Długie Rumuńskie Wieczory

Trochę wspomnień i trochę rozmazanych zdjęć. Kilka refleksji na temat „rumuńskich” spotkań z moim udziałem, których wspólnym mianownikiem była palinka.

Przewodnik po Rumunii został wydany jakoś w pierwszym kwartale tego roku, ale pierwsze spotkanie autorskie odbyło się dopiero na początku czerwca. Nie był to przypadek, gdyż zależało mi na tym, aby miało ono miejsce w krakowskim klubie Kornet. Zwłaszcza, że to stamtąd wyszła inicjatywa zorganizowania tego typu wydarzenia. Michał, jeden z właścicieli knajpy, dumnie określa ją mianem „pierwszej rumuńskiej knajpy w Polsce”. Nie ma w tym ani trochę przesady, bo rumuńskich śladów jest tam bez liku.

Sala koncertowa w klubie Kornet. Zza ekranu łypie okiem Dacia 1310

Spotkanie odbyło się 10 czerwca, co również nie było dziełem przypadku. W tym samym dniu odbywał się mecz piłki nożnej z udziałem reprezentacji Polski i Rumunii. Imprezę można zaliczyć do udanych, czego nie można powiedzieć o wyjazdowym meczu w Bukareszcie z listopada ubiegłego roku.

Zdjęcie z następnego poranka i organizatorzy niemal w komplecie. Brakuje tylko Eli, która ugościła całe towarzystwo, oraz Witka który odsypiał noc zarwaną przez nocną audycję w Polskim Radiu.

Kolejne spotkanie odbyło się w sobotę 29 lipca w Warszawie. Tym razem ojcem sukcesu był Witt Wilczyński z portalu folk24.pl. On bowiem dał mi namiar na rewelacyjną knajpę To Się Wytnie, mieszczącą się na Pradze. Przede wszystkim jednak Witek „skradł” nam cały show, za co jesteśmy mu niezmiernie wdzięczni, bo opowieści o wyjazdach na mecze piątej ligi okręgowej i spotkaniach z Cyganami tworzącymi muzykę manele to było coś, czego nie da się opisać. Ględzenie o przewodniku można w porównaniu z jego występem śmiało uznać za nudę :).

Witek podczas prezentacji

Po prezentacji przewodnika Michał z Towarzystwa Miłośników Rumuńskiej Motoryzacji „Dacia Drum Bun” opowiadał o projekcie „Caravana Go Romania”, natomiast tuż po występie Witta Mihai Lisnic, czyli DJ Romanian, zaprezentował publiczności najlepsze rumuńskie i mołdawskie utwory folkowe. Impreza skończyła się grubo po północy, o czym zakomunikował nam patrol policji wezwany przez sąsiadów.

Mihai, czyli DJ Romanian, oraz jedna z licznych fanek 🙂

Dzień później pojechaliśmy do Krakowa, gdzie w Kornecie opowiadaliśmy o projekcie „Caravana Go Romania”. Wpis na temat tego wyjazdu prędzej czy później pojawi się i tutaj, ale zanim to nastąpi muszę wywołać cudem odnaleziony film ze zdjęciami.

Michał opowiada o Rumunii

To tyle, jeśli chodzi o telegraficzny skrót naszych wspólnych imprez tematycznych. Kolejne spotkanie będzie miało miejsce we Wrocławiu w drugiej połowie września. Póki co nie mogę jednak o tym myśleć, bo po minionym weekendzie czuję się jak Sandu w jednym ze swoich szlagierów:

*Główne zdjęcie pochodzi ze zlotu Dacii w Satu Mare. Było ono ilustracją wydarzenia na fejsbuku.

Do Satu Mare starą Dacią (i Nysą)

O klubie miłośników rumuńskiej motoryzacji Dacia Drum Bun dowiedziałem się ponad rok temu. Poznaliśmy się dopiero niedawno, ale od razu natrafiła się okazja na wspólny wyjazd. Co tu dużo mówić, był to jeden z najlepszych długich weekendów mojego życia.

Wszystko zaczęło się w grudniu 2016 roku. Podwoziłem wtedy z Klużu do Polski ciekawego pasażera o imieniu Ulrich. Obawiałem się, że podróż Lanosem będzie dla niego nie lada wyzwaniem, ale już na wstępie wyznał mi, że w porównaniu z Daciami jest to dla niego technologiczny skok w przyszłość.

Wyruszamy w drogę jeszcze w pełnym składzie

Potem przypomniałem sobie o klubie Drum Bun przy okazji pisania przewodnika, kiedy uznałem że zasługuje on na opisanie. Na początku tego roku odwiedziłem zaś w końcu krakowski klub Kornet, który opuściłem bogatszy o kilka butelek piwa z lokalnego browaru Grybów i zaproszenie na zlot Dacii w Satu Mare.

Próby ratowania Dacii – gdzieś, przy granicy ze Słowacją

Przed wyjazdem odkurzyłem mojego starego Zenita, bo czym robić zdjęcia starym autom, jeśli nie radzieckim aparatem? I tak oto 1 czerwca o godzinie 16:00 spotkaliśmy się na parkingu CH Zakopianka w Krakowie i wyruszyliśmy do schroniska PTTK w Bartnem. Tam doszło do pierwszej imprezy integracyjnej. Tam też poznałem smak Alexandriona*, który miał się potem okazać nieoficjalnym sponsorem całego wyjazdu.

Ostatnie przygotowania, czyli bohaterskie wycinanie naklejek

Nad ranem 2 czerwca wyruszyliśmy z Bartnego, kierując się w długą podróż do Satu Mare. Pierwotnie mieliśmy jechać dwoma Daciami 1310 z lat osiemdziesiątych i Nysą z początku lat dziewięćdziesiątych, to z powodu awarii jedno z aut musiało poczekać koło schroniska.

Dacia jeszcze nie wie, że będzie musiała zostać w Polsce 🙁

Na szczęście Nysa wszystkich pomieściła, a dodatkowym atutem podróży tym samochodem był sprzęt nagłaśniający i wesoły kierowca Mihai, który dbał o to, abyśmy poznali wszystkie piosenki ludowe zarejestrowane kiedykolwiek w Rumunii i Mołdawii (dosłownie wszystkie).

Nysa w całej okazałości

Wieczorem dotarliśmy do Satu Mare, choć nie obyło się bez przygód. Po drodze w drugiej Dacii coś stukało, ale z problemem poradzili sobie na szczęście słowaccy mechanicy (pod czujnym okiem wodza).

Pod czujnym okiem Lenina

Już następnego dnia wzięliśmy udział w paradzie. Łącznie pojawiło się tam kilkadziesiąt aut, z czego najwięcej było rzecz jasna Dacii. Od pierwszych modeli 1100 z końca lat sześćdziesiątych, aż po brzydkie choć poczciwe 1310-ki z połowy lat 90-tych. Ale były też na przykład dwie ciekawe Wołgi, które przyjechały z Ukrainy.

Wołgi!

Organizatorzy dbali o bogatą ofertę kulturalną. Odwiedziliśmy park etnograficzny w Negrești-Oaș, potem zaś – już na terenie motelu Mujdeni – oglądaliśmy pokazy walk Daków i występy młodzieży z zespołu ludowego. Nad dalszym ciągiem imprezy aż do poranka czuwał bóg Alexandrion.

„Dziunie”

Jak wyglądał następny dzień, łatwo sobie wyobrazić. Na szczęście zostaliśmy zawiezieni do Băile Figa, czyli nowiutkiego kompleksu wypoczynkowego, gdzie mogliśmy do woli zażywać kąpieli błotnych, borowinowych i solnych. Przyznam bez bicia, że wybrałem spanie na leżaku, ale i tak było super.

Policjant z Satu Mare

Ostatniego dnia mieliśmy między innymi okazję do odwiedzenia pasterzy pilnujących ogromnego stada owiec, ale pozwolę sobie zachować tę historię na inną okazję.

Ekipa w prawie pełnym składzie (prawie, bo dojechała potem jeszcze miła para z młodym Brunem).

*Nie wiem do końca, czym dokładnie jest Alexandrion. Coś jak brandy czy koniak, a wygląda jak metaxa. Smaczne jak diabli.

Cluj, Kolozsvár, Klausenburg

W Klużu spędziłem ponad pół roku, a potem ze dwa razy jeszcze byłem tam przejazdem. Sam się zdziwiłem, że jeszcze nic o tym mieście nie napisałem. No to piszę!

Problem polega na tym, że miasto to stało mi się na tyle bliskie, że jeden krótki artykuł to za mało. Czułbym się jak zdrajca, bo miejsce które na pewien czas stało się moim domem wymaga więcej uwagi. Dlatego też od razu zapowiadam, że artykułów o Klużu będzie więcej. Tę krótką notkę poświęcę zaś próbie nakreślenia, jaki jest charakter tego miasta w kontekście jego interesującej historii i nie mniej ciekawej struktury etnicznej.

„Rumuni twierdzą, że sercem Transylwanii jest Alba Iulia, natomiast jej mózgiem – Kluż. Podobnego zdania są Węgrzy. Przez ostatnie 100 lat spór toczył się jednak nie o prym w regionie, lecz o „węgierskość” bądź „rumuńskość” miasta. Tymczasem – jeśli nie liczyć Rzymian, za sprawą których osada Napoca już w 124 roku naszej ery otrzymała status miejski – tymi, których żadną miarą nie można pozbawić zaszczytnego tytułu założycieli miasta, są Niemcy” – Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura. Michał Jurecki i Łukasz Gałusek. Olszanica 2008

Przykład rumuńsko-węgierskiej rywalizacji z przymrużeniem oka, czyli włazy wodno-kanalizacyjne. Po lewej Kolozsvar, po prawej Cluj. W środku natomiast wersja „przejściowa”, z zaspawanymi węgierskimi napisami. Znajomy motyw, prawda, Wrocławianie? 🙂 (Fot. po prawej pochodzi z takiej oto ciekawej strony)

I znowu cytat z książki, której autorzy jak nikt inny potrafią w jednej myśli zawrzeć całą esencję danego miejsca. Nie ma raczej sensu rozpisywać się o szczegółowej historii miasta, bo podejrzewam że moi drodzy Czytelnicy umieją korzystać choćby z Wikipedii – tam jest to z grubsza opisane. Faktem wartym uwagi jest natomiast założenie miasta w 1272 roku przez kolonistów niemieckich. Osada powstała obok dawnego miasta pochodzącego z czasów rzymskich, o czym przypominają ruiny eksponowane na głównym rynku i nazwa miasta, która od lat 70-tych brzmi Cluj-Napoca. To zresztą także były elementy rywalizacji rumuńsko-węgierskiej o to, „kto był pierwszy” na tych ziemiach.

Zostańmy jednak  przy dacie lokacji, gdyż wzbudza ona u mnie skojarzenie z moim rodzinnym Wrocławiem, który został w drugiej połowie XIII wieku ponownie lokowany po inwazji mongolskiej.

Mihai Viteazul, czyli Michał Waleczny – pierwszy władca, który opanował zarówno Mołdawię i Wołoszczyznę, jak i Transylwanię

A czemu przywołuję Wrocław? Dlatego, że oba miasta posiadają moim zdaniem podobny charakter, a lokacja na prawie niemieckim jest tylko jednym z jego elementów. Kluż, podobnie jak Wrocław, leży na terytoriach od wieków będącymi terenem pogranicza, które przechodziło w posiadanie kolejnych państw i władców. To z kolei widoczne jest w architekturze, gdzie widać pamiątki z ostatnich kilkuset lat – w tym bloki z czasów komunistycznych, które z każdym dniem coraz bardziej doceniam. W końcu, oba miasta są współcześnie ogromnymi ośrodkami akademickimi – niemal 650 tysięczny Wrocław ma studentów 150 tysięcy, w o połowę mniejszym Klużu jest ich 70 tysięcy (choć z tymi szacunkami dotyczącymi liczby mieszkańców bywa różnie, śmiem twierdzić że w obu przypadkach są one mocno zaniżone).

Pomnik króla Macieja Korwina – najpotężniejszego władcy średniowiecznych Węgier. Obecnie wraz z kościołem św. Michała stanowi najbardziej charakterystyczny punkt miasta.

Jakieś 15 – 20% mieszkańców, jak i studentów, stanowią w Klużu Węgrzy. Język ten słychać na ulicach, słychać też w knajpach – na przykład w rewelacyjnym Bulgacovie. Słychać było też w studenckiej mordowni zwanej Krajczár, ale niestety zamknięto to wspaniałe miejsce. Do ciekawych interakcji dochodzi zaś na przykład w Latevi (do tej pory nie wiem czy to Latevi, La Tevi czy Lațevi). Też jest to swego rodzaju mordownia, ale bardzo klimatyczna – taka knajpa metalowo-rockowa w rozpadającej się chałupie. Można tam poznać, kto reprezentuje jaką grupę etniczną po tym, jak poszczególni goście reagują na puszczaną muzykę. „Parkiet” zapełnia się Węgrami gdy leci Pokolgép, Rumuni wolą poskakać do Cargo. Ale nie jest to tak istotne, bo oba narody żyją zgodnie obok siebie (a raczej ze sobą). I to jest to, czego we Wrocławiu nie ma, bo zamieszkujący Breslau Niemcy dostali bilet kolejowy w jedną stronę i wyjechali za Odrę. I to jest właśnie ta największa różnica, że Wrocław chciałby być miastem wielonarodowym, a Kluż nim po prostu jest.

Kusi, żeby opisać choć trochę klużańską architekturę. Oto na rynku stoi gotycki kościół św. Michała ze złowrogo spoglądającym z siodła królem Maciejem Korwinem. Może nie podobają mu się rzymskie ruiny? Wszak jeden z burmistrzów chciał na początku lat 90-tych pomnik rozebrać, pod pozorem dalszych prac archeologicznych właśnie. Przechodzimy przez stare kwartały kamienic pamiętających Austro-Węgry, aby znaleźć się przy przepięknej cerkwi pw. Zaśnięcia Matki Bożej, zbudowanej w okresie międzywojennym w stylu bizantyjskim. Tuż przed nim stoi pomnik Avrama Iancu. Na przepięknym bulwarze Eroilor nie sposób zaś dostrzec kopii Wilczycy Kapitolińskiej podarowanej Rumunii w latach 20-tych przez Włochów. Pięknie się to wszystko razem prezentuje. No, ale architekturę zostawię na kolejną część, bo jak wspomniałem na początku, Kluż zasługuje na więcej opisów, tak więc spodziewajcie się dalszego ciągu.

Zdjęcie mapy z początku artykułu pochodzi z portalu Ziua de Cluj

Od niepozornego maila po przewodnik

Był początek czerwca 2016 roku, czyli ponad dwa miesiące od przeprowadzki z Klużu do Wrocławia, kiedy to już planowałem z Anią wakacje w Rumunii. Okazało się, że wybraliśmy odpowiedni moment.

Pewnego dnia pani Agnieszka Marekwica z wydawnictwa Pascal napisała do mnie bowiem niepozornego maila:

Dzień dobry, czy byłby Pan zainteresowany współpracą przy przewodniku po Rumunii?

Też pytanie! Kto by nie chciał? Nasza korespondencja trwała kilka tygodni, w trakcie których omówiliśmy wszelkie warunki współpracy. Przyznam, że dalekie to było od moich wyobrażeń. „Pascal”! Miałem w głowie ogromną salę z kominkiem, przy którym siedzą wąsaci panowie w strojach XIX-wiecznych podróżników, a na ścianach wiszą trofea z dalekich wypraw. Czar pryska, jak wygugluje się siedzibę wydawnictwa w Bielsku-Białej:

Siedziba wydawnictwa Pascal wygląda przyjemnie, ale daleka jest od moich wyobrażeń :)
Siedziba wydawnictwa Pascal wygląda przyjemnie, ale daleka jest od moich wyobrażeń 🙂

Nie zraziłem się jednak ;-). Jadąc w sierpniu do Rumunii odwiedzałem więc kolejne miejsca z myślą o zaprezentowaniu ich w przewodniku. Przyznać muszę, że kilka wyjazdów dalej… nadal nie zwiedziłem wszystkiego, co jest opisane w przewodniku. Planuję dopiero wyprawę do Republiki Mołdawii, nie zapuszczałem się za bardzo w góry, ba – nie byłem też w Timiszoarze, bo zawsze mijając to miasto stwierdzałem, że jeszcze będzie okazja. Niestety, tak to już jest, że wybierając się w podróż trzeba z niektórych rzeczy zrezygnować, żeby obejrzeć inne.

rumunia-i-moldowa-pascal-okladka-tyl-2008
Przewodnik, wydanie z 2008 roku (aktualizację wydano w 2012). Pierwszą rzeczą, jaka przyszła mi na myśl, była zmiana tytułu na Mołdawię zamiast Mołdowy

W trakcie pracy nad przewodnikiem bazowałem na ogromnej ilości danych zebranych przez poprzednich autorów: Witolda Korsaka, Jacka Tokarskiego, Dariusza Czerniaka, Piotra Skrzypca i Wojciecha Śmiei. Dzięki temu znalazły się w nim także te miejsca, których osobiście nie zwiedziłem. Chylę czoła, gdyż spisanie wszystkich tych informacji w czasach, kiedy nie tak łatwo było pozyskać niektóre dane, to naprawdę wielkie dzieło.

praktyczny-przewodnik-rumunia-i-moldowa-pascal-2012
Poprzednie wydanie przewodnika z 2012 roku

Mimo że poprzednie wydanie przewodnika było sporym ułatwieniem, to i tak był to najbardziej wymagający projekt w mojej dotychczasowej karierze. Zmieniona została większość opisów miejsc i regionów, sprawdziłem aktualność wszystkich danych, całkowitej zmianie uległa lista polecanych miejsc – teraz, z racji dostępu do informacji, wymieniałem tylko te najbardziej charakterystyczne, z jakiegoś względu godne uwagi. Poprzednie wydanie przewodnika powstawało bowiem w czasie, gdy w wielu przypadkach można było pomarzyć o dostępie do internetu (a o istnieniu stron pensjonatów czy knajp to już w ogóle).

Wydanie z 2008 roku. Fragment opisu Klużu i przesyt zbędnych informacji
Wydanie z 2008 roku. Fragment opisu Klużu i przesyt zbędnych informacji

W dobie ciągłego dostępu do internetu wymienianie dwudziestu knajp w każdym większym mieście, urzędów pocztowych, księgarni czy kafejek internetowych (:D) jest nonsensem. Opisując najlepsze przykłady miejsc, w których można spędzić noc, zjeść czy napić się piwa, stawiałem więc na autentyzm. Dlatego też w nowym przewodniku znaleźć można ukryte pośród bloków ciekawe knajpki, które – jestem o tym przekonany – nigdy nie pojawiały się w zestawieniach najmodniejszych miejsc do odwiedzenia. Z drugiej strony są tam też restauracje cieszące się największą renomą. Każdy powinien więc znaleźć coś dla siebie, jakby jakimś cudem znalazł się w nowym miejscu bez dostępu do sieci.

rumunia-i-moldawia-michal-torz-pascal-okladka
Okładka przewodnika. Nie pamiętam już, jak ustalaliśmy trzy atrakcje wypisane na dole, ale przyznacie chyba że wygląda to intrygująco 🙂

Dwa bite miesiące były pracą od rana do wieczora, co oznaczało rezygnację z wielu innych zajęć, a nawet odpuszczenie sobie ciekawej oferty pracy. Kolejny miesiąc to dodawanie kolejnych poprawek i korekta. Opłaciło się, bo świeżo wydany przewodnik prezentuje się rewelacyjnie i mam nadzieję, że pomoże osobom chcącym poznać Rumunię.

przewodnik-ilustrowany-pascal-torz
Na bazie przewodnika powstała też skrócona wersja ilustrowana

W przewodniku pojawiło się wiele nowych miejsc, często nie tak oczywistych, jak nawiedzony las Hoia Baciu czy bezimienna (ale przepiękna) błękitna laguna, leżąca z dala od cywilizacji. Dodałem też trochę warownych kościołów, zamków czy rzymskich ruin. Wobec ilości informacji zebranych przez wyżej wymienionych autorów każdą, nawet najmniejszą dodaną atrakcję, uważam za spory sukces. Pytanie, ile pozostało jeszcze nieodkrytych miejsc? Na pewno takie są, ale jak już pisałem – nieraz musiałem dokonywać trudnych wyborów.

rumunia-i-moldawia-michal-torz-pascal-regal-empik-2
Trzeba przyznać, że przewodnik jest ładnie eksponowany :). Tu – wrocławski Empik

Nie ma sensu rozpisywać się jeszcze bardziej, choć mógłbym tak bez końca. Będzie jednak jeszcze okazja! Już 10 czerwca odbędzie się pierwsze spotkanie autorskie. I to w miejscu szczególnym – w klubie Kornet, prowadzonym przez sympatyków Rumunii i starych Dacii. Szerszy plan jest taki, żeby zorganizować kilka spotkań w trakcie wakacji, o czym jeszcze przypomnę, a na które serdecznie zapraszam :). Na pewno będę o nich na bieżąco informował.

Nie tylko Curtea de Argeș

Przejeżdżając przez trasę transfogaraską na południe Karpat trafiamy do niepozornej na pierwszy rzut oka miejscowości Curtea de Argeș. Słynie ona jednak z przepięknej cerkwi metropolitarnej, co jest wystarczającą (choć nie jedyną) zachętą do odwiedzin. W pobliżu jest też jednak przynajmniej kilka innych miejsc, do których warto zajrzeć.

Zacznijmy jednak od Curtea de Argeș, a dokładnie od parkingu zlokalizowanego w samym centrum miasteczka, tuż przy głównym skrzyżowaniu. Trzeba tam zapłacić bodaj 2 leje opłaty za godzinę, ale w praktyce ta godzina może trwać i cały dzień – miły pan machnął ręką jak chciałem coś dopłacić. Tuż obok znajduje się skromna cerkiew, będąca najprawdopodobniej fundacją hospodara Basaraba I, którego pomnik znajduje się zresztą nieopodal. Pozostałości innych budowli to z kolei dwór książęcy z tego okresu, kiedy zresztą niewielkie dziś miasteczko było stolicą Wołoszczyzny. Warto wejść do środka, co wiąże się z kosztem nieco wyższym niż opłata parkingowa, aby zobaczyć piękne malowidła.

Cerkiew metropolitarna nieśmiało wyłania się spośród drzew...
Cerkiew metropolitarna nieśmiało wyłania się spośród drzew…

Zwiedzałem okolicę w wakacje, co wiązało się z upałem. Dlatego też wiele przyjemności sprawił mi spacer wzdłuż głównej ulicy, na której cień zapewniają dwa rzędy drzew. Pośród nich również czekają liczne atrakcje, spośród których moim ulubionym miejscem stała się budka z placintami. Starsza pani wytwarza je na miejscu, dlatego zdarza się, że trzeba poczekać na odbiór zamówienia – ale naprawdę warto. Polecam jednak zjeść ją na miejscu, aby móc w pełni skupić się na leżącej nieopodal katedrze wyłaniającej się powoli spomiędzy drzew.

curtea-de-arges-katedra
Widok cerkwi od boku. Warto zwrócić uwagę na przepiękne, skrętne kopuły

Pierwszy budynek powstał w XVI wieku, a jego twórcą był według legendy mistrz Manole. Podobno w trakcie budowy ściany ulegały ciągłym zawaleniom. Rozwiązanie problemu objawiło się Manole w trakcie snu, a polegało na… zamurowaniu własnej żony w murach wznoszonej katedry. Inna wersja mówi o tym, że ten sam Manole spadł z dachu, ale w cudowny sposób ocalał. W miejscu tym, tuż przed samym wejściem, bije zaś do dziś źródełko.

Cerkiew widziana od frontu. Z przodu wspomniane w tekście źródełko
Cerkiew widziana od frontu. Z przodu wspomniane w tekście źródełko

Tyle, jeśli chodzi o legendy. Fakt jest jednak taki, że późniejsze przebudowy nie pozwalają dzisiaj stwierdzić, jaki był pierwotny wygląd katedry. Nie jest to jednak aż tak istotne, gdyż budowla wręcz oszałamia swym pięknem i dbałością o każdy detal. Równie wspaniale wygląda ona w środku, gdzie przy złotym ikonostasie znajduje się między innymi królewski tron i miejsca dla największych dostojników religijnych. Katedra łączyła bowiem dwie funkcje – był to jednocześnie obiekt sakralny, jak i dowód na ogromne ambicje młodego kraju. Przebudowy dokonano wszak pod koniec XIX wieku z inicjatywy króla Karola I. Nie trzeba chyba dodawać, że zamierzenia władcy zostały w pełni osiągnięte.

Ikonostas w cerkwi
Ikonostas w cerkwi

Monarcha spoczywa zresztą w jednym z dwóch mauzoleów koło katedry (w drugim leży jego syn, Karol II). Nieopodal jest też letnia rezydencja królewska, powstała jako pałac biskupi. Zwiedzić za bardzo się jej nie da, ale za to wewnątrz jest ogromne stoisko z dewocjonaliami i kapliczka. Stary kapłan z długą siwą brodą modli się tam w intencji wiernych, którzy ustawiają się do niego w długich kolejkach.

curtea-de-arges-modlitwa
Kolejka do modlitwy

Jestem przekonany, że to niewielkie miasto oferuje wiele więcej atrakcji. Ponieważ jednak zwiedzałem je podczas wakacyjnego wypadu, to nie było czasu na wchodzenie do wszystkich cerkwi i muzeów. Kolejnym celem była bowiem oddalona o około 80 kilometrów na zachód wieś Horezu. A nawet nie tyle wieś, co znajdujący się obok niej monastyr.

horezu-monastyr-cerkiew
Cerkiew w monastyrze Horezu

Nie ma sensu rozpisywać się na temat jego historii, widocznych stylów architektonicznych i tym podobnych spraw. Upraszczając do kompletnego minimum – klasztor wzniesiony jest w stylu brynkowińskim (od Constantina Brâncoveanu, hospodara z przełomu XVII i XVIII wieku, wielkiego mecenasa), zwanym też rumuńskim renesansem. „Gdzie orient przegląda się w baroku” – tytuł rozdziału książki „Rumunia. Przestrzeń, kultura, sztuka” najlepiej opisuje chyba, z czym mamy do czynienia. Monastyr jest bowiem miejscem, w którym łączą się ze sobą wpływy architektoniczne z całego ówczesnego świata.

horezu-monastyr-kruzganki
Widok na krużganki z przepięknie rzeźbionymi kolumnami

Zdjęcia oddają może nieco z wyglądu kompleksu, ale cisza i atmosfera zadumy, jakie tam panują, są nie do opisania. A moment, w którym siostra zakonna okrąża centralnie umiejscowioną cerkiew uderzając rytmicznie w drewniany instrument zwany semantronem jest wręcz doznaniem niezapomnianym… Niby jest to zwykła deska i młoteczek, ale z jakiegoś dziwnego względu można się temu przysłuchiwać godzinami.

horezu-monastyr-zakonnica-semantron
Zakonnica z semantronem

Wstęp do monastyru w Horezu, jak do większości tego typu miejsc, jest darmowy. Czułbym się jednak podle nie zostawiając tam ani grosza. Okazją są zakupy w prowadzonym przez siostry sklepiku, gdzie można nabyć piękne dewocjonalia z wizerunkami świętych.

horezu-monastyr-kolumny
Zbliżenie na mister nie rzeźbione kolumny

Nieopodal Horezu leży miejscowość Măldărești, a w niej kule. A raczej kulele – liczba pojedyncza to bowiem „cula”, a mnoga „culele” właśnie. Warto o tym pamiętać, bo napisany sprejem napis „culele” jest właśnie jedynym drogowskazem do tych niedocenianych przez turystów budowli.

Cula Duca. Na prawo, poza kadrem, znajduje się parterowy "cywilny" dom mieszkalny
Cula Duca. Na prawo, poza kadrem, znajduje się parterowy „cywilny” dom mieszkalny

Bo kule to właśnie budynki. Ale nie byle jakie! Są to bowiem domy szlacheckie, które mają bardzo rozwinięte walory obronne. W pewnym sensie porównać je można do wież mieszkalnych. Na parterze znajdziemy jedynie maleńkie okna i strzelnice, w środku zaś ujęcie wody. Komnaty mieszkalne są natomiast na piętrze, a znajdujące się tam tarasy – choć przepiękne – służyły głównie do obserwacji okolicy i ostrzeliwania ewentualnego przeciwnika.

Cula Greceanu
Cula Greceanu

W Măldărești są dwie kule, obie pochodzące z początku XIX wieku. Przy obu znajdują się też domy mieszkalne, które służyły właścicielom w spokojniejszych czasach. W jednym z nich znajduje się obecnie wystawa poświęcona Ionowi Gheorgeowi Ducy – premierowi, który w 1933 zginął w zamachu zorganizowanym przez członków Żelaznej Gwardii. Stojąca obok kula Duca, podobnie jak dom, była jego własnością. Mniejsza kula stojąca po drugiej stronie ulicy należała z kolei do rodziny Greceanu, której potomkini odreastaurowała ją w XX wieku. W efekcie wewnątrz, oprócz starych elementów wyposażenia, można zobaczyć np. ciekawe wyobrażenie fundatorów budynku, stylizowane na cerkiewne freski.

Widok z piętra. Warto zwrócić uwagę na otwory strzelnicze
Widok z piętra. Warto zwrócić uwagę na otwory strzelnicze

Problemem może być fakt, że przewodniczka (przynajmniej ta, którą spotkałem) mówi tylko po rumuńsku. Opowiada ona jednak na tyle mało skomplikowaną historię, że nawet bez znajomości języka można zrozumieć o co chodzi. A poza tym czasami słowa są zbędne. Nawet bez jakiejkolwiek znajomości historii można bowiem czerpać przyjemność z oglądania tych ciekawych budynków.

kula-greceanu-maldaresti-klapa-na-pietrze
Kula Greceanu; klapa umożliwiająca zamknięcie wejścia na piętro

Tuż obok znajduje się ciekawa cerkiew, na której zwiedzanie nie miałem niestety czasu. Jest to jednak kolejny powód, dla którego chciałbym wrócić w tamte okolice. Głównym celem następnej podróży będą jednak poszukiwania kolejnych kul. W okolicy jest ich bowiem około dwudziestu – część jest obecnie zrujnowana, niektóre zaś użytkowane są zgodnie z przeznaczeniem jako domy. Tyle, że czasy są już nieco spokojniejsze, tak więc widoczna na pierwszy rzut oka funkcja obronna zeszła na dalszy plan…

Mapa kul, czyli zadanie na kolejną wyprawę
Mapa kul, czyli zadanie na kolejną wyprawę

Polak, Węgier (i Sekler też!) dwa bratanki

Mam problem z opisywaniem bardziej znanych miejsc, takich jak Budapeszt. Co bowiem może nowego wnieść tego typu artykuł, skoro o tym mieście napisano już tonę książek i jeszcze więcej mniejszych publikacji? Wspomnienie wizyty w tym mieście to jednak dobra okazja, aby przytoczyć kilka miłych wspomnień związanych z przyjaźnią polsko – węgierską.

Gdy pierwszy raz byłem na Węgrzech w ramach studenckiej wycieczki (chyba jakieś 9 lat temu – o matko!), to jakoś tego nie odczułem. Aczkolwiek były wyjątki, jak np. miły pan, który popijał z nami wino nad brzegiem Balatonu. Nie znał ani słowa w obcym języku, ale powtarzaliśmy nawzajem obie wersje wspólnego przysłowia i wszyscy byli zadowoleni.

dworzec-keleti-pociagi
To akurat dworzec Keleti, a nie Nyugati (mój, i nie tylko mój, ulubiony w całym Budapeszcie)

Z siedem lat temu natomiast wydarzyła się sytuacja, która była dla mnie wręcz nierealna. Otóż stałem z bratem jak te dwa głąby na dworcu kolejowym (chyba Nyugati, ale głowy nie dam) i próbowaliśmy dowiedzieć się, którym pociągiem dojedziemy nad Balaton. Z pomocą przyszła nam miła dziewczyna, która usłyszała język polski i zaoferowała się wyjaśnić czym, kiedy i za ile dojedziemy. Miło jest spotkać rodaczkę za granicą, ale jeszcze milej zrobiło się, gdy ta „rodaczka” okazała się Węgierką. Byliśmy w szoku, bo nie dało się wyczuć absolutnie żadnego akcentu.

toldi-konyhaja-restauracja-budapeszt
Knajpka pana Tibora. Rewelacyjne miejsce godne polecenia (ul. Batthyány 14, jakby ktoś szukał)

Ok, jedna Węgierka mówiąca biegle po Polsku może się jeszcze zdarzyć. Ale dwie? Podczas obecnej wycieczki spotkała mnie bardzo podobna sytuacja. Tym razem miłośniczką naszego języka okazała się natomiast jakaś losowa pani na starym mieście. Zastanawialiśmy się bowiem czy knajpa koło jakiegoś ministerstwa jest ogólnodostępna, czy też nie. Nie była, ale miła pani usłyszała naszą rozmowę i poleciła lokal w okolicy.

hofeherke-sorozo-bar-budapeszt
Typowa knajpka dla starszych panów. Ul. Árpád 60)

Na miejscu zdecydowaliśmy się jednak poszukać czegoś innego, dzięki czemu trafiliśmy na kolejnego polonofila – pana Tibora. Knajpa nazywa się Toldi Etkezde i można w niej zjeść węgierskie domowe obiady. Ceny jak na stolicę mają rewelacyjne, a pan Tibor częstuje do tego wszystkich grzanym winem. Polacy mogą w dodatku liczyć na wspólne oglądanie jego zdjęć z Zakopanego i Krakowa.

bem-sorozo-bar-budapeszt
Bar nazwany imieniem naszego wspólnego bohatera. Lokalizacja oczywista – pl. Bema 🙂

Ogólnie rzecz biorąc, lubię tego typu miejsca „dla ludu”. Takie, gdzie spotkać można starszych panów lekko nadużywających alkohol, a obsługa bliska jest przejścia na emeryturę. Ma to w sobie pewną magię – i nie chodzi tu jedynie o ceny. Zresztą, to w sumie dobry temat na osobny wpis.

pomnik-bema-budapeszt
Pomnik Józefa Bema w Budapeszcie

W Budapeszcie byliśmy akurat pomiędzy dniem urodzin Józefa Bema (każde węgierskie miasto ma pomnik, plac, albo chociaż ulicę Bema) a wizytą prezydenta Dudy. Na mieście spotkać więc można było wielu Polaków. Zwykle w patriotycznych koszulkach, które w ogromnej większości doprowadzają mnie do szału swoją kiczowatością. No ale nie powiem – miło było zobaczyć pomnik generała przystrojony licznymi wieńcami kwiatów, a nawet laurkami robionymi przez dzieci. A wiele z nich przywieźli właśnie Polacy.

pomnik-bema-budapeszt-tablica
„Odbiorę most albo zginę. Naprzód Węgrzy! Nie ma mostu, nie ma ojczyzny”

Coś więc jednak jest na rzeczy z tą naszą przyjaźnią. W Siedmiogrodzie różnie z tym było. Tuż przy granicy właściciel baru stawiał mi wódkę za sam fakt pochodzenia z Polski, a pogranicznicy próbowali mówić po naszemu „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”. W Klużu jeden z Węgrów nie znał z kolei nawet powiedzenia „Lengyel, magyar két jó barát, együtt harcol, s issza borát”. Na Seklerszczyźnie magiczne słowo „Lengyel” wciąż wywołuje jednak uśmiech na twarzach rozmówców. Zastanawia mnie, jak to jest na przykład w Serbii, bo na Słowacji ponoć zachowała się pamięć naszej przyjaźni.

20160729_131002
Pamiętająca czasy królestwa Węgier tablica pamiątkowa w Klużu.

***Wpis pierwotnie miał się ukazać 18 marca 2016 roku, ale nie wiedzieć czemu wtedy go nie opublikowałem. Był to moment powrotu z Rumunii i chyba zastanawiałem się czy nie odpuścić już tego tematu. Po niemal roku stwierdzam, że warto było to kontynuować***

Marchlewszczyzna

50 km na zachód od Żytomierza rozpościerają się lasy, pola i bagna, pomiędzy którymi ciągną się dziurawe drogi. Turyści tam nie zaglądają, bo i miejsc do zwiedzania jest niewiele. Żyje tam natomiast kilkadziesiąt tysięcy naszych rodaków, których przodkowie zasiedlili te ziemie jeszcze przez rozbiorami – i z tego względu warto się tam wybrać.

Większość zdjęć zamieszczono dzięki uprzejmości Patrycji Jenczmionki-Błędowskiej z Radia Rodzina. Mojego autorstwa są to zamazane, źle wykadrowane i niedoświetlone ;-).

Dla mnie okazją była akcja zorganizowana przez Towarzystwo Miłośników Kresowych i Stowarzyszenie Kresy Wschodnie – Dziedzictwo i Pamięć. W podobnych okolicznościach rok temu odwiedziliśmy wspólnie Polaków na rumuńskiej Bukowinie. Teraz przygotowane zostały przygotowane paczki dla polskich i ukraińskich dzieci. Dzięki wsparciu szkół, parafii oraz wpłatom czytelników Gazety Polskiej Codziennie udało się przygotować ponad 200 paczek.

polskie-dzieci-ukraina
Miłe przywitanie w Sobolówce. Cieszy zwłaszcza fakt, że mimo trudnej sytuacji na Ukrainie wciąż mieszka tam tak wielu młodych ludzi

Aby wszystko się zmieściło, potrzeba było trzech samochodów. Wyruszyły one we wtorek 27 grudnia o 22:00 z Wrocławia, po sufit obładowane paczkami. Zabraliśmy też ile się tylko dało produktów spożywczych, ale resztę trzeba będzie dostarczyć w najbliższej przyszłości. Po wielogodzinnej podróży, z przerwą na stanie na granicy, około 17:00 dotarliśmy do Sobolówki, gdzie czekali na nas mieszkańcy.

chlebem-i-sola-polacy-na-ukrainie
Chlebem i solą. W każdym odwiedzanym przez nas miejscu byliśmy witani równie uroczyście

Zza okna widać było, że przygotowano nam nie lada przywitanie. Dzieci wraz z rodzicami i dziadkami stały w kółeczku i jak tylko weszliśmy, zaśpiewały piosenkę „witamy was alleluja” i podarowały pięknie przyozdobiony chleb z solą.

marchlewszczyzna-zytomierz-ukraina-polacy
Najstarsi mieszkańcy wciąż pamiętają – choć głównie z opowieści – o tragicznych czasach sowieckiego terroru

Następnie odbyła się msza, podczas której usłyszeć mogliśmy coś niesamowitego. Ludzie ci, którzy na co dzień mówią już bardziej po ukraińsku, śpiewają i modlą się nadal po polsku! Pod koniec nadszedł czas na przybycie św. Mikołaja, w którego wcielił się jeden z uczestników wyprawy. Potem zostaliśmy poproszeni do jednego z pomieszczeń, gdzie czekał suto zastawiony stół. W kolacji towarzyszyli nam najstarsi mieszkańcy, którzy (po polsku!) opowiadali nam o najstarszych dziejach okolic.

rodzinne-spotkanie-sobolowka-ukraina
Wzruszające spotkanie po latach. Członkowie stowarzyszeń kresowych często odnajdują kontakt ze swoimi rodzinami zza Buga

Opowieści słodko-gorzkie: o tym, jak po wojnie polsko-bolszewickiej tereny te znalazły się w sowieckiej Rosji (powstała tam pseudo autonomia polska, tzw. „Marchlewszczyzna”), o bolszewickim terrorze, rozkułaczaniu, zsyłkach i mordach. Najbardziej przejmujące były jednak historie z czasów wielkiego głodu, gdy zdarzały się nawet akty kanibalizmu. Przewijały się jednak także weselsze anegdoty. Jedna z pań opowiadała na przykład historię swego ojca, który dorobił się sporego majątku i został rozkułaczony. Udało mu się jednak z powrotem wzbogacić, co poskutkowało wywózką na Syberię, gdzie… po raz kolejny został oskarżony o kułactwo!

polskie-dziecko-sobolowka-ukraina
Dzieci z Sobolówki wołają św. Mikołaja

Co ciekawe, mimo wszystkich tych strasznych wydarzeń, jeszcze do lat 60-tych mieszkańcy posługiwali się głównie polszczyzną. Dziś wprawdzie mówią oni już po ukraińsku, ale starają się uczyć także języka przodków.

Aby dokładniej poznać historię tych ziem, odeślę jednak do dobrze opracowanych źródeł, takich jak strona www.kresy.wm.pl. Obszerny opis losów Polaków z terenów obecnej Białorusi i Ukrainy znajduje się też na portalu www.magnapolonia.org. Sam skupię się zaś na samej wyprawie, która obfitowała w wiele wartych uwagi chwil.

romanow-widok-na-polska-wies
Romanów. Wieś składa się ze skromnych, ale zadbanych chatek

Pierwszą noc spędziliśmy w Romanowie, w miejscowym klasztorze. Rano mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie lokalnego kościoła, pod wezwaniem św. Jadwigi. Wewnątrz kolejne ślady polskości – ołtarz z „naszymi” świętymi: Stanisławem, Janem Pawłem II, Faustyną.

ukraina-romanow-kosciol-sw-jadwigi
Kościół w Romanowie. Mieszkańcy walczyli o niego przez długie lata. Świątynię udało się w końcu wybudować w latach 90-tych, ale zgodę wydały jeszcze władze radzieckie!

Ksiądz zdradził nam, że to zabieg celowy – chodzi o to, żeby po tutejszych Polakach pozostał trwały ślad. Ślady są też na pobliskim cmentarzu, gdzie mimo dominującej cyrylicy znaleźć można gdzieniegdzie pisane po polsku nagrobki.

ukraina-romanow-grob-milewski-cyrylica
Panie Milewskie w wersji pisanej cyrylicą…

Nazwiska też brzmiały swojsko, gdyż tereny te były zasiedlane jeszcze przed rozbiorami przez polską drobną szlachtę. Nie było jednak czasu na ich dokładne oglądanie, gdyż trzeba było się dostać do kolejnej miejscowości o nazwie Czerwone Chatki.

ukraina-romanow-grob-milewska
…a tutaj spoczywa ich siostra, o czym informuje nagrobek z polskimi inskrypcjami

Nie było szans, aby nasz bus przejechał przez las i pola, którędy prowadziła jedyna droga. Dlatego też ksiądz Maciej Kopczyński opiekujący się lokalną parafią zaproponował nam podróż zaprzęgiem. On sam wybrał narty biegowe.

marchlewszczyzna-sobolowka-konie
Tym dwóm dziewczynom zawdzięczamy możliwość dotarcia do miejscowości Czerwone Chatki

Na miejscu czekało nas kolejne przywitanie i serdeczności. Wzruszeni byli zwłaszcza starsi mieszkańcy, którzy prosili o jak najczęstsze odwiedziny. Późniejsze wydarzenia wskazują na to, że nie była to jedynie grzeczność, a faktycznie wielka chęć kontaktu z rodakami.

sobolowka-mikolaj-z-polski
Ujęcie jeszcze z Sobolówki. Młodzieniec zapytany o to, czy słucha rodziców i czy dobrze się uczy, ma nieco zmieszaną minę 😉

Trzecim miejscem, które odwiedziliśmy, był Żółty Bród. Scenariusz spotkania podobny, ale jedna rzecz sprawiła że jest to wieś wyjątkowa. Jedna z sióstr prowadzi tam bowiem zajęcia z języka polskiego, o których efekcie łatwo się przekonać. Nie tylko starsi mieszkańcy, lecz nawet dzieci mówią tam pięknie po polsku!

sobolowka-pani-lena-dyrektorka-szkoly
Pani Lena, była dyrektorka miejscowej szkoły. Bardzo życzliwa osoba, dumna ze swojego pochodzenia

Po wszystkim pojechaliśmy na obiad do pani Neli – byłej dyrektorki lokalnej szkoły. Opowiadała nam o tym, jak bardzo przywiązana jest do swojej tożsamości. Widać to było chociażby dzięki z pozoru nieistotnym szczegółom – podała nam np. barszcz… „po polsku”. Popołudnie spędziliśmy w jej miłym towarzystwie i obiecaliśmy nawzajem się odwiedzać. Mam nadzieję, że uda jej się kiedyś przyjechać do Wrocławia (w Polsce była już kilka razy).

ukraina-polski-obiad
Z wizytą u pani Leny i tradycyjne dania zapełniające cały stół

Kilka faktów sprawiło jednak, że wyjazd na Żytomierszczyznę był smutnym doświadczeniem. Okoliczne wsie się wyludniają, ludzie wyjeżdżają bowiem albo do większych miast, albo do Polski. Na miejscu panuje zaś potworna bieda i pisząc „potworna” właśnie to mam na myśli.

riazanka-ser-z-siary-ukraina
Poszukiwania w googlu mówią, że to może być riażanka – ser wytwarzany z siary

Do tego, mimo że tamtejsza polska społeczność jest dość liczna (oficjalnie ok. 50 tys.), to nie mają oni nawet swojego domu polskiego. Dla porównania, na rumuńskiej Bukowinie gdzie Polaków żyje ledwie kilka tysięcy, jest ich chyba osiem… Kontakt z językiem zapewniają im wprawdzie księża i siostry, ale ich „przełożeni” wymagają odprawiania mszy głównie po ukraińsku – po to, aby pozyskiwać wiernych także wśród ludności ukraińskiej.

konny-zaprzeg-sobolowka-czerwone-chatki
Jeszcze jedno ujęcie na nasz zaprzęg. Żal było koników, choć to dla nich chleb powszedni. W nagrodę dostały jednak tabliczkę czekolady

Na koniec dam jednak pozytywny akcent: reportaż autorstwa Patrycji Jenczmionki-Błędowskiej z Radia Rodzina. Posłuchajcie, bo naprawdę warto. Choćby po to, aby przekonać się jak pięknie pielęgnują rodzimy język Polacy Żytomierszczyzny. Przede wszystkim zachęcam jednak do odwiedzin i przekonania się na własnej skórze, jak tam jest.

Zmiany, zmiany, zmiany

Przyznam się bez bicia, że przez ostatnie parę miesięcy rzadziej udzielałem się na blogu. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Pierwszą była praca nad portalem, który chciałbym dzisiaj zaprezentować. Drugą… przewodnik! Ale o tym niebawem.

Skupię się dzisiaj na portalu, gdyż pomysł ten od dawna chodził mi po głowie. Oczywiście chodzi o portal poświęcony Rumunii – czyli www.wrumunii.pl. Zauważyłem bowiem, że mimo coraz większej popularności kraj ten w polskiej części internetu wciąż pozostaje zapomniany.

uliczka 3

Przede wszystkim chciałbym, aby strona ta w przyszłości była głównym źródłem wiedzy o Rumunii. Zarówno pod kątem turystyki, biznesu, gospodarki, polityki, jak i życia w tym kraju. Obecnie trudno bowiem mówić o przesycie informacji na ten temat.

20150902_143221

Weźmy na przykład taką politykę. W polskich mediach była mowa o obniżkach podatków, zniesieniu ponad setki regulacji, ale poza tym? Cisza. Obstawiam, że mało kto nawet wie kto w tej Rumunii jest premierem, a kto prezydentem. Tymczasem 11 grudnia będą miały miejsce wybory parlamentarne, które mogą być pod wieloma względami bardzo ciekawym wydarzeniem.

5

Inną sprawą jest (a może najważniejszą?), że Rumunia z roku na rok staje się miejscem popularnym wśród turystów. Mnie to w ogóle nie dziwi, ale ktoś kto z jakiegoś powodu wybierze się tam pierwszy raz, może nie do końca wiedzieć co go czeka. Tymczasem Rumunia zapewnia mnóstwo wrażeń miłośnikom gór, zabytków, plażowania, osobom chcącym wziąć udział w ciekawych festiwalach i innych wydarzeniach kulturalnych. Tak więc jest to kolejny rozległy temat, który chciałbym rozwijać.

Do zobaczenia w Vadu! :)

Nie zapominajmy również o coraz liczniejszej grupie śmiałków, którzy postanowili w Rumunii zamieszkać. Obecnie grupę „Polacy w Rumunii” na fejsbuku tworzy niewielka społeczność licząca nieco ponad 1300 osób. Sądzę jednak, że jest to jedynie część (jaka? nie wiem) spośród tych, którzy wybrali ten kraj jako miejsce zamieszkania – tymczasowe lub stałe. To właśnie z myślą o nich chciałbym, aby na portalu pojawiały się przeróżne poradniki. Jak zrobić prawo jazdy w Rumunii? Gdzie zarejestrować pobyt? Gdzie szukać pracy? Ile można zarobić? Są to pytania, na które łatwo znaleźć odpowiedź – pod warunkiem, że szuka się danych dotyczących Anglii, Niemiec czy Norwegii. Pod tym względem Rumunia w polskim internecie pozostaje natomiast czarną dziurą.

00370017

Marzy mi się, żeby portal żył i był zarówno ogromną bazą wiedzy o Rumunii, jak i miejscem wymiany myśli między jej miłośnikami. Przede wszystkim ma temu służyć system komentarzy (który nie wiem czy już działa :D). Chciałbym tam jednak także publikować wszelkie relacje z podróży i życia w tym kraju – zarówno świeże relacje, jak i wspomnienia sprzed lat. Te publikowane, jak i te zalegające w szufladach zbyt nieśmiałych autorów. Dlatego też zachęcam wszystkich tych, którzy chcieliby podzielić się swoimi wrażeniami. To właśnie dla nich powstanie niebawem dział „Moja Rumunia”.

Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale...

Na koniec wypada przeprosić za wszelkie niedociągnięcia, których jest całkiem sporo. Wspomniany system komentarzy niekoniecznie działa, po otwarciu artykułów brakuje jeszcze bocznego menu, a obecne logo woła o pomstę do nieba. Obiecuję jednak, że postaram się jak najszybciej nadrobić braki. Zapraszam do dzielenia się wszystkimi sugestiami, a przede wszystkim – czytania!

P.S. Z tego wszystkiego zapomniałem wspomnieć o przewodniku, ale to następnym razem!

 

Polska-Rumunia, czyli dlaczego najpewniej nie pójdę już na żaden mecz

Nie jestem fanem piłki nożnej, ale występ naszej reprezentacji uznałem za dobry powód do kolejnych odwiedzin w Rumunii. Niestety, tak jak mecz był niezły, to kibice obu drużyn zademonstrowali niewyobrażalny poziom żenady.

Sam wyjazd postaram się opisać w osobnej notce, bo może to być przydatne dla osób planujących kilkudniowy wypad do Rumunii. W ciągu czterech dni udało się nam zobaczyć przełom Dunaju, przejechać przez tamę przy Żelaznych Wrotach, objechać kawałek Serbii i Bułgarii, zobaczyć Bukareszt, parę transylwańskich zamków i zaliczyć miły wieczór w Klużu. No ale póki co skupmy się na meczu.

polska-rumunia-2016-impreuna
Dobre złego początki. Świetna oprawa rumuńskich kibiców z początku meczu, której nie było mi dane zobaczyć. Niestety, później było już tylko gorzej. Źródło: www.romanianultras.net

Już w trakcie drogi z granicy bułgarskiej czytaliśmy artykuły o polskich kibicach, którzy szykowali się do bitwy z Rumunami. Im bliżej stolicy, tym było gorzej. Z godziny na godzinę dowiadywaliśmy się, że wsparcia udzielić mają kibice z Węgier, potem doszły nas słuchy o zdemolowanej knajpie i interwencjach policji. Wciąż jednak byłem przekonany, że obędzie się bez burdy, skoro wynik meczu był raczej przesądzony.

Udany mecz, fajny stadion, ale...
Udany mecz, fajny stadion, ale…

Po dotarciu na stadion napięcie jeszcze bardziej rosło. Od parkingu do wejścia kibicom towarzyszyły oddziały policji wyposażonej w ochraniacze, tarcze, pałki i pistolety na ostrą amunicję. To, a także patrole konne i stojące z boku polewaczki świadczyły o tym, że organizatorzy podeszli do kwestii bezpieczeństwa całkiem serio.

Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion
Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion

Okazało się, że wejście dla polskich kibiców było z drugiej strony stadionu. Na szczęście, nasi rodacy zostawili tajemne znaki na ścianach, które doprowadziły nas do celu. Potłuczone butelki po wódce były zaś czytelnym sygnałem, że jesteśmy na miejscu. Rozpoczął się długi proces sprawdzania, czy aby nie wnosimy do środka materiałów pirotechnicznych, broni, butelek, flag, czy też monet (!) które uznano najwyraźniej za szczególnie niebezpieczny materiał. Jak pokazują zdjęcia z rumuńskich portali kibicowskich, kontrole nie odbywały się bez powodu. Oprócz pirotechniki niektórzy chcieli do środka wnieść pałki, noże i maczety.

Zestaw kibica - czyżby Kraków? :) Źródło: www.romanianultras.net
Zestaw kibica – czyżby Kraków? 🙂
Tradycyjne drzewce od siekier i gazrurki, a także nutka egzotyki w postaci sprzętu ogrodniczego. Źródło: www.romanianultras.net

Efekt był taki, że na trybuny weszliśmy dopiero tuż po pierwszej bramce. Mieliśmy za to doskonały widok na resztę spotkania, gdyż spędziliśmy je na schodach. Okazało się bowiem, że wszystkie (numerowane!) miejsca były zajęte, a kibice szczelnie wypełnili każdy wolny skrawek trybun. Nawet nie chciało nam się przebijać przez ten tłum.

Przed meczem naiwnie sądziłem, że zwycięstwo Polaków jest mniej lub bardziej pewne, dlatego założyłem szalik w barwach rumuńskich. Na miejscu zapiąłem kurtkę aż po samą szyję, bo okazało się że może to grozić wpier***em… Kolega Paweł też pozwolił sobie na żart i zabrał na trybuny flagę Japonii, ale rzecz jasna nikt nie zauważył różnicy.

Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają :)
Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają 🙂

Przyznać trzeba jednak uczciwie, że to rumuńscy kibice wiedli prym jeśli chodzi o „nieeleganckie” zachowania. Petardy latały nie tylko na murawę, co widać było w telewizji. Niektóre trafiały też na nasze sektory, odseparowane szczelnym kordonem policji. Nasi miłośnicy futbolu nie pozostawali dłużni i wykrzykiwali hasła, których cechą wspólną były słowa na K i wyzwiska związane z pewną nomadyczną mniejszością etniczną.

Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-)
Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-). Źródło: www.romanianultras.net

Nasi kibice postanowili też przeprowadzić dyskusję na temat relacji rumuńsko-węgierskich, co przejawiało się w okrzykach „ria ria Hungaria”. W pewnym momencie wszyscy zaś wspólnie ruszyli nawalać się z policją. Szczególną aktywnością wykazywała się grupka Rumunów widoczna na zdjęciu poniżej z racami. Gdy w ruch poszły wyrwane krzesełka, policja wpadła tam zrobić porządek i spałowała najbardziej krewkiego z nich. Wtenczas w niepamięć poszły dotychczasowe konflikty i Polacy darli się „zostawcie kibica, wy k***y zostawcie kibica”. Policjanci chyba nie zrozumieli, bo wywlekli nieszczęśnika w ustronne miejsce wspomagając się pałkami.

Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli...
Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli…

Wraz z upływem czasu było jednak spokojniej i gdy padła trzecia bramka, rumuńskie trybuny były już mocno przerzedzone. W oddali wciąż wyróżniały się jednak dwie gromady rumuńskich kibiców, którzy czekali do końca spotkania. Czekali na siebie nawzajem, bo byli to ultrasi dwóch nienawidzących się stołecznych klubów (Dinamo i Steaua).

Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy
Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy

My jednak nie mieliśmy z nimi kontaktu, gdyż polscy kibice mogli opuścić stadion dopiero kilkadziesiąt minut po meczu. Do bójek jednak najpewniej dochodziło, bo w sieci znaleźć można zdjęcia rumuńskich kiboli z odebranymi Polakom „trofeami”.

mierzyn-flaga-bukareszt-kibole
Rumuńscy kibole i ich trofeum. Źródło: www.romanianultras.net

Drogę na parking wyznaczał szpaler policji, ale tam na szczęście obyło się bez incydentów. Dopiero potem mieliśmy dowiedzieć się, że większość bójek polskich kibiców odbywało się… pomiędzy nimi samymi. Nawet na samych trybunach dochodziło do wyzwisk i przepychanek – zapewne z bardzo ważnych powodów.

Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net
Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net

Wszystko to sprawiło, że czym prędzej zapragnęliśmy opuścić Bukareszt. Rankiem dotarliśmy do Bran, gdzie również zjawili się nachlani troglodyci deklarujący śmierć wrogom ojczyzny. Poza Bukaresztem nie spotkałem natomiast żadnych rumuńskich kiboli, a ludzie z którymi rozmawiałem mieli podobne odczucia – że ich reprezentacja to katastrofa, a zachowanie kibiców było poniżej wszelkiej krytyki.

polacy-bojka-kibicow-rumunia
Z twarzy tego faceta można wyczytać pytanie bez odpowiedzi – „co ja tutaj, k***a, robię? Ja też nie wiem. Źródło: www.romanianultras.net

W ten oto sposób będąca w mniejszości grupka debili obu narodowości sprawiła, że już być może nigdy nie pójdę na żaden mecz polskiej reprezentacji.

Małe Węgry

Istnieje takie miejsce w Transylwanii, gdzie mało kto mówi po rumuńsku, miejscowości mają podwójne nazwy, a sylwester obchodzony jest dwa razy – o północy i godzinę później, gdy Nowy Rok witają mieszkańcy Budapesztu.

Seklerszczyzna (rum. Ținutul Secuiesc, węg. Székelyföld) to obszar obejmujący niemal w całości obecne okręgi administracyjne (judeţul) Covasna, Harghita oraz fragmenty Mureș i Neamţ. Nie jest jasne, skąd wzięli się tam Seklerzy. Według jednej z teorii zostali sprowadzeni na te ziemie w XII wieku celem obrony wschodnich rubieży królestwa Węgier. I choć przez wieki zachowali pewną odrębność, to obecnie w większości identyfikują się oni ze swoimi krewniakami z Węgier.

Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomi. Źródło: Andrei Nacu, domena publiczna
Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomii. Źródło: Andrei Nacu, wikipedia/domena publiczna

Przez wieki Seklerzy podkreślali swoją niezależność. Także dzisiaj zauważyć można pewne elementy w ich kulturze, których próżno szukać w innych rejonach dawnych Węgier. Podczas podróży przez wsie i miasteczka rzucają się w oczy przepiękne bramy, strzegące wjazdów do ich domów. Odpowiedników tych misternie rzeźbionych drewnianych dzieł sztuki można szukać co najwyżej w Maramuresz.

Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Swiadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Świadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. U góry widoczne otwory i „ptasie” ornamenty. Źródło: www.marefalva.ro

Powyższe zdjęcia prezentują wieś Satu Mare (węg. Máréfalva) w okręgu Harghita. Nie mylić z Satu Mare znajdującym się w Maramuresz. Przejeżdżałem tamtędy i zdjęcia wyszły słabo. Dlatego też skorzystałem z galerii znajdującej się na ich stronie.

Charakterystyczną cechą Seklerszczyzny, jak zresztą całej Transylwanii, są także obronne kościoły. Niektóre z nich są niczym małe zamki – w ścianach zauważyć można otwory strzelnicze, a w górnych partiach znajdują się niekiedy całe galerie służące do obrony. Polecam zajrzeć do artykułu poświęconemu ufortyfikowanemu kociołkowi w Prejmer – jest to przykład jednego z bardziej charakterystycznych założeń tego typu.

Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kosciół
Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kościół

Mur wokół świątyni to w zasadzie typowe zjawisko w tym regionie. Dotyczy zaś ono nie tylko ogromnych założeń, lecz także niewielkich wiejskich świątyń. I nie ma się czemu dziwić. Krwawe najazdy mongolskie z XIII wieku na wiele lat odcisnęły swe piętno na życiu mieszkańców całej Transylwanii.

Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.
Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.

A jeśli już jesteśmy przy motywie śmierci, to także tutaj zaskakuje odmienności seklerskich obyczajów. Ich tradycyjne nagrobki mają bowiem kształt czworobocznych pali. Zwyczaj ten zachował się zresztą gdzieniegdzie po dziś dzień i pokazuje odmienność tego tajemniczego ludu. W kamiennych nagrobkach także można zauważyć nawiązania do dawnej tradycji.

Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali
Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę, aby wspomnieć o jeszcze jednej różnicy. Seklerzy, jak zresztą większość siedmiogrodzkich Węgrów, to protestanci. Są wśród nich zarówno kalwiniści, luteranie, a nawet unitarianie. Różnica jest zauważalna choćby w wystroju kościołów. Polecam więc zaglądać do mijanych nawet w najmniejszych wsiach świątyń. Wyglądają one często tak, jakby czas zatrzymał się tam przynajmniej sto lat temu.

Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Ten sam kościół. Fragment modlitwy

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się w kwestii różnic językowych. Jeden Węgier tłumaczył mi jednak, że takowe istnieją. Przytaczał przykład, że seklerskie określenie pieczonego ziemniaka jest przez mieszkańców Węgier rozumiane jako „delikatne upicie się”, co może prowadzić do zabawnych nieporozumień. Niestety, nie mam jak tego zweryfikować.

Spora część Transylwanii jest dwujęzyczna – zwłaszcza jeśli chodzi o nazwy miejscowości. Niekiedy, np. w Timiszoarze czy Braszowie, przed wjazdem do miasta są wymienione aż trzy nazwy – rumuńska, węgierska oraz niemiecka. I to mimo, że tamtejsze mniejszości stanowią niewielki procent mieszkańców. Warto o tym wspomnieć, gdyż np. władze takiego Klużu wzbraniają się przed poinformowaniem przyjezdnych o jego węgierskiej nazwie – Kolozsvár.

Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna
Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna

Tymczasem na Seklerszczyźnie węgierskie nazwy miejscowości pojawiają się nawet na drogowskazach, co jest gdzie indziej niespotykane. W efekcie na znakach – takich jak poniżej – mamy prawdziwy natłok napisów. Ale przynajmniej wszyscy są szczęśliwi.

Trudno się nie połapać :).
Trudno się nie połapać :).

No dobra, Węgrzy szczęśliwi nie są. Wielu z nich chciałoby zapewne, aby obecne granice uległy korekcie. Np. tak, jak podczas wojny, po korzystnym dla Węgier arbitrażu wiedeńskim. Zwłaszcza na Seklerszczyźnie widać tęsknotę do Wielkich Węgier, np. w postaci plakatów na których zilustrowany jest rozpad królestwa.

Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.
Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.

Temat ten zasługuje zresztą na osobny artykuł, aczkolwiek póki co nie czuję się kompetentnie aby to opisać. Sprawa nie jest bowiem tak prosta, jak się wydaje większości polskich hungarofilów. Z całą pewnością muszę zaś stwierdzić, że obecnie Węgrzy w Rumunii mają nieporównywalnie więcej praw, niż Rumuni zamieszkujący te tereny przez I wojną światową.

Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Obecnie niektóre środowiska węgierskie podejmują starania, aby teren Seklerszczyzny objęty został autonomią. Na jakich zasadach i jakie terytorium miałoby obejmować? Samo wyznaczenie granic sprawia pewną trudność, ze względu na zmiany demograficzne zachodzące na przestrzeni lat. Mam jednak nadzieję, że oba narody się kiedyś dogadają. Już teraz wśród zwykłych ludzi dominuje pozytywne nastawienie względem siebie. Tylko czasem Rumuni narzekają, że nie mogą dogadać się we własnym kraju w swoim języku, a ci Węgrzy cały czas mają do nich o coś pretensje.

Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Seklerszczyzna to oczywiście nie jedyne miejsce w Rumunii, gdzie żyje mniejszość węgierska. Sporo wciąż zamieszkuje wschodnie tereny, a także obszar centralnej Transylwanii, czyli np. Kluż i okolice – tam zresztą zdarzają się miejsca, gdzie stanowią oni przytłaczającą większość. W całym kraju żyje ich – wedle spisu z 2011 roku – około 1,2 mln.