Nawet na samych trybunach dochodziło do wyzwisk i przepychanek – zapewne z bardzo ważnych powodów.

Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net
Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net

Wszystko to sprawiło, że czym prędzej zapragnęliśmy opuścić Bukareszt. Rankiem dotarliśmy do Bran, gdzie również zjawili się nachlani troglodyci deklarujący śmierć wrogom ojczyzny. Poza Bukaresztem nie spotkałem natomiast żadnych rumuńskich kiboli, a ludzie z którymi rozmawiałem mieli podobne odczucia – że ich reprezentacja to katastrofa, a zachowanie kibiców było poniżej wszelkiej krytyki.

polacy-bojka-kibicow-rumunia
Z twarzy tego faceta można wyczytać pytanie bez odpowiedzi – „co ja tutaj, k***a, robię? Ja też nie wiem. Źródło: www.romanianultras.net

W ten oto sposób będąca w mniejszości grupka debili obu narodowości sprawiła, że już być może nigdy nie pójdę na żaden mecz polskiej reprezentacji.

Małe Węgry

Istnieje takie miejsce w Transylwanii, gdzie mało kto mówi po rumuńsku, miejscowości mają podwójne nazwy, a sylwester obchodzony jest dwa razy – o północy i godzinę później, gdy Nowy Rok witają mieszkańcy Budapesztu.

Seklerszczyzna (rum. Ținutul Secuiesc, węg. Székelyföld) to obszar obejmujący niemal w całości obecne okręgi administracyjne (judeţul) Covasna, Harghita oraz fragmenty Mureș i Neamţ. Nie jest jasne, skąd wzięli się tam Seklerzy. Według jednej z teorii zostali sprowadzeni na te ziemie w XII wieku celem obrony wschodnich rubieży królestwa Węgier. I choć przez wieki zachowali pewną odrębność, to obecnie w większości identyfikują się oni ze swoimi krewniakami z Węgier.

Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomi. Źródło: Andrei Nacu, domena publiczna
Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomii. Źródło: Andrei Nacu, wikipedia/domena publiczna

Przez wieki Seklerzy podkreślali swoją niezależność. Także dzisiaj zauważyć można pewne elementy w ich kulturze, których próżno szukać w innych rejonach dawnych Węgier. Podczas podróży przez wsie i miasteczka rzucają się w oczy przepiękne bramy, strzegące wjazdów do ich domów. Odpowiedników tych misternie rzeźbionych drewnianych dzieł sztuki można szukać co najwyżej w Maramuresz.

Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Swiadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Świadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. U góry widoczne otwory i „ptasie” ornamenty. Źródło: www.marefalva.ro

Powyższe zdjęcia prezentują wieś Satu Mare (węg. Máréfalva) w okręgu Harghita. Nie mylić z Satu Mare znajdującym się w Maramuresz. Przejeżdżałem tamtędy i zdjęcia wyszły słabo. Dlatego też skorzystałem z galerii znajdującej się na ich stronie.

Charakterystyczną cechą Seklerszczyzny, jak zresztą całej Transylwanii, są także obronne kościoły. Niektóre z nich są niczym małe zamki – w ścianach zauważyć można otwory strzelnicze, a w górnych partiach znajdują się niekiedy całe galerie służące do obrony. Polecam zajrzeć do artykułu poświęconemu ufortyfikowanemu kociołkowi w Prejmer – jest to przykład jednego z bardziej charakterystycznych założeń tego typu.

Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kosciół
Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kościół

Mur wokół świątyni to w zasadzie typowe zjawisko w tym regionie. Dotyczy zaś ono nie tylko ogromnych założeń, lecz także niewielkich wiejskich świątyń. I nie ma się czemu dziwić. Krwawe najazdy mongolskie z XIII wieku na wiele lat odcisnęły swe piętno na życiu mieszkańców całej Transylwanii.

Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.
Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.

A jeśli już jesteśmy przy motywie śmierci, to także tutaj zaskakuje odmienności seklerskich obyczajów. Ich tradycyjne nagrobki mają bowiem kształt czworobocznych pali. Zwyczaj ten zachował się zresztą gdzieniegdzie po dziś dzień i pokazuje odmienność tego tajemniczego ludu. W kamiennych nagrobkach także można zauważyć nawiązania do dawnej tradycji.

Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali
Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę, aby wspomnieć o jeszcze jednej różnicy. Seklerzy, jak zresztą większość siedmiogrodzkich Węgrów, to protestanci. Są wśród nich zarówno kalwiniści, luteranie, a nawet unitarianie. Różnica jest zauważalna choćby w wystroju kościołów. Polecam więc zaglądać do mijanych nawet w najmniejszych wsiach świątyń. Wyglądają one często tak, jakby czas zatrzymał się tam przynajmniej sto lat temu.

Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Ten sam kościół. Fragment modlitwy

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się w kwestii różnic językowych. Jeden Węgier tłumaczył mi jednak, że takowe istnieją. Przytaczał przykład, że seklerskie określenie pieczonego ziemniaka jest przez mieszkańców Węgier rozumiane jako „delikatne upicie się”, co może prowadzić do zabawnych nieporozumień. Niestety, nie mam jak tego zweryfikować.

Spora część Transylwanii jest dwujęzyczna – zwłaszcza jeśli chodzi o nazwy miejscowości. Niekiedy, np. w Timiszoarze czy Braszowie, przed wjazdem do miasta są wymienione aż trzy nazwy – rumuńska, węgierska oraz niemiecka. I to mimo, że tamtejsze mniejszości stanowią niewielki procent mieszkańców. Warto o tym wspomnieć, gdyż np. władze takiego Klużu wzbraniają się przed poinformowaniem przyjezdnych o jego węgierskiej nazwie – Kolozsvár.

Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna
Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna

Tymczasem na Seklerszczyźnie węgierskie nazwy miejscowości pojawiają się nawet na drogowskazach, co jest gdzie indziej niespotykane. W efekcie na znakach – takich jak poniżej – mamy prawdziwy natłok napisów. Ale przynajmniej wszyscy są szczęśliwi.

Trudno się nie połapać :).
Trudno się nie połapać :).

No dobra, Węgrzy szczęśliwi nie są. Wielu z nich chciałoby zapewne, aby obecne granice uległy korekcie. Np. tak, jak podczas wojny, po korzystnym dla Węgier arbitrażu wiedeńskim. Zwłaszcza na Seklerszczyźnie widać tęsknotę do Wielkich Węgier, np. w postaci plakatów na których zilustrowany jest rozpad królestwa.

Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.
Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.

Temat ten zasługuje zresztą na osobny artykuł, aczkolwiek póki co nie czuję się kompetentnie aby to opisać. Sprawa nie jest bowiem tak prosta, jak się wydaje większości polskich hungarofilów. Z całą pewnością muszę zaś stwierdzić, że obecnie Węgrzy w Rumunii mają nieporównywalnie więcej praw, niż Rumuni zamieszkujący te tereny przez I wojną światową.

Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Obecnie niektóre środowiska węgierskie podejmują starania, aby teren Seklerszczyzny objęty został autonomią. Na jakich zasadach i jakie terytorium miałoby obejmować? Samo wyznaczenie granic sprawia pewną trudność, ze względu na zmiany demograficzne zachodzące na przestrzeni lat. Mam jednak nadzieję, że oba narody się kiedyś dogadają. Już teraz wśród zwykłych ludzi dominuje pozytywne nastawienie względem siebie. Tylko czasem Rumuni narzekają, że nie mogą dogadać się we własnym kraju w swoim języku, a ci Węgrzy cały czas mają do nich o coś pretensje.

Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Seklerszczyzna to oczywiście nie jedyne miejsce w Rumunii, gdzie żyje mniejszość węgierska. Sporo wciąż zamieszkuje wschodnie tereny, a także obszar centralnej Transylwanii, czyli np. Kluż i okolice – tam zresztą zdarzają się miejsca, gdzie stanowią oni przytłaczającą większość. W całym kraju żyje ich – wedle spisu z 2011 roku – około 1,2 mln.

 

 

Kolorowe (rumuńskie) jarmarki

W Polsce handlarze z targowisk nie mają łatwego życia, a zakupy w tego typu miejscach są dla wielu osób obciachem. Co innego w Rumunii, gdzie w każdej większej miejscowości można znaleźć plac ze świeżymi owocami i warzywami. Łatwo się przekonać, że warto.

Z własnych obserwacji wiem, że Rumuni kochają zakupy. Wizyta w większych centrach handlowych to horror – zwłaszcza w weekend, kiedy znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem, a w środku trzeba przedzierać się przez tłumy ludzi. Osobiście wolę jednak zakupy na targowiskach. Zwłaszcza, gdy potrzeba zdobyć świeże owoce i warzywa, albo najdzie mnie chęć na alkohol domowej produkcji.

rumunia-targowisko-sybin
Bukareszt, piața Râmnicu Sărat

W Rumunii nie ma z tym problemu, gdyż w każdym mieście z łatwością można znaleźć mniejsze lub większe targi. Miejskie targowiska na ogół znajdują się w pobliżu centrum, ale zwykle poza obrębem starówki. Tak jest na przykład w Sybinie, gdzie plac targowy zlokalizowany jest kilkaset metrów od starego rynku.

rumunia-sybin-targowisko
Sybin, piața Cibin. W tle katedra ewangelicka

Asortyment oferowany przez sprzedawców zachwyca. Dostać tam można rzeczy, które w Polsce uchodzą niekiedy za rarytasy – a zwłaszcza w takich cenach. Bakłażany po złotówce za kilogram? Osiem złotych za słoik marynowanego estragonu? Szeroki wybór papryki niewiele droższej od ziemniaków? Żaden problem. Przynajmniej w sezonie.

rumunia-targowisko-bukareszt-bakłażan
Sybin. Zdjęcie z października – wyprzedaż bakłażanów :)
rumunia-targowiksko-sybin-przetwory
Sybin. Te zielone słoiki w środku to marynowany estragon – specjalność regionu
rumunia-targowisko-sybin-papryczka
Ostre papryczki. Można je nawlec na sznurek i zasuszyć
rumunia-targowisko-bukareszt
1,5 zł za kilogram papryki – naprawdę chce się żyć
rumunia-targowisko-gogonele
Gogonele, czyli zielone pomidory. Trochę twarde, trochę bez smaku, ale i tak się nimi zajadaliśmy

Na targ warto się też udać w innych celach. Niektóre stoiska oferują szeroki wybór asortymentu do pędzenia bimbru, a i wyrób końcowy można tam łatwo dostać. Butelka palinki to koszt zaledwie 15 lei. Wino sprzedawane w plastikowych butelkach kosztuje zaś mniej niż 5 lei za litr. Ciekawy jest też wybór przeróżnych marynat, które w Rumunii są równie popularne jak w Polsce. A może nawet bardziej, o czym świadczy fakt, że marynują oni nawet arbuzy. Te ostatnie zresztą, podobnie jak melony, w lecie są sprzedawane na każdym kroku – na targach, chodnikach, przy drogach.

przydrozny-targ-rumunia
Jakość słaba, bo zdjęcie robione telefonem z jadącego auta. Ale właśnie na tego typu straganach w sezonie zaopatrzyć się można w arbuzy i melony. Zwykle to koszt jakichś 2 lei za kilogram, choć to zależy od miejsca i pory roku
stoisko-z-arbuzami-rumunia
Zdjęcie równie słabej jakości, tym razem z października zeszłego roku. Końcówka sezonu na arbuzy
rumunia-targ-melon-rumunia
Dojrzały melon za trzy leje. Prawdziwe wybawienie podczas upalnych dni

Targowiska czynne są cały rok. Trzeba jednak zaznaczyć, że mają one mniej lub bardziej prowizoryczne zadaszenia. Zdarzają się też i takie targi, jak na zdjęciu poniżej – a właściwie hale targowe, gdzie handel odbywa się we wnętrzu.

rumunia-targowisko-medias
Piaţa Agroalimentară w Mediaş

Osobną kategorię stanowią targi organizowane na potrzeby turystów. Stoiska rozstawiane są w popularnych miejscach, lub wzdłuż głównych dróg. Można na nich kupić pamiątki, flagi, węgierskie kociołki na trójnogach, sprzęt do bimbru, ludowe stroje, a nawet gumowe maski drakuli i wilkołaków…

targowisko-trasa-transfogaraska
Stoisko na południe od trasy transfogaraskiej, zlokalizowane przy wąskiej drodze tuż pod wielką skałą
targowisko-przy-drodze-izvoru-crisului
W wiosce Izvoru Crișului (węg. Körösfő) targowiska ciągną się przez całą wieś. Nie zdziwiłbym się, gdyby każda mieszkająca tam rodzina trudniła się handlem…

Gott ist mein Fels

„Pan jest moją skałą, moją twierdzą i moim wybawcą”: ufortyfikowany kościół w Prejmer jest niczym żywa ilustracja do ewangelickiego psalmu. Świątynia, którą wznoszono etapami od XIII wieku, miała chronić mieszkańców w razie niebezpieczeństwa. I zapewne chroniła, o czym świadczą zachowane po dziś dzień zabudowania.

Nie ma chyba lepszego przykładu odpowiadającego na pytanie, czym są siedmiogrodzkie kościoły obronne. A zaznaczyć należy, że jest ich bez liku – i na pewno jeszcze nie raz zagoszczą one na łamach niniejszego bloga. Jadąc przez wioski, miasteczka i większe ośrodki co chwilę mija się tabliczkę z napisem „basilica fortificata”. I choć nigdy nie ma czasu na odwiedzenie każdego z tych miejsc, to z własnego doświadczenia wiem że zawsze warto poświęcić choć chwilę na krótki spacer.

I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych...
I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych…

Jest to swego rodzaju znak rozpoznawczy Transylwanii. Pamiątka po najazdach Mongołów, którzy spustoszyli te ziemie pod koniec XIII wieku – czyli nie tak długo po tym, gdy na Legnickim Polu poległ Henryk Pobożny. Nic dziwnego, że ich obecność wymusiła powstanie ogromnej liczby zamków i innego rodzaju fortyfikacji. Kościoły, które w tym czasie były zwykle jedynym murowanym budynkiem w większości osad, idealnie nadawały się do połączenia funkcji sakralnej z nową – obronną. Jak tego dokonywano? Najlepiej będzie, jak oddam głos autorom wspaniałej książki „Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura”. To właśnie ich publikacja zainspirowała mnie do wizyty w tym miejscu:

„Pierwszym sposobem przygotowania świątyń do funkcji obronnych było tworzenie obwodu obwarowań. Pierścienie murów sukcesywnie zwielokrotniano, czyniąc kościół coraz bardziej niedostępnym. Z czasem zaczął się on upodabniać do zamku, w którym ufortyfikowanie głównego budynku kościelnego przemieniało go w główny i ostateczny punkt oporu na miarę donżonu – wieży ostatecznej obrony występującej w średniowiecznych zamkach feudalnych. Na funkcję taką wyraźnie wskazuje częste wykopywanie studni wewnątrz świątyni (!). Samo fortyfikowanie obejmowało z reguły umocnienie wieży, którą prócz strzelnic zaopatrywano najczęściej w drewnianą galerię obronną”. (Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura. Michał Jurecki i Łukasz Gałusek. Olszanica 2008).

Kościół obronny w Prejmer (niem. Tartlau, węg. Prázsmár) jest jednak na tle innych tego typu świątyń założeniem wybitnym. I względnie nowym, bo mimo powstanie w XIII wieku, jego rozbudowa trwała jeszcze w wieku XVIII. Gdy przejeżdżałem tamtędy po raz pierwszy, było już niestety po godzinach otwarcia. Nie zniechęciło mnie to jednak do obejścia całego założenia z zewnątrz.

Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kosciół w Prejmer jedynie z zewnątrz
Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kościół w Prejmer jedynie z zewnątrz

Parę dni później, już w drodze powrotnej, udało się na szczęście wejść do środka. Najpierw zwiedza się barbakan, dobudowany w późniejszym okresie. Całkiem interesująca jest wystawa w budynku bramnym, w której pokazano saskie przedmioty codziennego użytku. Następnie wchodzi się na główny dziedziniec, wokół którego ciągną się drewniane galerie prowadzące do cel refugialnych – ponad dwustu pomieszczeń, gdzie mieszkańcy okolic mogli chronić się przez długie miesiące ewentualnego oblężenia.

Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem
Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem

Większość drzwi jest pozamykanych, jednak w paru miejscach istnieje możliwość wejścia do wewnątrz. Pozwala to na zwiedzenie baszt czy przejście się korytarzem ze skierowanymi na zewnątrz strzelnicami. Są tam nawet nieźle zachowane wykusze latrynowe. W niektórych pomieszczeniach na parterze zlokalizowane zaś były warsztaty rzemieślnicze.

Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach
Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach

Centralnym punktem oporu był kościół, wzniesiony w XIII wieku przez krzyżaków. Wyposażenie jest w nim dość skromne, aczkolwiek nie jest to istotne. Ważne z uwagi na pełnioną funkcję są natomiast elementy mające na celu nadanie mu cech zamkowej wieży – takich, jak chociażby strzelnice.

Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży
Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży

Jeśli chodzi o wspomniane wyposażenie, moim zdaniem najbardziej interesujący jest element pochodzący z czasów najnowszych. Drewniana płaskorzeźba poświęcona żołnierzom poległym podczas II Wojny Światowej jest czymś, czego nie widziałem nigdzie wcześniej.

Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny
Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny

Warowny kościół w Prejmer opuszcza się z żalem. Ma się tam ochotę zapuścić w dosłownie każdy zakamarek, aby przekonać się jak to wybitne dzieło mogło funkcjonować w latach swej świetności.

 

 

Spălătorie – w rumuńskiej myjni

Można odnieść wrażenie, że większość Rumunów znajduje zatrudnienie w branży motoryzacyjnej. W niemal każdej miejscowości można bowiem znaleźć zakłady wulkanizacyjne, warsztaty czy mniejsze lub większe hurtownie z częściami.

Częstym widokiem są także myjnie. Ich liczba może niekiedy zaskakiwać. Zwłaszcza, że Rumuni niemal obsesyjnie dbają o czystość ulic – w miastach, w sezonie letnim, co chwilę minąć można polewaczkę, która usuwa brud z nawierzchni.

Przydrożna myjnia - częsty widok w Rumunii
Przydrożna myjnia – częsty widok w Rumunii

Nie przeszkadza to jednak kierowcom w częstym odwiedzaniu myjni samochodowych zwanych tu „spălătorie”. Zwłaszcza, że – wbrew stereotypom – w Rumunii dużo jest nowych aut. Coraz rzadziej widać na ulicach stare Dacie i Aro. A jeśli już, to zdarzają się wśród nich pieczołowicie odrestaurowane egzemplarze.

Renault 8? A może... Dacia 1100?
Renault 8? A może… Dacia 1100?
Kult lat 70-tych
Kult lat 70-tych
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask

Mimo wszystko od zawsze dziwiło mnie to, jaką popularnością cieszą się w Rumunii myjnie samochodowe. Często ustawiają się do nich bowiem długie kolejki. Inaczej niż w Polsce, dominują tu jednak punkty obsługowe. Jak działają, przyszło mi się przekonać po powrocie znad morza.

Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno
Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno

Okazało się, że skorzystanie z usługi jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać. Po zaparkowaniu na stanowisku podszedłem do szefa myjni, który wypisał malutki rachunek zawierając w nim takie dane jak marka auta, numer rejestracji, datę i cenę. Zacząłem już się obawiać, że zaraz zapyta mnie o dowód!

Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)
Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)

Dopiero z tak wypełnionym dokumentem udałem się do malutkiej kanciapy, w której sympatyczna Rumunka zainkasowała ode mnie 30 lei. Podbiła dokument pieczątką i mogłem wrócić do szefa. Wtedy dopiero wyznaczył on jednego z pracowników do wykonania zadania.

Początkowo sądziłem, że zapłacone 30 lei to gruba przesada. W Polsce przecież można za tyle auto umyć dwa razy na stacji benzynowej. Okazało się, jednak, że w tej cenie auto zostało umyte z zewnątrz jak i w środku… Tak więc bez obaw!

Zastanawiam się tylko, kiedy w Rumunii pojawią się znane u nas myjnie samoobsługowe. Do tej pory byłem na jednej w Klużu, ale korzystanie z niej wciąż było nieco zbiurokratyzowane. Najpierw trzeba było bowiem podejść do kiosku, aby kupić monety 1 euro w przeliczniku 5:1. Najwyraźniej więc była to używana instalacja sprowadzona zza granicy.

Vadu – jedna z ostatnich rumuńskich dzikich plaż

W lecie plaże nad Morzem Czarnym są oblegane. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Konstancy są jednak miejsca, gdzie możliwy jest wypoczynek z dala od tłumów.

O plaży w Vadu dowiedziałem się przypadkiem. Szukałem bowiem miejsca pomiędzy deltą Dunaju a Konstancą, gdzie będzie można zatrzymać się i odpocząć. Rzut oka na mapę pozwalał przypuszczać, że dojazd tam będzie banalnie łatwy. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Można wręcz powiedzieć, że plaża na wiele sposobów broni się przed zalewem turystów. Z daleka odstraszają na przykład ruiny opuszczonej fabryki. Już po powrocie wyczytałem, że w miejscu tym był wydobywany między innymi uran. Wydaje mi się jednak, że nie ma powodu do obaw, gdyż w pobliskiej wsi ludzie żyją normalnie.

Opuszczona fabryka - wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów
Opuszczona fabryka – wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów

Aby trafić na plażę w Vadu, należy dojechać do wspomnianej fabryki i przed wjazdem skręcić w prawo. Tuż obok znajduje się tablica informująca o ścisłym zakazie wjazdu. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w Rumunii. Mijamy zakaz i jedziemy dalej betonową drogą. Żeby nie było – pytaliśmy się dwóch osób i obie kazały nam jechać właśnie tamtędy.

"Accesul interzis", ale nikt sobie z tego nic nie robi...
„Accesul interzis”, ale nikt sobie z tego nic nie robi…

Droga jest w niezłym stanie, aczkolwiek co jakiś czas należy zwolnić na większych szczelinach pomiędzy betonowymi płytami. Po drodze minęliśmy mały stragan, na którym można było kupić arbuzy, melony czy pomidory. To pierwszy znak, że droga jest uczęszczana. Drugim były samochody, które co chwilę mijaliśmy.

Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę
Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę

W pewnym momencie droga się rozwidla. My skręciliśmy w tę prowadzącą do restauracji, co miało okazać się dobrym wyborem. Na miejscu znaleźliśmy bowiem idealne warunki na rozbicie namiotu. Samochodem można tam wjechać na samą plażę, a do tego najbliżsi „sąsiedzi” byli dopiero kilkadziesiąt metrów dalej.

Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów...
Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów…

Są tam rodziny z dziećmi, pijący studenci, spotkać też można starsze małżeństwa. Zwyczaje panują zaś bardzo luźne. Nikomu nie przeszkadzają na przykład wypoczywający obok nudyści. A nawet jeśli to miejsca jest tyle, że można znaleźć spory kawał plaży tylko dla siebie. Co charakterystyczne, nie widziałem tam żadnego parawanu. Nikt nie czuje bowiem potrzeby jeszcze większego odseparowania od otoczenia.

W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping
W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping

Mimo sporej odległości od najbliższego sklepu w Vadu nie trzeba martwić się o zaopatrzenie. Rano zbudziło nas szczekanie psa, który towarzyszył miejscowym rybakom. Po godzinie wiosłowania wrócili z pobliskiego łowiska z siecią pełną ryb.

Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami
Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami

Wokół nich natychmiast zebrał się tłumek plażowiczów, którzy kupowali coś w rodzaju sardynek. Cena? 5 lei za kilogram!

Ryby prosto z morza - dosłownie!
Ryby prosto z morza – dosłownie!

Oprócz tego w Vadu doskwiera jednak brak jakiejkolwiek infrastruktury. Otwarto tam wprawdzie restaurację (która zapewnia o wiele większy standard niż można by się było spodziewać po takim odludziu), ale brakuje tak prostej rzeczy jak choćby prysznic. Z drugiej strony, w Vadu można naprawdę wypocząć. Poniżej, dla porównania, zdjęcie z Mamai – największego kurortu w całej Rumunii, zaledwie parędziesiąt kilometrów na południe od Vadu…

Tymczasem w Mamai...
Tymczasem w Mamai…

Mamy więc do wyboru dwie skrajności. Z jednej strony tłumy ludzi, plaże zastawione leżakami, nawalającą zewsząd muzykę i setki sklepików. Z drugiej zaś dziką plażę, na której możemy być naprawdę sami. Trudno znaleźć złoty środek, dlatego mimo wszystko bardziej skłaniam się ku temu drugiemu.

Do zobaczenia w Vadu! :)
Do zobaczenia w Vadu! :)

Dawniej za najbardziej kultową plażę w Rumunii uchodziła Vama Veche. Do leżącej przy granicy z Bułgarią wioski rybackiej zjeżdżali w czasach komunizmu opozycjoniści, intelektualiści i hipisi. Zwyczaj wymagał, aby rozbijać się namiotem tuż nad morzem. Obecnie miejsce to uległo znacznej komercjalizacji. Czy taki sam los spotka Vadu? Lepiej się nie zastanawiać, tylko pakować plecak i spróbować biwaku na jednej z ostatnich rumuńskich dzikich plaż.

Maramuresz – serce Rumunii

Maramuresz to idealna propozycja dla ludzi, którzy cenią sobie folklor i tradycję. Drewniana architektura, ludowe stroje czy charakterystyczne monastyry ze strzelistymi wieżami – tam można je podziwiać w ich pierwotnej formie.

W każdym szanującym się rumuńskim mieście znajdziemy knajpę z tradycyjną kuchnią. Zaaranżowane są one z reguły w podobny sposób. Na ścianach prezentowane są stare naczynia, goście siedzą przy drewnianych ławach, a kelnerzy uwijają się przebrani w tradycyjne stroje. Zewsząd dobiega zaś tradycyjna ludowa muzyka. Kto nie zna, ten może posłuchać – na przykład dzięki internetowej wersji radia Someş.

Osoby, którym pasuje taka atmosfera, z pewnością odnajdą się w Maramuresz które jest swego rodzaju pierwowzorem dla rumuńskiej kultury ludowej. Ciężko to opisać, bo w Polsce nie jest raczej znane takie zjawisko. Historycznie jest to kraina leżąca po obu stronach Cisy – rumuńskiej i ukraińskiej. Nie wydaje mi się jednak, żeby za naszą wschodnią granicą tereny te aż tak mocno oddziaływały na kulturę całego kraju. A w Rumunii? Wystarczy wspomnieć, że monastyry wznoszone w tym regionie są kopiowane daleko poza jego granicami.

Nowo wybudowany monastyr w Klużu - ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!
Nowo wybudowany monastyr w Klużu – ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!

Co ciekawe, w samym Maramuresz także powstają nowe świątynie. Na przykład kompleks monastyrów w Bârsana, widoczny na zdjęciach poniżej. Mój największy podziw wzbudza zaś fakt, że wszystkie obiekty tego typu powstają tradycyjnymi metodami. Warto przyjrzeć się bliżej, aby zobaczyć z jakim kunsztem wykonywane są poszczególne elementy.

Bârsana-monastyr
Na zdjęciu widać zaledwie część budynków – w tym te starsze

Do arcydzieł sztuki sakralnej śmiało można też zaliczyć lokalne cmentarze. A szczególnie jeden, mianowicie Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel) w miejscowości Săpȃnƫa (uproszczona wymowa to Sepynca). Drewniane, malowane nagrobki od lat trzydziestych tworzył Stan Ioan Pătraș, a potem jego następca – Dumitru Pop Tincu.

Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię
Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię

Każdy z kilkuset nagrobków opowiada inną historię. Wiele z nich pokazuje historie związane z życiem pochowanych osób. Stąd przedstawienia gospodyń w kuchni, sadownika opryskującego drzewka, traktorzystów, policjantów, etc.

wesoly-cmentarz-rumunia

Wiele przedstawień jest jednak makabrycznych. Przedstawiają one bowiem okoliczności śmierci, które nie zawsze były przyjemne. I tak znaleźć można na Wesołym Cmentarzu ofiary wypadków samochodowych, utonięć, potrącenia przez pociąg i innych nagłych zdarzeń.

wesoly-cmentarz-rumunia
Po prawej kilka typowych przedstawień odnoszących się do życia pochowanych osób. Po lewej zaś zebrałem kilka obrazów przedstawiających tragiczną śmierć…

Wesoły Cmentarz jest z całą pewnością żelaznym punktem podczas każdej wycieczki w te strony. Warto jednak zwracać przyglądać się okolicznym zabudowaniom. Same chaty są z reguły skromne, lecz bardzo urokliwe. Dominują kilkuizbowe, drewniane parterowe budynki kryte charakterystycznym gontem (taki rodzaj drewnianej dachówki). W tamtejszych wsiach co chwilę można natknąć się też na przepięknie rzeźbione bramy.

Drewniane dachy - wizytówka regionu
Drewniane dachy – wizytówka regionu
Pierwsza lepsza marmaroska chatka
Pierwsza lepsza marmaroska chatka…
...jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!
…jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!

W okolicy sporo jest pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych, w których można przenocować za niewielką opłatą. Warto skorzystać, żeby samemu przekonać się jak to wszystko wygląda.

Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens ;-)
Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens ;-)

Tego typu domostwa można też zobaczyć w większych miastach w różnego rodzaju skansenach. To jednak marny substytut, skoro w Maramuresz można doświadczyć tego, jak piękne drewniane wioski tętnią życiem.

Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz
Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz

Maramuresz, podobnie jak większa część Rumunii, to region górzysty. Miłośnicy pieszych wędrówek mają więc spory wybór tras. Polecić można zwłaszcza znajdujący się na wschodzie regionu Park Naturalny Gór Marmaroskich (Parcul Natural Munții Maramureșului – to odpowiednik naszych parków krajobrazowych). Warto zjechać z drogi krajowej nr 18 w wąską trasę o numerze 187. Prowadzi ona wąską doliną pomiędzy górskimi szczytami w samo jego serce.

Droga ciągnie się tam wzdłuż rzeki, a naokoło położone są bardzo rozległe osady. Ich granice wyznaczają zaś pobliskie górskie szczyty. Okolice są przepiękne, ale z własnego doświadczenia nie polecam wyjazdu zimą. Drogi są wtedy słabo przejezdne, a tym bardziej górskie szlaki. Cóż, przynajmniej mam powód aby tam wrócić gdy pogoda będzie bardziej dopisywać.