Gott ist mein Fels

„Pan jest moją skałą, moją twierdzą i moim wybawcą”: ufortyfikowany kościół w Prejmer jest niczym żywa ilustracja do ewangelickiego psalmu. Świątynia, którą wznoszono etapami od XIII wieku, miała chronić mieszkańców w razie niebezpieczeństwa. I zapewne chroniła, o czym świadczą zachowane po dziś dzień zabudowania.

Nie ma chyba lepszego przykładu odpowiadającego na pytanie, czym są siedmiogrodzkie kościoły obronne. A zaznaczyć należy, że jest ich bez liku – i na pewno jeszcze nie raz zagoszczą one na łamach niniejszego bloga. Jadąc przez wioski, miasteczka i większe ośrodki co chwilę mija się tabliczkę z napisem „basilica fortificata”. I choć nigdy nie ma czasu na odwiedzenie każdego z tych miejsc, to z własnego doświadczenia wiem że zawsze warto poświęcić choć chwilę na krótki spacer.

I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych...
I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych…

Jest to swego rodzaju znak rozpoznawczy Transylwanii. Pamiątka po najazdach Mongołów, którzy spustoszyli te ziemie pod koniec XIII wieku – czyli nie tak długo po tym, gdy na Legnickim Polu poległ Henryk Pobożny. Nic dziwnego, że ich obecność wymusiła powstanie ogromnej liczby zamków i innego rodzaju fortyfikacji. Kościoły, które w tym czasie były zwykle jedynym murowanym budynkiem w większości osad, idealnie nadawały się do połączenia funkcji sakralnej z nową – obronną. Jak tego dokonywano? Najlepiej będzie, jak oddam głos autorom wspaniałej książki „Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura”. To właśnie ich publikacja zainspirowała mnie do wizyty w tym miejscu:

„Pierwszym sposobem przygotowania świątyń do funkcji obronnych było tworzenie obwodu obwarowań. Pierścienie murów sukcesywnie zwielokrotniano, czyniąc kościół coraz bardziej niedostępnym. Z czasem zaczął się on upodabniać do zamku, w którym ufortyfikowanie głównego budynku kościelnego przemieniało go w główny i ostateczny punkt oporu na miarę donżonu – wieży ostatecznej obrony występującej w średniowiecznych zamkach feudalnych. Na funkcję taką wyraźnie wskazuje częste wykopywanie studni wewnątrz świątyni (!). Samo fortyfikowanie obejmowało z reguły umocnienie wieży, którą prócz strzelnic zaopatrywano najczęściej w drewnianą galerię obronną”. (Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura. Michał Jurecki i Łukasz Gałusek. Olszanica 2008).

Kościół obronny w Prejmer (niem. Tartlau, węg. Prázsmár) jest jednak na tle innych tego typu świątyń założeniem wybitnym. I względnie nowym, bo mimo powstanie w XIII wieku, jego rozbudowa trwała jeszcze w wieku XVIII. Gdy przejeżdżałem tamtędy po raz pierwszy, było już niestety po godzinach otwarcia. Nie zniechęciło mnie to jednak do obejścia całego założenia z zewnątrz.

Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kosciół w Prejmer jedynie z zewnątrz
Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kościół w Prejmer jedynie z zewnątrz

Parę dni później, już w drodze powrotnej, udało się na szczęście wejść do środka. Najpierw zwiedza się barbakan, dobudowany w późniejszym okresie. Całkiem interesująca jest wystawa w budynku bramnym, w której pokazano saskie przedmioty codziennego użytku. Następnie wchodzi się na główny dziedziniec, wokół którego ciągną się drewniane galerie prowadzące do cel refugialnych – ponad dwustu pomieszczeń, gdzie mieszkańcy okolic mogli chronić się przez długie miesiące ewentualnego oblężenia.

Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem
Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem

Większość drzwi jest pozamykanych, jednak w paru miejscach istnieje możliwość wejścia do wewnątrz. Pozwala to na zwiedzenie baszt czy przejście się korytarzem ze skierowanymi na zewnątrz strzelnicami. Są tam nawet nieźle zachowane wykusze latrynowe. W niektórych pomieszczeniach na parterze zlokalizowane zaś były warsztaty rzemieślnicze.

Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach
Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach

Centralnym punktem oporu był kościół, wzniesiony w XIII wieku przez krzyżaków. Wyposażenie jest w nim dość skromne, aczkolwiek nie jest to istotne. Ważne z uwagi na pełnioną funkcję są natomiast elementy mające na celu nadanie mu cech zamkowej wieży – takich, jak chociażby strzelnice.

Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży
Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży

Jeśli chodzi o wspomniane wyposażenie, moim zdaniem najbardziej interesujący jest element pochodzący z czasów najnowszych. Drewniana płaskorzeźba poświęcona żołnierzom poległym podczas II Wojny Światowej jest czymś, czego nie widziałem nigdzie wcześniej.

Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny
Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny

Warowny kościół w Prejmer opuszcza się z żalem. Ma się tam ochotę zapuścić w dosłownie każdy zakamarek, aby przekonać się jak to wybitne dzieło mogło funkcjonować w latach swej świetności.

 

 

Spălătorie – w rumuńskiej myjni

Można odnieść wrażenie, że większość Rumunów znajduje zatrudnienie w branży motoryzacyjnej. W niemal każdej miejscowości można bowiem znaleźć zakłady wulkanizacyjne, warsztaty czy mniejsze lub większe hurtownie z częściami.

Częstym widokiem są także myjnie. Ich liczba może niekiedy zaskakiwać. Zwłaszcza, że Rumuni niemal obsesyjnie dbają o czystość ulic – w miastach, w sezonie letnim, co chwilę minąć można polewaczkę, która usuwa brud z nawierzchni.

Przydrożna myjnia - częsty widok w Rumunii
Przydrożna myjnia – częsty widok w Rumunii

Nie przeszkadza to jednak kierowcom w częstym odwiedzaniu myjni samochodowych zwanych tu „spălătorie”. Zwłaszcza, że – wbrew stereotypom – w Rumunii dużo jest nowych aut. Coraz rzadziej widać na ulicach stare Dacie i Aro. A jeśli już, to zdarzają się wśród nich pieczołowicie odrestaurowane egzemplarze.

Renault 8? A może... Dacia 1100?
Renault 8? A może… Dacia 1100?
Kult lat 70-tych
Kult lat 70-tych
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask

Mimo wszystko od zawsze dziwiło mnie to, jaką popularnością cieszą się w Rumunii myjnie samochodowe. Często ustawiają się do nich bowiem długie kolejki. Inaczej niż w Polsce, dominują tu jednak punkty obsługowe. Jak działają, przyszło mi się przekonać po powrocie znad morza.

Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno
Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno

Okazało się, że skorzystanie z usługi jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać. Po zaparkowaniu na stanowisku podszedłem do szefa myjni, który wypisał malutki rachunek zawierając w nim takie dane jak marka auta, numer rejestracji, datę i cenę. Zacząłem już się obawiać, że zaraz zapyta mnie o dowód!

Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)
Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)

Dopiero z tak wypełnionym dokumentem udałem się do malutkiej kanciapy, w której sympatyczna Rumunka zainkasowała ode mnie 30 lei. Podbiła dokument pieczątką i mogłem wrócić do szefa. Wtedy dopiero wyznaczył on jednego z pracowników do wykonania zadania.

Początkowo sądziłem, że zapłacone 30 lei to gruba przesada. W Polsce przecież można za tyle auto umyć dwa razy na stacji benzynowej. Okazało się, jednak, że w tej cenie auto zostało umyte z zewnątrz jak i w środku… Tak więc bez obaw!

Zastanawiam się tylko, kiedy w Rumunii pojawią się znane u nas myjnie samoobsługowe. Do tej pory byłem na jednej w Klużu, ale korzystanie z niej wciąż było nieco zbiurokratyzowane. Najpierw trzeba było bowiem podejść do kiosku, aby kupić monety 1 euro w przeliczniku 5:1. Najwyraźniej więc była to używana instalacja sprowadzona zza granicy.

Vadu – jedna z ostatnich rumuńskich dzikich plaż

W lecie plaże nad Morzem Czarnym są oblegane. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Konstancy są jednak miejsca, gdzie możliwy jest wypoczynek z dala od tłumów.

O plaży w Vadu dowiedziałem się przypadkiem. Szukałem bowiem miejsca pomiędzy deltą Dunaju a Konstancą, gdzie będzie można zatrzymać się i odpocząć. Rzut oka na mapę pozwalał przypuszczać, że dojazd tam będzie banalnie łatwy. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Można wręcz powiedzieć, że plaża na wiele sposobów broni się przed zalewem turystów. Z daleka odstraszają na przykład ruiny opuszczonej fabryki. Już po powrocie wyczytałem, że w miejscu tym był wydobywany między innymi uran. Wydaje mi się jednak, że nie ma powodu do obaw, gdyż w pobliskiej wsi ludzie żyją normalnie.

Opuszczona fabryka - wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów
Opuszczona fabryka – wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów

Aby trafić na plażę w Vadu, należy dojechać do wspomnianej fabryki i przed wjazdem skręcić w prawo. Tuż obok znajduje się tablica informująca o ścisłym zakazie wjazdu. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w Rumunii. Mijamy zakaz i jedziemy dalej betonową drogą. Żeby nie było – pytaliśmy się dwóch osób i obie kazały nam jechać właśnie tamtędy.

"Accesul interzis", ale nikt sobie z tego nic nie robi...
„Accesul interzis”, ale nikt sobie z tego nic nie robi…

Droga jest w niezłym stanie, aczkolwiek co jakiś czas należy zwolnić na większych szczelinach pomiędzy betonowymi płytami. Po drodze minęliśmy mały stragan, na którym można było kupić arbuzy, melony czy pomidory. To pierwszy znak, że droga jest uczęszczana. Drugim były samochody, które co chwilę mijaliśmy.

Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę
Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę

W pewnym momencie droga się rozwidla. My skręciliśmy w tę prowadzącą do restauracji, co miało okazać się dobrym wyborem. Na miejscu znaleźliśmy bowiem idealne warunki na rozbicie namiotu. Samochodem można tam wjechać na samą plażę, a do tego najbliżsi „sąsiedzi” byli dopiero kilkadziesiąt metrów dalej.

Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów...
Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów…

Są tam rodziny z dziećmi, pijący studenci, spotkać też można starsze małżeństwa. Zwyczaje panują zaś bardzo luźne. Nikomu nie przeszkadzają na przykład wypoczywający obok nudyści. A nawet jeśli to miejsca jest tyle, że można znaleźć spory kawał plaży tylko dla siebie. Co charakterystyczne, nie widziałem tam żadnego parawanu. Nikt nie czuje bowiem potrzeby jeszcze większego odseparowania od otoczenia.

W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping
W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping

Mimo sporej odległości od najbliższego sklepu w Vadu nie trzeba martwić się o zaopatrzenie. Rano zbudziło nas szczekanie psa, który towarzyszył miejscowym rybakom. Po godzinie wiosłowania wrócili z pobliskiego łowiska z siecią pełną ryb.

Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami
Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami

Wokół nich natychmiast zebrał się tłumek plażowiczów, którzy kupowali coś w rodzaju sardynek. Cena? 5 lei za kilogram!

Ryby prosto z morza - dosłownie!
Ryby prosto z morza – dosłownie!

Oprócz tego w Vadu doskwiera jednak brak jakiejkolwiek infrastruktury. Otwarto tam wprawdzie restaurację (która zapewnia o wiele większy standard niż można by się było spodziewać po takim odludziu), ale brakuje tak prostej rzeczy jak choćby prysznic. Z drugiej strony, w Vadu można naprawdę wypocząć. Poniżej, dla porównania, zdjęcie z Mamai – największego kurortu w całej Rumunii, zaledwie parędziesiąt kilometrów na południe od Vadu…

Tymczasem w Mamai...
Tymczasem w Mamai…

Mamy więc do wyboru dwie skrajności. Z jednej strony tłumy ludzi, plaże zastawione leżakami, nawalającą zewsząd muzykę i setki sklepików. Z drugiej zaś dziką plażę, na której możemy być naprawdę sami. Trudno znaleźć złoty środek, dlatego mimo wszystko bardziej skłaniam się ku temu drugiemu.

Do zobaczenia w Vadu! :)
Do zobaczenia w Vadu! :)

Dawniej za najbardziej kultową plażę w Rumunii uchodziła Vama Veche. Do leżącej przy granicy z Bułgarią wioski rybackiej zjeżdżali w czasach komunizmu opozycjoniści, intelektualiści i hipisi. Zwyczaj wymagał, aby rozbijać się namiotem tuż nad morzem. Obecnie miejsce to uległo znacznej komercjalizacji. Czy taki sam los spotka Vadu? Lepiej się nie zastanawiać, tylko pakować plecak i spróbować biwaku na jednej z ostatnich rumuńskich dzikich plaż.

Maramuresz – serce Rumunii

Maramuresz to idealna propozycja dla ludzi, którzy cenią sobie folklor i tradycję. Drewniana architektura, ludowe stroje czy charakterystyczne monastyry ze strzelistymi wieżami – tam można je podziwiać w ich pierwotnej formie.

W każdym szanującym się rumuńskim mieście znajdziemy knajpę z tradycyjną kuchnią. Zaaranżowane są one z reguły w podobny sposób. Na ścianach prezentowane są stare naczynia, goście siedzą przy drewnianych ławach, a kelnerzy uwijają się przebrani w tradycyjne stroje. Zewsząd dobiega zaś tradycyjna ludowa muzyka. Kto nie zna, ten może posłuchać – na przykład dzięki internetowej wersji radia Someş.

Osoby, którym pasuje taka atmosfera, z pewnością odnajdą się w Maramuresz które jest swego rodzaju pierwowzorem dla rumuńskiej kultury ludowej. Ciężko to opisać, bo w Polsce nie jest raczej znane takie zjawisko. Historycznie jest to kraina leżąca po obu stronach Cisy – rumuńskiej i ukraińskiej. Nie wydaje mi się jednak, żeby za naszą wschodnią granicą tereny te aż tak mocno oddziaływały na kulturę całego kraju. A w Rumunii? Wystarczy wspomnieć, że monastyry wznoszone w tym regionie są kopiowane daleko poza jego granicami.

Nowo wybudowany monastyr w Klużu - ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!
Nowo wybudowany monastyr w Klużu – ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!

Co ciekawe, w samym Maramuresz także powstają nowe świątynie. Na przykład kompleks monastyrów w Bârsana, widoczny na zdjęciach poniżej. Mój największy podziw wzbudza zaś fakt, że wszystkie obiekty tego typu powstają tradycyjnymi metodami. Warto przyjrzeć się bliżej, aby zobaczyć z jakim kunsztem wykonywane są poszczególne elementy.

Bârsana-monastyr
Na zdjęciu widać zaledwie część budynków – w tym te starsze

Do arcydzieł sztuki sakralnej śmiało można też zaliczyć lokalne cmentarze. A szczególnie jeden, mianowicie Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel) w miejscowości Săpȃnƫa (uproszczona wymowa to Sepynca). Drewniane, malowane nagrobki od lat trzydziestych tworzył Stan Ioan Pătraș, a potem jego następca – Dumitru Pop Tincu.

Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię
Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię

Każdy z kilkuset nagrobków opowiada inną historię. Wiele z nich pokazuje historie związane z życiem pochowanych osób. Stąd przedstawienia gospodyń w kuchni, sadownika opryskującego drzewka, traktorzystów, policjantów, etc.

wesoly-cmentarz-rumunia

Wiele przedstawień jest jednak makabrycznych. Przedstawiają one bowiem okoliczności śmierci, które nie zawsze były przyjemne. I tak znaleźć można na Wesołym Cmentarzu ofiary wypadków samochodowych, utonięć, potrącenia przez pociąg i innych nagłych zdarzeń.

wesoly-cmentarz-rumunia
Po prawej kilka typowych przedstawień odnoszących się do życia pochowanych osób. Po lewej zaś zebrałem kilka obrazów przedstawiających tragiczną śmierć…

Wesoły Cmentarz jest z całą pewnością żelaznym punktem podczas każdej wycieczki w te strony. Warto jednak zwracać przyglądać się okolicznym zabudowaniom. Same chaty są z reguły skromne, lecz bardzo urokliwe. Dominują kilkuizbowe, drewniane parterowe budynki kryte charakterystycznym gontem (taki rodzaj drewnianej dachówki). W tamtejszych wsiach co chwilę można natknąć się też na przepięknie rzeźbione bramy.

Drewniane dachy - wizytówka regionu
Drewniane dachy – wizytówka regionu
Pierwsza lepsza marmaroska chatka
Pierwsza lepsza marmaroska chatka…
...jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!
…jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!

W okolicy sporo jest pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych, w których można przenocować za niewielką opłatą. Warto skorzystać, żeby samemu przekonać się jak to wszystko wygląda.

Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens ;-)
Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens ;-)

Tego typu domostwa można też zobaczyć w większych miastach w różnego rodzaju skansenach. To jednak marny substytut, skoro w Maramuresz można doświadczyć tego, jak piękne drewniane wioski tętnią życiem.

Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz
Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz

Maramuresz, podobnie jak większa część Rumunii, to region górzysty. Miłośnicy pieszych wędrówek mają więc spory wybór tras. Polecić można zwłaszcza znajdujący się na wschodzie regionu Park Naturalny Gór Marmaroskich (Parcul Natural Munții Maramureșului – to odpowiednik naszych parków krajobrazowych). Warto zjechać z drogi krajowej nr 18 w wąską trasę o numerze 187. Prowadzi ona wąską doliną pomiędzy górskimi szczytami w samo jego serce.

Droga ciągnie się tam wzdłuż rzeki, a naokoło położone są bardzo rozległe osady. Ich granice wyznaczają zaś pobliskie górskie szczyty. Okolice są przepiękne, ale z własnego doświadczenia nie polecam wyjazdu zimą. Drogi są wtedy słabo przejezdne, a tym bardziej górskie szlaki. Cóż, przynajmniej mam powód aby tam wrócić gdy pogoda będzie bardziej dopisywać.

 

Szeklerska wieś

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Klużu, ale już na terenie jednostki administracyjnej Alba, leży Rimetea (węg. Torockó). Choć może tym razem to nazwę węgierską powinno się podawać jako pierwszą? We wsi liczącej mniej niż 2000 mieszkańców ogromną większość stanowią bowiem węgierskojęzyczni Szeklerzy. Ale to nie jedyna rzecz, która wyróżnia ją od okolicznych miejscowości .

Tą, która rzuci się od razu w oczy, jest potężna skała, u podnóża której rozciąga się malownicza wioska. Rumuni zwą ją Piatra Secuiului, Węgrzy natomiast – Székelykő. Robi ona niesamowite wrażenie, wyraźnie górując nad okolicą. Można się na nią wspiąć, aczkolwiek trasa jest bardzo trudna. Piękne widoki ze szczytu skały rekompensują jednak wszelkie niedogodności.

Widok na Torockó z szeklerskiej skały
Widok na Torockó z szeklerskiej skały

Na samym szczycie znajduje się kamienny słup zwieńczony krzyżem. Lokalna tradycja nakazuje, aby pomalować go w swoje barwy narodowe. Wzięło się to zapewne stąd, że na przemian pojawiają się tam wymalowane sprejem flagi Rumunii i Węgier. Na zdjęciu koledzy i ich patriotyczne dzieło. Ze szczytu rozpościerają się ponadto piękne widoki na okolicę.

Jak się dowiedziałem, poprzednio była flaga Węgier
Jak się dowiedziałem, poprzednio była flaga Węgier

Wieś warto jednak obejrzeć z bliska. Wtedy chyba każdy zwróci uwagę na fakt, że większość gospodarstw mimo podeszłego wieku wygląda, jakby było świeżo po remoncie. Cóż, w pewnym sensie jest.

Takich wypielęgnowanych chat nie powstydziłaby się żadna polska wioska!
Takich wypielęgnowanych chat nie powstydziłaby się żadna polska wioska!

To efekt wieloletnich prac konserwatorskich, które zostały rozpoczęte na początku lat dziewięćdziesiątych. W efekcie wioska została nagrodzona prestiżową nagrodą Europa Nostra.

Równiurki szereg pięknych szeklerskich domów. Szkoda tylko, że wioska jest na co dzień mało "żywa"
Równiutki szereg pięknych szeklerskich domów. Szkoda tylko, że wioska jest w weekendy mało „żywa”

Pierwszą charakterystyczną rzeczą jest to, że szeklerskie zabudowania stoją bokiem do ulicy. Drugą jest natomiast to, że w Torockó na każdym kroku czuje się obecność wielkiej skały…

Szeklerska skała cały czas nam towarzyszy podczas zwiedzania Torockó. Cóż, trudno byłoby jej nie zauważać
Szeklerska skała cały czas nam towarzyszy podczas zwiedzania Torockó. Cóż, trudno byłoby jej nie zauważać

Nie dziwi fakt, że większość mieszkańców żyje tu z turystyki. W gospodarstwach funkcjonuje ogromna liczba ośrodków. W niektórych można wynająć zwykły pokój, inne zostały przekształcone w typowe pensjonaty. Nie miałem okazji tam nocować, ale ceny podobno są korzystne. W cenie noclegu można też liczyć na posiłek.

Legendarny pensjonat, w którym nocował sam Rober Makłowicz :)
Legendarny pensjonat, w którym nocował sam Rober Makłowicz :)

Nie było mi dane przekonać się, co serwują lokalni gospodarze. W Torockó byłem łącznie trzy lub cztery razy, ale najwyraźniej poza sezonem w wiosce niewiele się dzieje. Zwłaszcza w niedziele, kiedy to wszystkie knajpy i pensjonaty były pozamykane na cztery spusty. Szeklerskiej wsi jest jednak poświęcony super odcinek pana Makłowicza – to tak na otarcie łez :).

20151108_122310

Kto nie prowadzi pensjonatu czy też choćby agroturystyki, ten może spróbować swoich sił w wytwarzaniu bimbru. Nie trzeba daleko szukać, aby dostać butelkę palinki domowej roboty. O dostępności trunku informują liczne – mniej lub bardziej widoczne – plakietki. Nie trzeba znać węgierskiego, żeby zrozumieć jakie mają one znaczenie. Dla nie znających rumuńskiego wystarczy zaś język migowy.

Można nie znać węgierskiego, ale słowo "palinka" jest międzynarodowe
Można nie znać węgierskiego, ale słowo „palinka” jest międzynarodowe

 

Koło wodne? Skądś to znamy. Zapewne napędza bimbrowniczą maszynerię w pobliskiej chacie...
Koło wodne? Skądś to znamy. Zapewne napędza bimbrowniczą maszynerię w pobliskiej chacie…

Na koniec religijny smaczek. Spora część siedmiogrodzkich Węgrów to unitarianie. Ci zaś u nas znani byli jako Arianie bądź Bracia Polscy. W XVII wieku zostali wypędzeni z kraju, tutaj trwają nadal.

Unitariański kościół wciąż góruje nad resztą zabudowań
Unitariański kościół wciąż góruje nad resztą zabudowań

Rumunia od kuchni

Z pozoru rumuńska kuchnia może się wydawać prosta i mało wyszukana. Prędzej czy później każdy odkryje w niej jednak coś dla siebie (no chyba, że nie je mięsa). A potem pozostanie tęsknić i czekać do kolejnego wyjazdu, aby znowu spróbować miczy, placzinty i sarmali.

Nie jestem specem od kuchni. To tak tytułem wstępu, żeby nikt nie miał żadnych pretensji. Nie będzie tu słowa o tym, że coś jest dodawane do czegoś, żeby przełamać smak czegoś, a co innego pasuje do czegoś, bo wydobywa z tego czegoś jakiś aromat. Rumuńska kuchnia jest prosta i smaczna (a do tego wprost ocieka glutenem i tłuszczem). I mam nadzieję, że ten artykuł będzie podobny.

Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!
Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!

To chyba sprawa najbardziej charakterystyczna – Rumuni jedzą dużo mięsa. Wołowina, baranina czy jagnięcina to produkty, które w Polsce potrafią sporo kosztować. W Rumunii mięsa te są względnie tanie – tańsze wręcz od drobiu, który nie cieszy się taką popularnością jak u nas.

Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).
Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).

„Dużo mięsa” należy traktować bardzo jednoznacznie. Oni naprawdę kochają mięso! Znamienne, że w całym Klużu znalazłem jedną jedyną knajpę dla jaroszy – aczkolwiek taką fest, gdzie można zamówić nawet dania raw vegan (mowa o restauracji Samsara, str. Stefan Ludwig Roth). W typowych knajpach z domowym jedzeniem bez mięsa są na ogół jedynie sałatki. Takie menu oferuje na przykład rewelacyjna Varzaria (kapuściarnia) przy bulwarze Eroilor. Nazwa zobowiązuje, dlatego nie powinien dziwić główny składnik co drugiego dania…

Varza a'la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.
Varza a’la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.

Mają tam wprawdzie także pieczarkowe sarmale, ale idę o zakład że są robione na zwykłym tłuszczu. Czym właściwie są sarmale? Najprościej rzecz ujmując, jest to danie podobne do naszych gołąbków. Tyle, że są mniejsze, a w dodatku farsz zawija się w liście z kiszonej kapusty.

Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale...
Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale…

Swoją drogą, Rumunia jest rajem dla miłośników „przetworów na zimę”. Oprócz tych popularnych u nas, można tu trafić naprawdę na wszystko – słoiki z ostrą papryką, estragonem, a nawet… arbuzami.

20151025_160135
Do wyboru, do koloru. Jeżeli jest jakiś owoc bądź warzywo, to istnieje spora szansa że Rumuni je kiszą w słoikach.

Warto wymienić też inne klasyki rumuńskiej kuchni, takie jak ciorba de burta (flaczki – nie jadłem, ale kto lubi ten poleca), czy transylwańskie zupy z masą estragonu. Ogromny spis rumuńskich dań znaleźć można chociażby na wikipedii. Ja nie spróbowałem pewnie nawet połowy z nich, a i tak przez pół roku pobytu w Klużu przytyłem z osiem kilogramów :).

pasza
Rumuńskie zupy – proste, treściwe i pożywne.

Chyba największym hitem są jednak dla mnie rumuńskie fast foody. Takie, jak choćby plăcintă (placzinta). Jest to ciasto z pieczarkami, serem, szynką lub innymi dodatkami. Przy zamawianiu warto znać słowo klucz: la toate (ze wszystkim). Zwykle zresztą w ofercie znajduje się specjalna pozycja placzinty z wszystkimi dodatkami. W Klużu dostępny jest także palaneț (palanec). Wygląda identycznie, a wielu Rumunów tego nie kojarzyło. Wpadliśmy z Anią na pomysł, że może to taka lokalna odmiana. Coś, jak wrocławska knysza.

palanet-palanec-rumunia
Palanece. Z zewnątrz niepozorne, w srodku kryje się ser, pieczarki albo szynka. Albo… wszystko na raz!

Z podobnej kategorii pyszności, sprzedawanych z niewielkich budek i w barach szybkiej obsługi, wymienić należy też gogosze i kowridże (gogoși, covrigi). Gogosze to mączne placki, trochę jak pączki, które są robione na głębokim oleju. Kowridże to z kolei rodzaj podłużnych precli, obwarzanków. Powstają też zabawne połączenia, jak np. covridogi, czyli połączenie kowridża z hotdogiem.

Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.
Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.

Absolutnym zwycięzcą mojego prywatnego rankingu rumuńskich kulinariów są jednak micze (pisze się mici bądź mititei). Jest to mielone mięso baranio – wołowe (ale nie tylko, bo występuje też np. samo baranie, jak i w innych konfiguracjach) zwijane w podłużne kotleciki przygotowywane na ruszcie.

Micze w wersji sklepowej.
Micze w wersji sklepowej.

Jedna sztuka kosztuje od jednego do paru lei. Można je dostać zarówno w lepszych knajpach, jak i na ulicznych grillach.

Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.
Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.

Ktoś kiedyś powiedział Ani, że micze najlepiej smakują, gdy zostaną zakupione od najbrudniejszego sprzedawcy. Trochę w tym prawdy jest.

20160303_135632
Jedne z najtańszych miczy, serwowane przed wejściem do hipermarketu. Taki zestaw kosztował na przełomie 2015 i 2016 roku koło 4 złotych.

To by było na tyle, jesli chodzi o moje spostrzeżenia dotyczące rumuńskiej kuchni. Oczywiscie zdaję sobie sprawę, że wiele jeszcze przede mną. Mam jednak nadzieję, że choć z grubsza udało się liznąć temat. Czy rumuńskie dania są smaczne? Wystarczy spojrzeć na Kubę, który odwiedził nas w Klużu:

Om nom nom
Om nom nom

Rzymianie, czyli kilka słów o rumuńskiej tożsamości narodowej

W Polsce obchodzono właśnie 1050-tą rocznicę chrztu, który dał początek naszej państwowości. Rumuni mogą na to spoglądać z politowaniem, gdyż w kraju tym powszechny jest mit o ponad dwóch tysiącach lat nieprzerwanej historii. Wszystko przez krótki epizod, kiedy to Dacja stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego.

Kilka faktów jest bezsprzecznych. Dacja rzeczywiście pokrywała się terytorialnie z obecną Rumunią (granica południowa i zachodnia oparta była na Dunaju wschodnia na morzu, różnią się opinie co do części północnej). Faktycznie, kraina ta stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego (od 106 do 271 roku naszej ery), gdy została ona podbita przez Trajana. Czy jednak można mówić o bezpośrednim pokrewieństwie ówczesnych mieszkańców tamtych ziem ze współczesnymi Rumunami? Czy nieco ponad 150 lat mogło sprawić, że cała ludność dacka została zromanizowana? Śmiem przypuszczać, że nie. Ale dla Rumunów ten krótki okres stanowi mit założycielski dla współczesnego kraju.

Jedna z prób okreslenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii. Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen - "Droysens Historischem Handatlas", 1886
Jedna z prób określenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii.
Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen – „Droysens Historischem Handatlas”, 1886

Od omawianego okresu obecna Rumunia była swego rodzaju pograniczem pomiędzy Polską, Turcją a Węgrami. Transylwania (Siedmiogród) była na przykład od X wieku we władaniu węgierskim, potem na przełomie XVI i XVII wieku zajęta była przez Turków, po czym z powrotem trafiła w ręce Węgierskie. W Polsce na lekcjach historii ziemie te pojawiają się rzadko, a jeśli już to w kontekście pochodzenia Stefana Batorego. Mołdawia i Wołoszczyzna wzmiankowane są z kolei  w kontekście polskiego lenna (Hospodarstwo Mołdawskie i Wołoskie).

Gdzie ta Rumunia? Powyższa mapa (XIV – XV wiek) pokazuje, jak poszczególne części obecnej Rumunii musiały zmagać się z wpływami obcych mocarstw – czyli Polski, Turcji i Węgier. Źródło: Fragment mapy firmy E-MM Magdalena de Lange, Maciej Gąsiorowski

Jedyny moment zjednoczenia obecnych ziem rumuńskich nastąpił w 1599 roku. Dokonał tego Mihai Viteazul (Michał Waleczny), a jego panowanie nad Mołdawią, Transylwanią i Wołoszczyzną trwało mniej więcej rok.

romania-1601
Ziemie zjednoczone pod berłem Michała Walecznego. Źródło mapki: www.romania-insider.com

Wystarczyło to jednak, aby pomnik władcy pojawiał się w każdym większym mieście Rumunii (mają chyba jeden odlew, bo wszędzie wygląda on tak samo).

mihai-viteazul-cluj-napoca
Mihai Viteazul w pełnej krasie. Na pierwszym planie wieczny ogień, w tle klasyka gatunku – modernistyczny blok przyozdobiony neonami.

Stałe scalenie księstwa mołdawskiego i wołoskiego nastąpiło dopiero pod koniec XIX wieku. Od 1859 roku Mołdawia i Wołoszczyzna rządzona była przez Aleksandra Jana Cuzę (Alexandru Ioan Cuza – potem jako Alexandru Ioan I), jednak był on uzależniony od Turcji. W efekcie wojny rosyjsko – tureckiej powstało zaś niezależne państwo rumuńskie. Kraj uznano w 1878 roku, a w 1881 na pierwszego króla koronowano Karola Hohenzollerna – Sigmaringen. Wtedy też rozpoczęto proces wtórnego romanizowania języka, który przez wieki stał się mieszanką słów pochodzenia łacińskiego i słowiańskiego. Te ostatnie zastępowano na przykład odpowiednikami z włoskiego czy francuskiego. Ostały się jednak takie słowa jak ceas (czas – zegar), da (da – tak) czy mașină (maszina – samochód)*, które przypominają o olbrzymich wpływach słowiańskich na tych ziemiach.

* A jednak nie, bo kolega z Klużu zwrócił mi uwagę, że nie jest to słowo pochodzenia słowiańskiego. Błąd dosyć oczywisty – kajam się :)

Granice Rumunii w latach 1878 - 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: "Andrees Handatlas", Velhagen & Klasing, 1901.
Granice Rumunii w latach 1878 – 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: „Andrees Handatlas”, Velhagen & Klasing, 1901.

Zabiegi romanizacyjne kontynuowano także w okresie międzywojennym, kiedy to Rumunia zyskała Transylwanię i obecną Republikę Mołdawii. Pełnymi garściami czerpano wtedy, jak i wcześniej zresztą, ze wzorców francuskich. Przynależność do rodziny krajów romańskich jest zresztą do dzisiaj bardzo silna. Dla leżącej na uboczu Rumunii są one niczym „starsze rodzeństwo”.

Romania Mare - dosłownie "Wielka Rumunia" to okreslenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. "Besarabia e Romania".
Romania Mare – dosłownie „Wielka Rumunia” to określenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. „Besarabia e Romania”.

Okres wytężonej pracy na rzecz budowy wspólnej tożsamości narodowej przypadł też na czasy komunizmu. Zwłaszcza po październiku 1971 roku, kiedy to z inicjatywy szacha Mohammada Rezy Pahlawiego Iran obchodził 2500 lecie swojego istnienia. W uroczystościach brał udział między innymi Nocolae Ceaușescu, który podobno był pod wielkim wrażeniem rozmachu, jaki towarzyszył temu wydarzeniu. Postanowił zatem, że coś podobnego należy zorganizować także w Rumunii. Maciej Kuczewski w swojej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” przytoczył pewną anegdotę na ten temat. Otóż dyktator miał rozkazać organizację podobnych obchodów, ale jego asystenci nie dosłyszeli o jaką datę mu chodziło – 2500 czy 2150 lat. Stanęło na tej „skromniejszej” wersji. Efekty działań z tamtych czasów widoczne są do dzisiaj. Cluj (węgierski Kolozsvár, niemiecki Klausenburg) został na przykład przemianowany na Cluj – Napoca, od nazwy mającej się tu znajdować rzymskiej faktorii o tej nazwie. W tym, jak i w wielu innych miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać też kopie pomników wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa*

*I znowu nie do końca, bo ta Klużańska wilczyca jest z lat dwudziestych!

wilczyca-cluj-napoca
Wilczyca kapitolińska? Nie – Klużańska, a raczej Klużańsko – Napocka :).

Cała te legenda mówiąca o pochodzeniu Rumunów wydaje się mocno naciągana. Daleki jestem jednak od tego, aby ją krytykować. Mit o wspólnym, rzymskim pochodzeniu, pozwolił bowiem na scalenie kraju składającego się z trzech odmiennych regionów. Płaska jak stół, leżąca nad Dunajem Wołoszczyzna to kraina, w której czuje się wpływy bałkańskie. Mołdawia (część znajduje się w Rumunii, część jest obecnie Republiką Mołdawii) to z kolei etniczny tygiel, w którym wpływy słowiańskie były najsilniejsze.

Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie "udające" starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.
Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie „udające” starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.

A Transylwania? Dziesięć wieków niemal ciągłego panowania węgierskiego sprawił, że rumuńscy chłopi byli tam mieszkańcami drugiej kategorii. Obecnie to tutaj najsilniej zaznacza się wszelkie ślady rumuńskiej bytności. Widać to zarówno po drewnianych kościołkach stawianych wśród bloków, jak też po eksponowaniu „rzymskich” pomników w każdym niemal mieście. Miejscem o specjalnym znaczeniu są zaś pozostałości po Sarmizegetusie – stolicy dawnej prowincji.

Ruiny amfiteatru zlokalizowane w starożytnej Sarmizegetusie Ulpia Traiana. Trochę podrasowane, ale i tak robią wrażenie. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.
Sarmizegetusa Ulpia Traiana. Trochę podrasowane ruiny, ale i tak robią wrażenie. Różnego rodzaju obiektów jest tam znacznie więcej. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.

Trudno zatem się dziwić, że to właśnie do czasów Dackich odniesiono się, tworząc wspólną narodową legendę. Obecnie mit ten jest bardzo silnie zakorzeniony u mieszkańców całego kraju. Choć czasem jest to wręcz uciążliwe, gdy podczas rozmów o historii usłyszeć można kompletne bzdury. Któregoś razu powiedziałem rumuńskiemu koledze, że przez 150 lat nie było możliwe, aby plemiona dackie przejęły język, obyczaje i rzymską tożsamość. „Nasz język jest tak podobny do łaciny, że najpewniej to łacina wywodzi się od rumuńskiego. I dlatego też integracja przyszła tak łatwo” – usłyszałem w odpowiedzi. W takich wypadkach nie warto wchodzić w głębsze dyskusje.

 

 

Powrót do Polski – i co dalej?

Trochę czasu minęło od ostatniego posta, za co Was bardzo przepraszam. Ta notka ma charakter informacyjny, gdyż chciałbym uporządkować kilka spraw.

Po pierwsze i najważniejsze, po półrocznym pobycie w Rumunii wróciłem do Polski. Nie oznacza to jednak zakończenia przygody z blogiem. W zanadrzu mam kilkanaście zaległych artykułów, a nawet i więcej. Jedyną wadą ich publikacji będzie fakt, że będę opisywał różne miejsca i zdarzenia z perspektywy nieco dłuższego niż do tej pory czasu. Mam jednak nadzieję, że nie odczujecie żadnej różnicy.

Rozlewnia wina w Klużu. Nazwa trochę na wyrost, gdyż wszystko miesciło się na parterze kamienicy, w dawnej stróżówce. Konsumpcja, jak widać, odbywa się na miejscu :)
Rozlewnia wina w Klużu. Nazwa trochę na wyrost, gdyż wszystko miesciło się na parterze kamienicy, w dawnej stróżówce. Konsumpcja, jak widać, odbywa się na miejscu :)

Co potem? Mam nadzieję, że do Rumunii będę jeździł w miarę regularnie. Zwłaszcza, dopóki mieszkają tam poznani podczas wyjazdu ludzie. Wciąż do zobaczenia jest choćby delta Dunaju, Mołdawia (zarówno jako region jak i republika), plaża Vama Veche, Timişoara (byłem tylko przejazdem)… wymieniać można bez końca. Do tego jeszcze warto byłoby pochodzić więcej po górach. Do tej pory udawało się jeździć na jednodniowe wypady, a to stanowczo za mało.

Micze (pisane jako mici bądź mititei). Podobno najlepiej smakują te, zakupione w najbardziej obskurnym miejscu. Potwierdzam.
Micze (pisane jako mici bądź mititei). Podobno najlepiej smakują te zakupione w najbardziej obskurnym miejscu. Potwierdzam.

Kilka „rumuńskich” tematów uda się też zapewne zrealizować także w Polsce. Na Dolnym Śląsku mieszka na przykład liczna grupa osób wywodząca się z repatriantów przybyłych tutaj z rejonu Suczawy (więcej o mniejszości polskiej w Rumunii pisałem tutaj i tutaj). W Krakowie z kolei działa klub Kornet, w którym spotykają się miłośnicy Rumunii oraz członkowie stowarzyszenia Dacia Drum Bun zrzeszającego osoby kolekcjonujące cuda rumuńskiej motoryzacji. Może wizyta w tym miejscu będzie początkiem kolejnych ciekawych historii?

Mimo XIX-wiecznej romanizacji języka, zegarek to wciąż "czas" (ceas). Na zdjęciu widoczna cała kolekcja. Co to za miejsce? Oczywiście pchli targ w Klużu!
Mimo XIX-wiecznej romanizacji języka, zegarek to wciąż „czas” (ceas). Na zdjęciu widoczna cała kolekcja. Co to za miejsce? Oczywiście pchli targ w Klużu!

Nie ukrywam, że chodzą mi też po głowie inne tematy, głównie związane z Wrocławiem i okolicami. Ale zanim zacznę je podejmować, postaram się jakoś logicznie przebudować tę stronę – tak, żeby miłośnicy Rumunii nie musieli się przebijać przez mało interesujące ich tematy. Do tego jeszcze potrzebuję jednak więcej czasu, gdyż moje umiejętności związane z obsługą wordpressa są bardziej niż marne :).

Łyk palinki, Zenit, kasa na kawę z automatu i placintę - mój ulubiony zestaw na wycieczki po Klużu.
Łyk palinki, Zenit, kasa na kawę z automatu i placintę – mój ulubiony zestaw na wycieczki po Klużu.

Co tu więcej dodać? Mam nadzieję, że do tej pory moje artykuły się Wam podobały. Będę się starał trzymać poziom i zaskoczyć jeszcze paroma ciekawostkami. Znajomy polecił mi na przykład temat rumuńskiej muzyki popularnej ;-). Do tego mam jeszcze ze dwa niewywołane filmy z aparatu, a tam mogą się kryć różne niespodzianki – mimo, że fotograf ze mnie marny.

Rumuński dzień wiosny

Marţişor (marciszor) to święto obchodzone pierwszego marca. W całej Rumunii rozdaje się wtedy drobne upominki. Dla nas to lekka egzotyka, bo ciężko je porównać do czegokolwiek z polskiego podwórka. Sami Rumuni twierdzą zaś, że to zwyczaj jeszcze z czasów rzymskich.

O rumuńskiej tożsamości narodowej, opartej na tradycji Cesarstwa Rzymskiego, przyjdzie się jeszcze rozpisać.  Marţişor to tylko jeden z przykładów, jak widoczne jest w codziennym życiu przywiązanie do tej tradycji. Co do pochodzenia tego zwyczaju jest wprawdzie kilka teorii, lecz najbardziej prawdopodobna prowadzi nas wprost do Rzymu właśnie.

Wilczyca z Kluż Napoka. Podobne można spotkać w większych miastach Rumunii
Wilczyca z Kluż Napoka. Podobne można spotkać w większych miastach Rumunii

Ma się on wywodzić z obchodzonego przez Rzymian nowego roku, który zaczynał się w marcu. Święto to związane było z bogiem Marsem, który był także patronem rolników. Dlatego też kolory związane ze świętem niektórzy interpretują jako wojnę i pokój. Można się też spotkać z nawiązaniem do faktu, że na wiosnę rzymscy senatorowie mieli zmieniać czerwone togi na „letnie” białe. Ile w tym prawdy, nie wiem.

Jeden z wielu "martisorowych" straganów
Jeden z wielu „martisorowych” straganów

Jak obchodzone jest święto? Bardzo prosto. Polega ono na obdarowywaniu się (a głównie kobiet) drobnymi upominkami. Koniecznie biało – czerwonymi. Tuż przed końcem lutego w miastach pojawiają się stragany, a także drobni handlarze oferujący różnego rodzaju bibeloty. Najpopularniejsze są wełniane wstążeczki na rękę, ale widziałem też kwiatki, zwierzątka, a także drobną biżuterię.

Mniejsze i większe stoiska znaleźć można wszędzie
Mniejsze i większe stoiska znaleźć można wszędzie

Władze komunistyczne chciały wytępić obchodzony w marcu Marţişor, lecz im się to nie udało. Wygląda więc na to, że kobiety w Rumunii świętują podwójnie. Już ósmego marca będzie bowiem obchodzony Dzień Kobiet. To święto wywodzi się, podobnie jak w Polsce, z czasów słusznie minionych.

Typowa okazjonalna zawieszka
Typowa okazjonalna zawieszka

Paryż Wschodu

Dawniej Warszawa była nazywana Paryżem Północy, zaś Bukareszt Paryżem Wschodu. Piękno naszej stolicy zostało mocno nadszarpnięte w wyniku fatalnej decyzji o wywołaniu powstania. Katem Bukaresztu stał się natomiast Geniusz Karpat, który zarządził bardzo daleko idącą przebudowę centrum. Zacznijmy jednak od początku.

Jadąc z Sybinu do Piteşti dostajemy się do innego świata. Z górzystej i pofałdowanej Transylwanii człowiek nagle wjeżdża na płaską jak stół Wołoszczyznę. I nawet autostrady jakby tutaj kompletniejsze. Całe 350 kilometrów w jednym kawałku! Można nie zauważyć, kiedy kończy się autostrada, a kiedy zaczynają ulice Bukaresztu. Kilkupasmowa droga z Piteşti wpada bowiem wprost do miasta, mijając po drodze obwodnicę. Przez kolejnych kilka kilometrów sunie się wśród wątpliwej urody bloków, stając co chwilę w korku. Jak się miało okazać w trakcie pobytu, korki to zresztą tutejsza codzienność. Mimo że ulice mają z reguły po kilka pasów w jedną stronę, a pod ziemią znajduje się kilka nitek metra. Przytłaczająco wyglądały zwłaszcza place – istne oceany asfaltu, przez które niekiedy nie wiadomo jak dostać się na drugą stronę.
wiezowce-bukareszt

bukareszt-korki

W końcu jednak, co chwilę przystając na światłach, trafiliśmy do centrum skąd był rzut beretem do Palatul Parlamentului, czyli dawnego Casa Populurui. Mówcie co chcecie, ale budynek robi niesamowite wrażenie. Wygląda trochę jak spłaszczony Pałac Kultury i Nauki i cieszy się on tutaj równie ponurą sławą. To tutaj Ceauşescu przemawiał do ludu. Także ten ostatni raz, gdy ów lud się zbuntował i postanowił zrobić z nim porządek.

palac-ludowy-bukareszt
Pałac Parlamentu

Z balkonem, który służył za mównicę, związana jest jeszcze jedna historia. W latach 90-tych przemawiał stamtąd Michael Jackson, który pomylił Bukareszt z Budapesztem. Nie on jeden zresztą. Miejscowi lubią opowiadać historię sprzed kilku lat, kiedy to w stolicy Węgier pojawiło się kilkuset zdezorientowanych fanów piłki nożnej. Szukali oni stadionu, na którym miał się odbyć mecz Athletico Bilbao z Atletico Madrid. Ten miał rzecz jasna miejsce kilkaset kilometrów dalej…

Bulevardul-Unirii-Casa-Poporului
Pałac parlamentu z widocznym Bulwarem Zjednoczenia. Żródło: http://www.bucurestilive.ro/

No ale wróćmy do tematu. Od pałacu ciągnie się promenada, otoczona z obu stron budynkami mieszkalnymi o bardzo dziwnej architekturze – Bulevardul Unirii, dawniej Victoria Socialismului. Taki socrealizm, ale bardzo widowiskowy i prestiżowy. W założeniu miały być to tutejsze Pola Elizejskie, tylko bardziej dostojne (do tego o całe sześć metrów dłuższe i o metr szersze!). To jednak jest tylko fasada, za którą odkryć można stary, dobry Bukareszt – co zresztą widać na załączonym zdjęciu z lotu ptaka. Maleńkie domy mieszkalne, kościółki, a nawet zwykłe drewniane budy. Takie widoki można znaleźć tuż przy pałacu, gdy tylko zajrzy się na tę „gorszą” stronę promenady.

bukareszt-za-fasada
„Urokliwe” zaplecze najbardziej reprezentacyjnej ulicy Bukaresztu
bukareszt-za-fasada
Bulevardul Unirii od tej mniej reprezentacyjnej strony
bukareszt-za-fasada
Swojski widok na jednej z ulic. Tutaj zachowała się jeszcze architektura z przełomu XIX i XX wieku.

Tam też natrafiliśmy na miłą lokalną knajpkę. Nie mogliśmy się powstrzymać przed wejściem. W środku wystrój żeglarski i może cztery stoliki. Trochę egzotyczny widok jak na takie miejsce, ale zeszło to na drugi plan. Najistotniejsze były ceny. Za piwo trzeba było zapłacić 6 złotych, co oznacza cenę wysoką jak na Rumunię, niską jak na Wrocław. I w sumie w kolejnych knajpach było podobnie. Zarówno jedzenie jak i alkohol kosztują tam tyle samo co w stolicy Dolnego Śląska. Był to bardzo duży wstrząs przed powrotem, który czeka nas już niebawem :).

bar-danna-bukareszt
Bar, który mogę śmiało nazwać „moim ulubionym”. Jeśli będę jeszcze kiedyś w Bukareszcie, to bankowo wpadnę.

Po wizycie w urokliwej knajpce trzymaliśmy się już głównie w ścisłym centrum. Tam nadal można przenieść się do owego „Małego Paryża” albo „Paryża Wschodu” – co chwilę natrafić można na przepiękne budowle secesyjne, które jednak sąsiadują z blokami i modernistycznymi koszmarkami pełniącymi przeróżne funkcje. Na obronę tej architektury trzeba jednak oddać, że jest ona „lepszego sortu” – przynajmniej jak na betonową architekturę komunistyczną.

bukareszt-architektura
Sam nie wiem. Czy to brzydki budynek sprzed wojny, czy też ładny z czasów komuny?
bukareszt-secesja
Na szczęście tego typu architektury też jest tam całkiem sporo…
paryz-wschodu-bukareszt
Starsza część Bukaresztu, bez komunistycznych wrzodów.

Byliśmy też przy łuku triumfalnym wzorowanym na tym paryskim i w  pobliskim parku. Tereny zielone to zresztą osobny temat, bo te w Bukareszcie są po prostu olbrzymich rozmiarów. Zimowa aura nie sprzyjała jednak ich zwiedzaniu. Przy jednym z parków znajduje się muzeum rumuńskiej wsi, ale odwiedzanie go nie miało większego sensu. Przez ostatnie półroku odwiedziliśmy bowiem tych wsi całe mnóstwo i mogliśmy zobaczyć podobne domostwa w oryginale, także wewnątrz. Zresztą – i tak było zamknięte . W dodatku czas naglił, gdyż koniecznie chciałem zdążyć do muzeum militariów.

luk-tryumfalny-bukareszt
Łuk Tryumfalny. Brak samochodów to zupełny przypadek.
muzeum-wsi-bukareszt
Rumuni uwielbiają eksponować swoją tradycyjną architekturę. Mimo, że tego typu skanseny często ocierają się o kicz.

Spędziłem w nim łącznie parę godzin, ale naprawdę warto. Sporo jest tam bowiem eksponatów, które dla nas są istnymi rarytasami. Na przykład oryginalne uzbrojenie rzymskie, a z nowszych czasów broń rumuńska, serbska czy węgierska – w Polsce rzadka. Pośród tysięcy sztuk karabinów, pistoletów i granatników można zaś natrafić na takie rarytasy jak polski przedwojenny pistolet maszynowy Mors. Bodaj jeden z trzech zachowanych egzemplarzy!

pistolet-maszynowy-mors-bukareszt
Legendarny Mors (to od śmierci, nie od zwierzęcia). Zdjęcie pożyczyłem z całkiem ciekawej strony krajobraz-po-bitwie.blogspot.com.

Zdjęcie ukradłem z innej strony dlatego, że używanie aparatu w muzeum to koszt około 50 złotych. Może to cebulactwo, ale pobieranie opłat za zdjęcia w muzeach jest dla mnie zwyczajnie głupie i nie zamierzam się do tego dokładać. Zrobiłem tylko jedno zdjęcie „nielegalnie”, żeby pokazać ile sprzętu jest nagromadzonego na samym podwórku.

muzeum-militariow-bukareszt
50 z jakichś 1200 eksponatów Muzeul Militar.

Większość czasu spędzaliśmy jednak na spacerach. Wbrew wyobrażeniom miasto nie jest bowiem aż tak duże (porównywalne do Wrocławia, tyle że ludność upchnięta jest w wielkich blokach), co sprzyjało przemieszczaniu się na piechotę. Mamy więc w Bukareszcie masę architektury komunistycznej, ale zachowały się też istne perły secesji. Przez miasto prowadzą szerokie na osiem pasów arterie, lecz z drugiej strony nigdzie nie widziałem tak rozległych parków. Tego typu kontrastów można wymieniać bez końca, nie zapominając oczywiście o sporej liczbie ćpunów żebrzących na ulicach.

bukareszt-secesja-pasaz
Wspaniały secesyjny pasaż. Coś podobnego jest także w Oradei (Nagyvarad) tuż przy granicy z Węgrami.

„To prawdziwa stolica. Posiada właściwy rozmach, rozległość, majestat i beztroskę w marnowaniu przestrzeni” – cytat ten należy do nijakiego Claudio Magrisa, a znalazłem go w książce „Rumunia. Przestrzeń, sztuka, kultura”. Moim zdaniem w dobry sposób oddaje on klimat miasta. Co do książek zaś, to napisano ich o Bukareszcie sporo. Z ostatnio wydanych znane są między innymi „Paryże innej Europy. Warszawa i Bukareszt, XIX i XX wiek”, oraz „Bukareszt. Kurz i krew”. Obie zamierzam dopiero przeczytać. Znajomi polecali bowiem, aby najpierw poznać miasto na własną rękę. Żeby się nie zniechęcić :).