Polska-Rumunia, czyli dlaczego najpewniej nie pójdę już na żaden mecz

Nie jestem fanem piłki nożnej, ale występ naszej reprezentacji uznałem za dobry powód do kolejnych odwiedzin w Rumunii. Niestety, tak jak mecz był niezły, to kibice obu drużyn zademonstrowali niewyobrażalny poziom żenady.

Sam wyjazd postaram się opisać w osobnej notce, bo może to być przydatne dla osób planujących kilkudniowy wypad do Rumunii. W ciągu czterech dni udało się nam zobaczyć przełom Dunaju, przejechać przez tamę przy Żelaznych Wrotach, objechać kawałek Serbii i Bułgarii, zobaczyć Bukareszt, parę transylwańskich zamków i zaliczyć miły wieczór w Klużu. No ale póki co skupmy się na meczu.

polska-rumunia-2016-impreuna
Dobre złego początki. Świetna oprawa rumuńskich kibiców z początku meczu, której nie było mi dane zobaczyć. Niestety, później było już tylko gorzej. Źródło: www.romanianultras.net

Już w trakcie drogi z granicy bułgarskiej czytaliśmy artykuły o polskich kibicach, którzy szykowali się do bitwy z Rumunami. Im bliżej stolicy, tym było gorzej. Z godziny na godzinę dowiadywaliśmy się, że wsparcia udzielić mają kibice z Węgier, potem doszły nas słuchy o zdemolowanej knajpie i interwencjach policji. Wciąż jednak byłem przekonany, że obędzie się bez burdy, skoro wynik meczu był raczej przesądzony.

Udany mecz, fajny stadion, ale...
Udany mecz, fajny stadion, ale…

Po dotarciu na stadion napięcie jeszcze bardziej rosło. Od parkingu do wejścia kibicom towarzyszyły oddziały policji wyposażonej w ochraniacze, tarcze, pałki i pistolety na ostrą amunicję. To, a także patrole konne i stojące z boku polewaczki świadczyły o tym, że organizatorzy podeszli do kwestii bezpieczeństwa całkiem serio.

Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion
Tajemne znaki wyznaczały szlak od parkingu do wejścia na stadion

Okazało się, że wejście dla polskich kibiców było z drugiej strony stadionu. Na szczęście, nasi rodacy zostawili tajemne znaki na ścianach, które doprowadziły nas do celu. Potłuczone butelki po wódce były zaś czytelnym sygnałem, że jesteśmy na miejscu. Rozpoczął się długi proces sprawdzania, czy aby nie wnosimy do środka materiałów pirotechnicznych, broni, butelek, flag, czy też monet (!) które uznano najwyraźniej za szczególnie niebezpieczny materiał. Jak pokazują zdjęcia z rumuńskich portali kibicowskich, kontrole nie odbywały się bez powodu. Oprócz pirotechniki niektórzy chcieli do środka wnieść pałki, noże i maczety.

Zestaw kibica - czyżby Kraków? :) Źródło: www.romanianultras.net
Zestaw kibica – czyżby Kraków? :)
Tradycyjne drzewce od siekier i gazrurki, a także nutka egzotyki w postaci sprzętu ogrodniczego. Źródło: www.romanianultras.net

Efekt był taki, że na trybuny weszliśmy dopiero tuż po pierwszej bramce. Mieliśmy za to doskonały widok na resztę spotkania, gdyż spędziliśmy je na schodach. Okazało się bowiem, że wszystkie (numerowane!) miejsca były zajęte, a kibice szczelnie wypełnili każdy wolny skrawek trybun. Nawet nie chciało nam się przebijać przez ten tłum.

Przed meczem naiwnie sądziłem, że zwycięstwo Polaków jest mniej lub bardziej pewne, dlatego założyłem szalik w barwach rumuńskich. Na miejscu zapiąłem kurtkę aż po samą szyję, bo okazało się że może to grozić wpier***em… Kolega Paweł też pozwolił sobie na żart i zabrał na trybuny flagę Japonii, ale rzecz jasna nikt nie zauważył różnicy.

Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają :)
Co tam, że Japonia. Barwy się zgadzają :)

Przyznać trzeba jednak uczciwie, że to rumuńscy kibice wiedli prym jeśli chodzi o „nieeleganckie” zachowania. Petardy latały nie tylko na murawę, co widać było w telewizji. Niektóre trafiały też na nasze sektory, odseparowane szczelnym kordonem policji. Nasi miłośnicy futbolu nie pozostawali dłużni i wykrzykiwali hasła, których cechą wspólną były słowa na K i wyzwiska związane z pewną nomadyczną mniejszością etniczną.

Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-)
Rumuński chrześcijanin powinien wiedzieć: rodzina to mama, tata i dzieci. Tutaj wszyscy znaleźli wspólny język ;-). Źródło: www.romanianultras.net

Nasi kibice postanowili też przeprowadzić dyskusję na temat relacji rumuńsko-węgierskich, co przejawiało się w okrzykach „ria ria Hungaria”. W pewnym momencie wszyscy zaś wspólnie ruszyli nawalać się z policją. Szczególną aktywnością wykazywała się grupka Rumunów widoczna na zdjęciu poniżej z racami. Gdy w ruch poszły wyrwane krzesełka, policja wpadła tam zrobić porządek i spałowała najbardziej krewkiego z nich. Wtenczas w niepamięć poszły dotychczasowe konflikty i Polacy darli się „zostawcie kibica, wy k***y zostawcie kibica”. Policjanci chyba nie zrozumieli, bo wywlekli nieszczęśnika w ustronne miejsce wspomagając się pałkami.

Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli...
Co z tego, że kibole z racami rzucali nimi w naszego bramkarza? Interwencja policji spotkała się z oburzeniem polskich kiboli…

Wraz z upływem czasu było jednak spokojniej i gdy padła trzecia bramka, rumuńskie trybuny były już mocno przerzedzone. W oddali wciąż wyróżniały się jednak dwie gromady rumuńskich kibiców, którzy czekali do końca spotkania. Czekali na siebie nawzajem, bo byli to ultrasi dwóch nienawidzących się stołecznych klubów (Dinamo i Steaua).

Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy
Po lewej na dole i po prawej na górze widoczni są najzagorzalsi fani Dinama i Steauy

My jednak nie mieliśmy z nimi kontaktu, gdyż polscy kibice mogli opuścić stadion dopiero kilkadziesiąt minut po meczu. Do bójek jednak najpewniej dochodziło, bo w sieci znaleźć można zdjęcia rumuńskich kiboli z odebranymi Polakom „trofeami”.

mierzyn-flaga-bukareszt-kibole
Rumuńscy kibole i ich trofeum. Źródło: www.romanianultras.net

Drogę na parking wyznaczał szpaler policji, ale tam na szczęście obyło się bez incydentów. Dopiero potem mieliśmy dowiedzieć się, że większość bójek polskich kibiców odbywało się… pomiędzy nimi samymi. Nawet na samych trybunach dochodziło do wyzwisk i przepychanek – zapewne z bardzo ważnych powodów.

Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net
Pierwsza klęska polskich husarzy. Źródło: www.romanianultras.net

Wszystko to sprawiło, że czym prędzej zapragnęliśmy opuścić Bukareszt. Rankiem dotarliśmy do Bran, gdzie również zjawili się nachlani troglodyci deklarujący śmierć wrogom ojczyzny. Poza Bukaresztem nie spotkałem natomiast żadnych rumuńskich kiboli, a ludzie z którymi rozmawiałem mieli podobne odczucia – że ich reprezentacja to katastrofa, a zachowanie kibiców było poniżej wszelkiej krytyki.

polacy-bojka-kibicow-rumunia
Z twarzy tego faceta można wyczytać pytanie bez odpowiedzi – „co ja tutaj, k***a, robię? Ja też nie wiem. Źródło: www.romanianultras.net

W ten oto sposób będąca w mniejszości grupka debili obu narodowości sprawiła, że już być może nigdy nie pójdę na żaden mecz polskiej reprezentacji.

Małe Węgry

Istnieje takie miejsce w Transylwanii, gdzie mało kto mówi po rumuńsku, miejscowości mają podwójne nazwy, a sylwester obchodzony jest dwa razy – o północy i godzinę później, gdy Nowy Rok witają mieszkańcy Budapesztu.

Seklerszczyzna (rum. Ținutul Secuiesc, węg. Székelyföld) to obszar obejmujący niemal w całości obecne okręgi administracyjne (judeţul) Covasna, Harghita oraz fragmenty Mureș i Neamţ. Nie jest jasne, skąd wzięli się tam Seklerzy. Według jednej z teorii zostali sprowadzeni na te ziemie w XII wieku celem obrony wschodnich rubieży królestwa Węgier. I choć przez wieki zachowali pewną odrębność, to obecnie w większości identyfikują się oni ze swoimi krewniakami z Węgier.

Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomi. Źródło: Andrei Nacu, domena publiczna
Historyczne granice Seklerszczyzny i proponowany zasięg autonomii. Źródło: Andrei Nacu, wikipedia/domena publiczna

Przez wieki Seklerzy podkreślali swoją niezależność. Także dzisiaj zauważyć można pewne elementy w ich kulturze, których próżno szukać w innych rejonach dawnych Węgier. Podczas podróży przez wsie i miasteczka rzucają się w oczy przepiękne bramy, strzegące wjazdów do ich domów. Odpowiedników tych misternie rzeźbionych drewnianych dzieł sztuki można szukać co najwyżej w Maramuresz.

Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Oto, jak brama prezentuje się z z ulicy. Warto zwrócić uwagę na ustawienie domu prostopadle do ulicy. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Tutaj ciekawe zdjęcie przedstawiające renowację bramy. Cieszy fakt, że zajmują się tym młodzi ludzie. Znaczy, że tradycja jest wciąż żywa. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Swiadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Brama krótko po renowacji. Ciekawią mnie bardzo otwory pod daszkiem, dosyć często występujące. Czyżby domki dla ptaków? Świadczyłyby o tym towarzyszące im malowidła. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. Źródło: www.marefalva.ro
Pięknie malowane bramy to wizytówka wioski Máréfalva. U góry widoczne otwory i „ptasie” ornamenty. Źródło: www.marefalva.ro

Powyższe zdjęcia prezentują wieś Satu Mare (węg. Máréfalva) w okręgu Harghita. Nie mylić z Satu Mare znajdującym się w Maramuresz. Przejeżdżałem tamtędy i zdjęcia wyszły słabo. Dlatego też skorzystałem z galerii znajdującej się na ich stronie.

Charakterystyczną cechą Seklerszczyzny, jak zresztą całej Transylwanii, są także obronne kościoły. Niektóre z nich są niczym małe zamki – w ścianach zauważyć można otwory strzelnicze, a w górnych partiach znajdują się niekiedy całe galerie służące do obrony. Polecam zajrzeć do artykułu poświęconemu ufortyfikowanemu kociołkowi w Prejmer – jest to przykład jednego z bardziej charakterystycznych założeń tego typu.

Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kosciół
Miejscowość nieznana. Typowy transylwański kościół

Mur wokół świątyni to w zasadzie typowe zjawisko w tym regionie. Dotyczy zaś ono nie tylko ogromnych założeń, lecz także niewielkich wiejskich świątyń. I nie ma się czemu dziwić. Krwawe najazdy mongolskie z XIII wieku na wiele lat odcisnęły swe piętno na życiu mieszkańców całej Transylwanii.

Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.
Nagrobek postawiony w miejscu tragedii, nad jeziorem św. Anny.

A jeśli już jesteśmy przy motywie śmierci, to także tutaj zaskakuje odmienności seklerskich obyczajów. Ich tradycyjne nagrobki mają bowiem kształt czworobocznych pali. Zwyczaj ten zachował się zresztą gdzieniegdzie po dziś dzień i pokazuje odmienność tego tajemniczego ludu. W kamiennych nagrobkach także można zauważyć nawiązania do dawnej tradycji.

Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali
Kamienne nagrobki na Seklerszczyźnie także mają podobną formę do dawnych drewnianych pali

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę, aby wspomnieć o jeszcze jednej różnicy. Seklerzy, jak zresztą większość siedmiogrodzkich Węgrów, to protestanci. Są wśród nich zarówno kalwiniści, luteranie, a nawet unitarianie. Różnica jest zauważalna choćby w wystroju kościołów. Polecam więc zaglądać do mijanych nawet w najmniejszych wsiach świątyń. Wyglądają one często tak, jakby czas zatrzymał się tam przynajmniej sto lat temu.

Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Nazwa miejscowosci nieznana. Wnętrze małego, skromnego kościołka
Ten sam kościół. Fragment modlitwy

Nie jestem w stanie wypowiedzieć się w kwestii różnic językowych. Jeden Węgier tłumaczył mi jednak, że takowe istnieją. Przytaczał przykład, że seklerskie określenie pieczonego ziemniaka jest przez mieszkańców Węgier rozumiane jako „delikatne upicie się”, co może prowadzić do zabawnych nieporozumień. Niestety, nie mam jak tego zweryfikować.

Spora część Transylwanii jest dwujęzyczna – zwłaszcza jeśli chodzi o nazwy miejscowości. Niekiedy, np. w Timiszoarze czy Braszowie, przed wjazdem do miasta są wymienione aż trzy nazwy – rumuńska, węgierska oraz niemiecka. I to mimo, że tamtejsze mniejszości stanowią niewielki procent mieszkańców. Warto o tym wspomnieć, gdyż np. władze takiego Klużu wzbraniają się przed poinformowaniem przyjezdnych o jego węgierskiej nazwie – Kolozsvár.

Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna
Dwujęzyczna tablica z nazwą miejscowości. W Transylwanii rzecz powszechna

Tymczasem na Seklerszczyźnie węgierskie nazwy miejscowości pojawiają się nawet na drogowskazach, co jest gdzie indziej niespotykane. W efekcie na znakach – takich jak poniżej – mamy prawdziwy natłok napisów. Ale przynajmniej wszyscy są szczęśliwi.

Trudno się nie połapać :).
Trudno się nie połapać :).

No dobra, Węgrzy szczęśliwi nie są. Wielu z nich chciałoby zapewne, aby obecne granice uległy korekcie. Np. tak, jak podczas wojny, po korzystnym dla Węgier arbitrażu wiedeńskim. Zwłaszcza na Seklerszczyźnie widać tęsknotę do Wielkich Węgier, np. w postaci plakatów na których zilustrowany jest rozpad królestwa.

Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.
Jeden z wielu plakatów tego typu, z popularnym wśród Węgrów motywem mapy sprzed 1918 roku.

Temat ten zasługuje zresztą na osobny artykuł, aczkolwiek póki co nie czuję się kompetentnie aby to opisać. Sprawa nie jest bowiem tak prosta, jak się wydaje większości polskich hungarofilów. Z całą pewnością muszę zaś stwierdzić, że obecnie Węgrzy w Rumunii mają nieporównywalnie więcej praw, niż Rumuni zamieszkujący te tereny przez I wojną światową.

Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Seklerska flaga. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Obecnie niektóre środowiska węgierskie podejmują starania, aby teren Seklerszczyzny objęty został autonomią. Na jakich zasadach i jakie terytorium miałoby obejmować? Samo wyznaczenie granic sprawia pewną trudność, ze względu na zmiany demograficzne zachodzące na przestrzeni lat. Mam jednak nadzieję, że oba narody się kiedyś dogadają. Już teraz wśród zwykłych ludzi dominuje pozytywne nastawienie względem siebie. Tylko czasem Rumuni narzekają, że nie mogą dogadać się we własnym kraju w swoim języku, a ci Węgrzy cały czas mają do nich o coś pretensje.

Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna
Dawna flaga Seklerów. Źródło: wikipedia/domena publiczna

Seklerszczyzna to oczywiście nie jedyne miejsce w Rumunii, gdzie żyje mniejszość węgierska. Sporo wciąż zamieszkuje wschodnie tereny, a także obszar centralnej Transylwanii, czyli np. Kluż i okolice – tam zresztą zdarzają się miejsca, gdzie stanowią oni przytłaczającą większość. W całym kraju żyje ich – wedle spisu z 2011 roku – około 1,2 mln.

 

 

Kolorowe (rumuńskie) jarmarki

W Polsce handlarze z targowisk nie mają łatwego życia, a zakupy w tego typu miejscach są dla wielu osób obciachem. Co innego w Rumunii, gdzie w każdej większej miejscowości można znaleźć plac ze świeżymi owocami i warzywami. Łatwo się przekonać, że warto.

Z własnych obserwacji wiem, że Rumuni kochają zakupy. Wizyta w większych centrach handlowych to horror – zwłaszcza w weekend, kiedy znalezienie miejsca parkingowego graniczy z cudem, a w środku trzeba przedzierać się przez tłumy ludzi. Osobiście wolę jednak zakupy na targowiskach. Zwłaszcza, gdy potrzeba zdobyć świeże owoce i warzywa, albo najdzie mnie chęć na alkohol domowej produkcji.

rumunia-targowisko-sybin
Bukareszt, piața Râmnicu Sărat

W Rumunii nie ma z tym problemu, gdyż w każdym mieście z łatwością można znaleźć mniejsze lub większe targi. Miejskie targowiska na ogół znajdują się w pobliżu centrum, ale zwykle poza obrębem starówki. Tak jest na przykład w Sybinie, gdzie plac targowy zlokalizowany jest kilkaset metrów od starego rynku.

rumunia-sybin-targowisko
Sybin, piața Cibin. W tle katedra ewangelicka

Asortyment oferowany przez sprzedawców zachwyca. Dostać tam można rzeczy, które w Polsce uchodzą niekiedy za rarytasy – a zwłaszcza w takich cenach. Bakłażany po złotówce za kilogram? Osiem złotych za słoik marynowanego estragonu? Szeroki wybór papryki niewiele droższej od ziemniaków? Żaden problem. Przynajmniej w sezonie.

rumunia-targowisko-bukareszt-bakłażan
Sybin. Zdjęcie z października – wyprzedaż bakłażanów :)
rumunia-targowiksko-sybin-przetwory
Sybin. Te zielone słoiki w środku to marynowany estragon – specjalność regionu
rumunia-targowisko-sybin-papryczka
Ostre papryczki. Można je nawlec na sznurek i zasuszyć
rumunia-targowisko-bukareszt
1,5 zł za kilogram papryki – naprawdę chce się żyć
rumunia-targowisko-gogonele
Gogonele, czyli zielone pomidory. Trochę twarde, trochę bez smaku, ale i tak się nimi zajadaliśmy

Na targ warto się też udać w innych celach. Niektóre stoiska oferują szeroki wybór asortymentu do pędzenia bimbru, a i wyrób końcowy można tam łatwo dostać. Butelka palinki to koszt zaledwie 15 lei. Wino sprzedawane w plastikowych butelkach kosztuje zaś mniej niż 5 lei za litr. Ciekawy jest też wybór przeróżnych marynat, które w Rumunii są równie popularne jak w Polsce. A może nawet bardziej, o czym świadczy fakt, że marynują oni nawet arbuzy. Te ostatnie zresztą, podobnie jak melony, w lecie są sprzedawane na każdym kroku – na targach, chodnikach, przy drogach.

przydrozny-targ-rumunia
Jakość słaba, bo zdjęcie robione telefonem z jadącego auta. Ale właśnie na tego typu straganach w sezonie zaopatrzyć się można w arbuzy i melony. Zwykle to koszt jakichś 2 lei za kilogram, choć to zależy od miejsca i pory roku
stoisko-z-arbuzami-rumunia
Zdjęcie równie słabej jakości, tym razem z października zeszłego roku. Końcówka sezonu na arbuzy
rumunia-targ-melon-rumunia
Dojrzały melon za trzy leje. Prawdziwe wybawienie podczas upalnych dni

Targowiska czynne są cały rok. Trzeba jednak zaznaczyć, że mają one mniej lub bardziej prowizoryczne zadaszenia. Zdarzają się też i takie targi, jak na zdjęciu poniżej – a właściwie hale targowe, gdzie handel odbywa się we wnętrzu.

rumunia-targowisko-medias
Piaţa Agroalimentară w Mediaş

Osobną kategorię stanowią targi organizowane na potrzeby turystów. Stoiska rozstawiane są w popularnych miejscach, lub wzdłuż głównych dróg. Można na nich kupić pamiątki, flagi, węgierskie kociołki na trójnogach, sprzęt do bimbru, ludowe stroje, a nawet gumowe maski drakuli i wilkołaków…

targowisko-trasa-transfogaraska
Stoisko na południe od trasy transfogaraskiej, zlokalizowane przy wąskiej drodze tuż pod wielką skałą
targowisko-przy-drodze-izvoru-crisului
W wiosce Izvoru Crișului (węg. Körösfő) targowiska ciągną się przez całą wieś. Nie zdziwiłbym się, gdyby każda mieszkająca tam rodzina trudniła się handlem…

Gott ist mein Fels

„Pan jest moją skałą, moją twierdzą i moim wybawcą”: ufortyfikowany kościół w Prejmer jest niczym żywa ilustracja do ewangelickiego psalmu. Świątynia, którą wznoszono etapami od XIII wieku, miała chronić mieszkańców w razie niebezpieczeństwa. I zapewne chroniła, o czym świadczą zachowane po dziś dzień zabudowania.

Nie ma chyba lepszego przykładu odpowiadającego na pytanie, czym są siedmiogrodzkie kościoły obronne. A zaznaczyć należy, że jest ich bez liku – i na pewno jeszcze nie raz zagoszczą one na łamach niniejszego bloga. Jadąc przez wioski, miasteczka i większe ośrodki co chwilę mija się tabliczkę z napisem „basilica fortificata”. I choć nigdy nie ma czasu na odwiedzenie każdego z tych miejsc, to z własnego doświadczenia wiem że zawsze warto poświęcić choć chwilę na krótki spacer.

I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych...
I jeszcze jedno zdjęcie okalających dziedziniec galerii z wejściami do cel refugialnych…

Jest to swego rodzaju znak rozpoznawczy Transylwanii. Pamiątka po najazdach Mongołów, którzy spustoszyli te ziemie pod koniec XIII wieku – czyli nie tak długo po tym, gdy na Legnickim Polu poległ Henryk Pobożny. Nic dziwnego, że ich obecność wymusiła powstanie ogromnej liczby zamków i innego rodzaju fortyfikacji. Kościoły, które w tym czasie były zwykle jedynym murowanym budynkiem w większości osad, idealnie nadawały się do połączenia funkcji sakralnej z nową – obronną. Jak tego dokonywano? Najlepiej będzie, jak oddam głos autorom wspaniałej książki „Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura”. To właśnie ich publikacja zainspirowała mnie do wizyty w tym miejscu:

„Pierwszym sposobem przygotowania świątyń do funkcji obronnych było tworzenie obwodu obwarowań. Pierścienie murów sukcesywnie zwielokrotniano, czyniąc kościół coraz bardziej niedostępnym. Z czasem zaczął się on upodabniać do zamku, w którym ufortyfikowanie głównego budynku kościelnego przemieniało go w główny i ostateczny punkt oporu na miarę donżonu – wieży ostatecznej obrony występującej w średniowiecznych zamkach feudalnych. Na funkcję taką wyraźnie wskazuje częste wykopywanie studni wewnątrz świątyni (!). Samo fortyfikowanie obejmowało z reguły umocnienie wieży, którą prócz strzelnic zaopatrywano najczęściej w drewnianą galerię obronną”. (Rumunia: przestrzeń, sztuka, kultura. Michał Jurecki i Łukasz Gałusek. Olszanica 2008).

Kościół obronny w Prejmer (niem. Tartlau, węg. Prázsmár) jest jednak na tle innych tego typu świątyń założeniem wybitnym. I względnie nowym, bo mimo powstanie w XIII wieku, jego rozbudowa trwała jeszcze w wieku XVIII. Gdy przejeżdżałem tamtędy po raz pierwszy, było już niestety po godzinach otwarcia. Nie zniechęciło mnie to jednak do obejścia całego założenia z zewnątrz.

Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kosciół w Prejmer jedynie z zewnątrz
Podczas pierwszej wizyty udało się zobaczyć ufortyfikowany kościół w Prejmer jedynie z zewnątrz

Parę dni później, już w drodze powrotnej, udało się na szczęście wejść do środka. Najpierw zwiedza się barbakan, dobudowany w późniejszym okresie. Całkiem interesująca jest wystawa w budynku bramnym, w której pokazano saskie przedmioty codziennego użytku. Następnie wchodzi się na główny dziedziniec, wokół którego ciągną się drewniane galerie prowadzące do cel refugialnych – ponad dwustu pomieszczeń, gdzie mieszkańcy okolic mogli chronić się przez długie miesiące ewentualnego oblężenia.

Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem
Kilkanaście spośród ponad dwustu cel refugialnych, w których mieszkańcy mogli schronić się przed niebezpieczeństwem

Większość drzwi jest pozamykanych, jednak w paru miejscach istnieje możliwość wejścia do wewnątrz. Pozwala to na zwiedzenie baszt czy przejście się korytarzem ze skierowanymi na zewnątrz strzelnicami. Są tam nawet nieźle zachowane wykusze latrynowe. W niektórych pomieszczeniach na parterze zlokalizowane zaś były warsztaty rzemieślnicze.

Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach
Słabej jakości zdjęcie, ale daje wyobrażenie o warunkach panujących w skromnych celach

Centralnym punktem oporu był kościół, wzniesiony w XIII wieku przez krzyżaków. Wyposażenie jest w nim dość skromne, aczkolwiek nie jest to istotne. Ważne z uwagi na pełnioną funkcję są natomiast elementy mające na celu nadanie mu cech zamkowej wieży – takich, jak chociażby strzelnice.

Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży
Kosciół w Prejmer nie służył jedynie modlitwom, o czym swiadczą między innymi strzelnice wybite w wieży

Jeśli chodzi o wspomniane wyposażenie, moim zdaniem najbardziej interesujący jest element pochodzący z czasów najnowszych. Drewniana płaskorzeźba poświęcona żołnierzom poległym podczas II Wojny Światowej jest czymś, czego nie widziałem nigdzie wcześniej.

Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny
Kriegsdenkmal, jakich mało. Wykonana w drewnie płaskorzeźba upamiętnia uczestników wojny

Warowny kościół w Prejmer opuszcza się z żalem. Ma się tam ochotę zapuścić w dosłownie każdy zakamarek, aby przekonać się jak to wybitne dzieło mogło funkcjonować w latach swej świetności.

 

 

Spălătorie – w rumuńskiej myjni

Można odnieść wrażenie, że większość Rumunów znajduje zatrudnienie w branży motoryzacyjnej. W niemal każdej miejscowości można bowiem znaleźć zakłady wulkanizacyjne, warsztaty czy mniejsze lub większe hurtownie z częściami.

Częstym widokiem są także myjnie. Ich liczba może niekiedy zaskakiwać. Zwłaszcza, że Rumuni niemal obsesyjnie dbają o czystość ulic – w miastach, w sezonie letnim, co chwilę minąć można polewaczkę, która usuwa brud z nawierzchni.

Przydrożna myjnia - częsty widok w Rumunii
Przydrożna myjnia – częsty widok w Rumunii

Nie przeszkadza to jednak kierowcom w częstym odwiedzaniu myjni samochodowych zwanych tu „spălătorie”. Zwłaszcza, że – wbrew stereotypom – w Rumunii dużo jest nowych aut. Coraz rzadziej widać na ulicach stare Dacie i Aro. A jeśli już, to zdarzają się wśród nich pieczołowicie odrestaurowane egzemplarze.

Renault 8? A może... Dacia 1100?
Renault 8? A może… Dacia 1100?
Kult lat 70-tych
Kult lat 70-tych
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask
Dacia 1310. Auto dawniej widać było też na polskich drogach. Teraz wraca powoli do łask

Mimo wszystko od zawsze dziwiło mnie to, jaką popularnością cieszą się w Rumunii myjnie samochodowe. Często ustawiają się do nich bowiem długie kolejki. Inaczej niż w Polsce, dominują tu jednak punkty obsługowe. Jak działają, przyszło mi się przekonać po powrocie znad morza.

Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno
Niezależnie od pory dnia, w rumuńskich myjniach tłoczno

Okazało się, że skorzystanie z usługi jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać. Po zaparkowaniu na stanowisku podszedłem do szefa myjni, który wypisał malutki rachunek zawierając w nim takie dane jak marka auta, numer rejestracji, datę i cenę. Zacząłem już się obawiać, że zaraz zapyta mnie o dowód!

Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)
Mycie auta to tylko pozornie prosta sprawa. Czasem niemożliwa bez pieczątek i podpisów :)

Dopiero z tak wypełnionym dokumentem udałem się do malutkiej kanciapy, w której sympatyczna Rumunka zainkasowała ode mnie 30 lei. Podbiła dokument pieczątką i mogłem wrócić do szefa. Wtedy dopiero wyznaczył on jednego z pracowników do wykonania zadania.

Początkowo sądziłem, że zapłacone 30 lei to gruba przesada. W Polsce przecież można za tyle auto umyć dwa razy na stacji benzynowej. Okazało się, jednak, że w tej cenie auto zostało umyte z zewnątrz jak i w środku… Tak więc bez obaw!

Zastanawiam się tylko, kiedy w Rumunii pojawią się znane u nas myjnie samoobsługowe. Do tej pory byłem na jednej w Klużu, ale korzystanie z niej wciąż było nieco zbiurokratyzowane. Najpierw trzeba było bowiem podejść do kiosku, aby kupić monety 1 euro w przeliczniku 5:1. Najwyraźniej więc była to używana instalacja sprowadzona zza granicy.

Vadu – jedna z ostatnich rumuńskich dzikich plaż

W lecie plaże nad Morzem Czarnym są oblegane. Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Konstancy są jednak miejsca, gdzie możliwy jest wypoczynek z dala od tłumów.

O plaży w Vadu dowiedziałem się przypadkiem. Szukałem bowiem miejsca pomiędzy deltą Dunaju a Konstancą, gdzie będzie można zatrzymać się i odpocząć. Rzut oka na mapę pozwalał przypuszczać, że dojazd tam będzie banalnie łatwy. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Można wręcz powiedzieć, że plaża na wiele sposobów broni się przed zalewem turystów. Z daleka odstraszają na przykład ruiny opuszczonej fabryki. Już po powrocie wyczytałem, że w miejscu tym był wydobywany między innymi uran. Wydaje mi się jednak, że nie ma powodu do obaw, gdyż w pobliskiej wsi ludzie żyją normalnie.

Opuszczona fabryka - wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów
Opuszczona fabryka – wspaniały widok dla fanów architektury industrialnej, a jednocześnie skuteczny odstraszacz turystów

Aby trafić na plażę w Vadu, należy dojechać do wspomnianej fabryki i przed wjazdem skręcić w prawo. Tuż obok znajduje się tablica informująca o ścisłym zakazie wjazdu. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w Rumunii. Mijamy zakaz i jedziemy dalej betonową drogą. Żeby nie było – pytaliśmy się dwóch osób i obie kazały nam jechać właśnie tamtędy.

"Accesul interzis", ale nikt sobie z tego nic nie robi...
„Accesul interzis”, ale nikt sobie z tego nic nie robi…

Droga jest w niezłym stanie, aczkolwiek co jakiś czas należy zwolnić na większych szczelinach pomiędzy betonowymi płytami. Po drodze minęliśmy mały stragan, na którym można było kupić arbuzy, melony czy pomidory. To pierwszy znak, że droga jest uczęszczana. Drugim były samochody, które co chwilę mijaliśmy.

Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę
Droga ma swoje lata, ale nadal można nią z łatwością dojechać niemal na samą plażę

W pewnym momencie droga się rozwidla. My skręciliśmy w tę prowadzącą do restauracji, co miało okazać się dobrym wyborem. Na miejscu znaleźliśmy bowiem idealne warunki na rozbicie namiotu. Samochodem można tam wjechać na samą plażę, a do tego najbliżsi „sąsiedzi” byli dopiero kilkadziesiąt metrów dalej.

Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów...
Vadu to z całą pewnością miejsce, gdzie nie trzeba zabierać znanych z bałtyckich plaż parawanów…

Są tam rodziny z dziećmi, pijący studenci, spotkać też można starsze małżeństwa. Zwyczaje panują zaś bardzo luźne. Nikomu nie przeszkadzają na przykład wypoczywający obok nudyści. A nawet jeśli to miejsca jest tyle, że można znaleźć spory kawał plaży tylko dla siebie. Co charakterystyczne, nie widziałem tam żadnego parawanu. Nikt nie czuje bowiem potrzeby jeszcze większego odseparowania od otoczenia.

W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping
W polu widzenia widać zaledwie trzy grupki plażowiczów. W oddali majaczy jakiś większy kemping

Mimo sporej odległości od najbliższego sklepu w Vadu nie trzeba martwić się o zaopatrzenie. Rano zbudziło nas szczekanie psa, który towarzyszył miejscowym rybakom. Po godzinie wiosłowania wrócili z pobliskiego łowiska z siecią pełną ryb.

Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami
Godzinka wiosłowania wystarczy, żeby cała przyczepa wypełniła się świeżutkimi rybami

Wokół nich natychmiast zebrał się tłumek plażowiczów, którzy kupowali coś w rodzaju sardynek. Cena? 5 lei za kilogram!

Ryby prosto z morza - dosłownie!
Ryby prosto z morza – dosłownie!

Oprócz tego w Vadu doskwiera jednak brak jakiejkolwiek infrastruktury. Otwarto tam wprawdzie restaurację (która zapewnia o wiele większy standard niż można by się było spodziewać po takim odludziu), ale brakuje tak prostej rzeczy jak choćby prysznic. Z drugiej strony, w Vadu można naprawdę wypocząć. Poniżej, dla porównania, zdjęcie z Mamai – największego kurortu w całej Rumunii, zaledwie parędziesiąt kilometrów na południe od Vadu…

Tymczasem w Mamai...
Tymczasem w Mamai…

Mamy więc do wyboru dwie skrajności. Z jednej strony tłumy ludzi, plaże zastawione leżakami, nawalającą zewsząd muzykę i setki sklepików. Z drugiej zaś dziką plażę, na której możemy być naprawdę sami. Trudno znaleźć złoty środek, dlatego mimo wszystko bardziej skłaniam się ku temu drugiemu.

Do zobaczenia w Vadu! :)
Do zobaczenia w Vadu! :)

Dawniej za najbardziej kultową plażę w Rumunii uchodziła Vama Veche. Do leżącej przy granicy z Bułgarią wioski rybackiej zjeżdżali w czasach komunizmu opozycjoniści, intelektualiści i hipisi. Zwyczaj wymagał, aby rozbijać się namiotem tuż nad morzem. Obecnie miejsce to uległo znacznej komercjalizacji. Czy taki sam los spotka Vadu? Lepiej się nie zastanawiać, tylko pakować plecak i spróbować biwaku na jednej z ostatnich rumuńskich dzikich plaż.

Maramuresz – serce Rumunii

Maramuresz to idealna propozycja dla ludzi, którzy cenią sobie folklor i tradycję. Drewniana architektura, ludowe stroje czy charakterystyczne monastyry ze strzelistymi wieżami – tam można je podziwiać w ich pierwotnej formie.

W każdym szanującym się rumuńskim mieście znajdziemy knajpę z tradycyjną kuchnią. Zaaranżowane są one z reguły w podobny sposób. Na ścianach prezentowane są stare naczynia, goście siedzą przy drewnianych ławach, a kelnerzy uwijają się przebrani w tradycyjne stroje. Zewsząd dobiega zaś tradycyjna ludowa muzyka. Kto nie zna, ten może posłuchać – na przykład dzięki internetowej wersji radia Someş.

Osoby, którym pasuje taka atmosfera, z pewnością odnajdą się w Maramuresz które jest swego rodzaju pierwowzorem dla rumuńskiej kultury ludowej. Ciężko to opisać, bo w Polsce nie jest raczej znane takie zjawisko. Historycznie jest to kraina leżąca po obu stronach Cisy – rumuńskiej i ukraińskiej. Nie wydaje mi się jednak, żeby za naszą wschodnią granicą tereny te aż tak mocno oddziaływały na kulturę całego kraju. A w Rumunii? Wystarczy wspomnieć, że monastyry wznoszone w tym regionie są kopiowane daleko poza jego granicami.

Nowo wybudowany monastyr w Klużu - ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!
Nowo wybudowany monastyr w Klużu – ale według najlepszych, marmaroskich wzorców!

Co ciekawe, w samym Maramuresz także powstają nowe świątynie. Na przykład kompleks monastyrów w Bârsana, widoczny na zdjęciach poniżej. Mój największy podziw wzbudza zaś fakt, że wszystkie obiekty tego typu powstają tradycyjnymi metodami. Warto przyjrzeć się bliżej, aby zobaczyć z jakim kunsztem wykonywane są poszczególne elementy.

Bârsana-monastyr
Na zdjęciu widać zaledwie część budynków – w tym te starsze

Do arcydzieł sztuki sakralnej śmiało można też zaliczyć lokalne cmentarze. A szczególnie jeden, mianowicie Wesoły Cmentarz (Cimitirul Vesel) w miejscowości Săpȃnƫa (uproszczona wymowa to Sepynca). Drewniane, malowane nagrobki od lat trzydziestych tworzył Stan Ioan Pătraș, a potem jego następca – Dumitru Pop Tincu.

Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię
Na cmentarzu jest kilkaset malowanych nagrobków, a każdy opowiada inną historię

Każdy z kilkuset nagrobków opowiada inną historię. Wiele z nich pokazuje historie związane z życiem pochowanych osób. Stąd przedstawienia gospodyń w kuchni, sadownika opryskującego drzewka, traktorzystów, policjantów, etc.

wesoly-cmentarz-rumunia

Wiele przedstawień jest jednak makabrycznych. Przedstawiają one bowiem okoliczności śmierci, które nie zawsze były przyjemne. I tak znaleźć można na Wesołym Cmentarzu ofiary wypadków samochodowych, utonięć, potrącenia przez pociąg i innych nagłych zdarzeń.

wesoly-cmentarz-rumunia
Po prawej kilka typowych przedstawień odnoszących się do życia pochowanych osób. Po lewej zaś zebrałem kilka obrazów przedstawiających tragiczną śmierć…

Wesoły Cmentarz jest z całą pewnością żelaznym punktem podczas każdej wycieczki w te strony. Warto jednak zwracać przyglądać się okolicznym zabudowaniom. Same chaty są z reguły skromne, lecz bardzo urokliwe. Dominują kilkuizbowe, drewniane parterowe budynki kryte charakterystycznym gontem (taki rodzaj drewnianej dachówki). W tamtejszych wsiach co chwilę można natknąć się też na przepięknie rzeźbione bramy.

Drewniane dachy - wizytówka regionu
Drewniane dachy – wizytówka regionu
Pierwsza lepsza marmaroska chatka
Pierwsza lepsza marmaroska chatka…
...jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!
…jednak nawet najskromniejsze chaty mogą kryć się za bogato zdobioną drewnianą bramą!

W okolicy sporo jest pensjonatów i gospodarstw agroturystycznych, w których można przenocować za niewielką opłatą. Warto skorzystać, żeby samemu przekonać się jak to wszystko wygląda.

Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens ;-)
Po wizycie w Maramuresz odwiedzanie skansenów traci jakikolwiek sens ;-)

Tego typu domostwa można też zobaczyć w większych miastach w różnego rodzaju skansenach. To jednak marny substytut, skoro w Maramuresz można doświadczyć tego, jak piękne drewniane wioski tętnią życiem.

Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz
Wiejska procesja, gdzieś w górzystym Maramuresz

Maramuresz, podobnie jak większa część Rumunii, to region górzysty. Miłośnicy pieszych wędrówek mają więc spory wybór tras. Polecić można zwłaszcza znajdujący się na wschodzie regionu Park Naturalny Gór Marmaroskich (Parcul Natural Munții Maramureșului – to odpowiednik naszych parków krajobrazowych). Warto zjechać z drogi krajowej nr 18 w wąską trasę o numerze 187. Prowadzi ona wąską doliną pomiędzy górskimi szczytami w samo jego serce.

Droga ciągnie się tam wzdłuż rzeki, a naokoło położone są bardzo rozległe osady. Ich granice wyznaczają zaś pobliskie górskie szczyty. Okolice są przepiękne, ale z własnego doświadczenia nie polecam wyjazdu zimą. Drogi są wtedy słabo przejezdne, a tym bardziej górskie szlaki. Cóż, przynajmniej mam powód aby tam wrócić gdy pogoda będzie bardziej dopisywać.

 

Seklerska wieś

Kilkadziesiąt kilometrów na południe od Klużu, ale już na terenie jednostki administracyjnej Alba, leży Rimetea (węg. Torockó). Choć może tym razem to nazwę węgierską powinno się podawać jako pierwszą? We wsi liczącej mniej niż 2000 mieszkańców ogromną większość stanowią bowiem węgierskojęzyczni Seklerzy. Ale to nie jedyna rzecz, która wyróżnia ją od okolicznych miejscowości .

Tą, która rzuci się od razu w oczy, jest potężna skała, u podnóża której rozciąga się malownicza wioska. Rumuni zwą ją Piatra Secuiului, Węgrzy natomiast – Székelykő. Robi ona niesamowite wrażenie, wyraźnie górując nad okolicą. Można się na nią wspiąć, aczkolwiek trasa jest bardzo trudna. Piękne widoki ze szczytu skały rekompensują jednak wszelkie niedogodności.

Widok na Torockó z szeklerskiej skały
Widok na Torockó z seklerskiej skały

Na samym szczycie znajduje się kamienny słup zwieńczony krzyżem. Lokalna tradycja nakazuje, aby pomalować go w swoje barwy narodowe. Wzięło się to zapewne stąd, że na przemian pojawiają się tam wymalowane sprejem flagi Rumunii i Węgier. Na zdjęciu koledzy i ich patriotyczne dzieło. Ze szczytu rozpościerają się ponadto piękne widoki na okolicę.

Jak się dowiedziałem, poprzednio była flaga Węgier
Jak się dowiedziałem, poprzednio była flaga Węgier

Wieś warto jednak obejrzeć z bliska. Wtedy chyba każdy zwróci uwagę na fakt, że większość gospodarstw mimo podeszłego wieku wygląda, jakby było świeżo po remoncie. Cóż, w pewnym sensie jest.

Takich wypielęgnowanych chat nie powstydziłaby się żadna polska wioska!
Takich wypielęgnowanych chat nie powstydziłaby się żadna polska wioska!

To efekt wieloletnich prac konserwatorskich, które zostały rozpoczęte na początku lat dziewięćdziesiątych. W efekcie wioska została nagrodzona prestiżową nagrodą Europa Nostra.

Równiurki szereg pięknych szeklerskich domów. Szkoda tylko, że wioska jest na co dzień mało "żywa"
Równiutki szereg pięknych szeklerskich domów. Szkoda tylko, że wioska jest w weekendy mało „żywa”

Pierwszą charakterystyczną rzeczą jest to, że seklerskie zabudowania stoją bokiem do ulicy. Drugą jest natomiast to, że w Torockó na każdym kroku czuje się obecność wielkiej skały…

Szeklerska skała cały czas nam towarzyszy podczas zwiedzania Torockó. Cóż, trudno byłoby jej nie zauważać
Seklerska skała cały czas nam towarzyszy podczas zwiedzania Torockó. Cóż, trudno byłoby jej nie zauważać

Nie dziwi fakt, że większość mieszkańców żyje tu z turystyki. W gospodarstwach funkcjonuje ogromna liczba ośrodków. W niektórych można wynająć zwykły pokój, inne zostały przekształcone w typowe pensjonaty. Nie miałem okazji tam nocować, ale ceny podobno są korzystne. W cenie noclegu można też liczyć na posiłek.

Legendarny pensjonat, w którym nocował sam Rober Makłowicz :)
Legendarny pensjonat, w którym nocował sam Rober Makłowicz :)

Nie było mi dane przekonać się, co serwują lokalni gospodarze. W Torockó byłem łącznie trzy lub cztery razy, ale najwyraźniej poza sezonem w wiosce niewiele się dzieje. Zwłaszcza w niedziele, kiedy to wszystkie knajpy i pensjonaty były pozamykane na cztery spusty. Seklerskiej wsi jest jednak poświęcony super odcinek pana Makłowicza – to tak na otarcie łez :).

20151108_122310

Kto nie prowadzi pensjonatu czy też choćby agroturystyki, ten może spróbować swoich sił w wytwarzaniu bimbru. Nie trzeba daleko szukać, aby dostać butelkę palinki domowej roboty. O dostępności trunku informują liczne – mniej lub bardziej widoczne – plakietki. Nie trzeba znać węgierskiego, żeby zrozumieć jakie mają one znaczenie. Dla nie znających rumuńskiego wystarczy zaś język migowy.

Można nie znać węgierskiego, ale słowo "palinka" jest międzynarodowe
Można nie znać węgierskiego, ale słowo „palinka” jest międzynarodowe

 

Koło wodne? Skądś to znamy. Zapewne napędza bimbrowniczą maszynerię w pobliskiej chacie...
Koło wodne? Skądś to znamy. Zapewne napędza bimbrowniczą maszynerię w pobliskiej chacie…

Na koniec religijny smaczek. Spora część siedmiogrodzkich Węgrów to unitarianie. Ci zaś u nas znani byli jako Arianie bądź Bracia Polscy. W XVII wieku zostali wypędzeni z kraju, tutaj trwają nadal.

Unitariański kościół wciąż góruje nad resztą zabudowań
Unitariański kościół wciąż góruje nad resztą zabudowań

Rumunia od kuchni

Z pozoru rumuńska kuchnia może się wydawać prosta i mało wyszukana. Prędzej czy później każdy odkryje w niej jednak coś dla siebie (no chyba, że nie je mięsa). A potem pozostanie tęsknić i czekać do kolejnego wyjazdu, aby znowu spróbować miczy, placzinty i sarmali.

Nie jestem specem od kuchni. To tak tytułem wstępu, żeby nikt nie miał żadnych pretensji. Nie będzie tu słowa o tym, że coś jest dodawane do czegoś, żeby przełamać smak czegoś, a co innego pasuje do czegoś, bo wydobywa z tego czegoś jakiś aromat. Rumuńska kuchnia jest prosta i smaczna (a do tego wprost ocieka glutenem i tłuszczem). I mam nadzieję, że ten artykuł będzie podobny.

Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!
Romantyczny zestaw dla dwojga, czyli mięso z mięsem, mięsem i kapustą. Ah, no i ziemniakami!

To chyba sprawa najbardziej charakterystyczna – Rumuni jedzą dużo mięsa. Wołowina, baranina czy jagnięcina to produkty, które w Polsce potrafią sporo kosztować. W Rumunii mięsa te są względnie tanie – tańsze wręcz od drobiu, który nie cieszy się taką popularnością jak u nas.

Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).
Pyszna rumuńska wołowina zbrzydła? Żaden problem. Wizyta w Lidlu pozwoli poczuć bardziej swojskie smaki :).

„Dużo mięsa” należy traktować bardzo jednoznacznie. Oni naprawdę kochają mięso! Znamienne, że w całym Klużu znalazłem jedną jedyną knajpę dla jaroszy – aczkolwiek taką fest, gdzie można zamówić nawet dania raw vegan (mowa o restauracji Samsara, str. Stefan Ludwig Roth). W typowych knajpach z domowym jedzeniem bez mięsa są na ogół jedynie sałatki. Takie menu oferuje na przykład rewelacyjna Varzaria (kapuściarnia) przy bulwarze Eroilor. Nazwa zobowiązuje, dlatego nie powinien dziwić główny składnik co drugiego dania…

Varza a'la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.
Varza a’la Cluj, czyli kapusta zapiekana z mięsem. Taka swojska wersja lasagne.

Mają tam wprawdzie także pieczarkowe sarmale, ale idę o zakład że są robione na zwykłym tłuszczu. Czym właściwie są sarmale? Najprościej rzecz ujmując, jest to danie podobne do naszych gołąbków. Tyle, że są mniejsze, a w dodatku farsz zawija się w liście z kiszonej kapusty.

Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale...
Pożegnalny obiad w Varzarii (i chyba największy). Wędzona golonka (ciolan afumat), ziemniaki ze śmietaną (rumuńska śmietana rządzi!) i sarmale…

Swoją drogą, Rumunia jest rajem dla miłośników „przetworów na zimę”. Oprócz tych popularnych u nas, można tu trafić naprawdę na wszystko – słoiki z ostrą papryką, estragonem, a nawet… arbuzami.

20151025_160135
Do wyboru, do koloru. Jeżeli jest jakiś owoc bądź warzywo, to istnieje spora szansa że Rumuni je kiszą w słoikach.

Warto wymienić też inne klasyki rumuńskiej kuchni, takie jak ciorba de burta (flaczki – nie jadłem, ale kto lubi ten poleca), czy transylwańskie zupy z masą estragonu. Ogromny spis rumuńskich dań znaleźć można chociażby na wikipedii. Ja nie spróbowałem pewnie nawet połowy z nich, a i tak przez pół roku pobytu w Klużu przytyłem z osiem kilogramów :).

pasza
Rumuńskie zupy – proste, treściwe i pożywne.

Chyba największym hitem są jednak dla mnie rumuńskie fast foody. Takie, jak choćby plăcintă (placzinta). Jest to ciasto z pieczarkami, serem, szynką lub innymi dodatkami. Przy zamawianiu warto znać słowo klucz: la toate (ze wszystkim). Zwykle zresztą w ofercie znajduje się specjalna pozycja placzinty z wszystkimi dodatkami. W Klużu dostępny jest także palaneț (palanec). Wygląda identycznie, a wielu Rumunów tego nie kojarzyło. Wpadliśmy z Anią na pomysł, że może to taka lokalna odmiana. Coś, jak wrocławska knysza.

palanet-palanec-rumunia
Palanece. Z zewnątrz niepozorne, w srodku kryje się ser, pieczarki albo szynka. Albo… wszystko na raz!

Z podobnej kategorii pyszności, sprzedawanych z niewielkich budek i w barach szybkiej obsługi, wymienić należy też gogosze i kowridże (gogoși, covrigi). Gogosze to mączne placki, trochę jak pączki, które są robione na głębokim oleju. Kowridże to z kolei rodzaj podłużnych precli, obwarzanków. Powstają też zabawne połączenia, jak np. covridogi, czyli połączenie kowridża z hotdogiem.

Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.
Covridog, czyli idealne połączenie precla z parówką.

Absolutnym zwycięzcą mojego prywatnego rankingu rumuńskich kulinariów są jednak micze (pisze się mici bądź mititei). Jest to mielone mięso baranio – wołowe (ale nie tylko, bo występuje też np. samo baranie, jak i w innych konfiguracjach) zwijane w podłużne kotleciki przygotowywane na ruszcie.

Micze w wersji sklepowej.
Micze w wersji sklepowej.

Jedna sztuka kosztuje od jednego do paru lei. Można je dostać zarówno w lepszych knajpach, jak i na ulicznych grillach.

Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.
Micze w bardziej eleganckiej wersji (nawet z zielskiem do przystrojenia). Do dostania np. w węgierskiej knajpie Bulgakov w Klużu.

Ktoś kiedyś powiedział Ani, że micze najlepiej smakują, gdy zostaną zakupione od najbrudniejszego sprzedawcy. Trochę w tym prawdy jest.

20160303_135632
Jedne z najtańszych miczy, serwowane przed wejściem do hipermarketu. Taki zestaw kosztował na przełomie 2015 i 2016 roku koło 4 złotych.

To by było na tyle, jesli chodzi o moje spostrzeżenia dotyczące rumuńskiej kuchni. Oczywiscie zdaję sobie sprawę, że wiele jeszcze przede mną. Mam jednak nadzieję, że choć z grubsza udało się liznąć temat. Czy rumuńskie dania są smaczne? Wystarczy spojrzeć na Kubę, który odwiedził nas w Klużu:

Om nom nom
Om nom nom

Rzymianie, czyli kilka słów o rumuńskiej tożsamości narodowej

W Polsce obchodzono właśnie 1050-tą rocznicę chrztu, który dał początek naszej państwowości. Rumuni mogą na to spoglądać z politowaniem, gdyż w kraju tym powszechny jest mit o ponad dwóch tysiącach lat nieprzerwanej historii. Wszystko przez krótki epizod, kiedy to Dacja stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego.

Kilka faktów jest bezsprzecznych. Dacja rzeczywiście pokrywała się terytorialnie z obecną Rumunią (granica południowa i zachodnia oparta była na Dunaju wschodnia na morzu, różnią się opinie co do części północnej). Faktycznie, kraina ta stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego (od 106 do 271 roku naszej ery), gdy została ona podbita przez Trajana. Czy jednak można mówić o bezpośrednim pokrewieństwie ówczesnych mieszkańców tamtych ziem ze współczesnymi Rumunami? Czy nieco ponad 150 lat mogło sprawić, że cała ludność dacka została zromanizowana? Śmiem przypuszczać, że nie. Ale dla Rumunów ten krótki okres stanowi mit założycielski dla współczesnego kraju.

Jedna z prób okreslenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii. Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen - "Droysens Historischem Handatlas", 1886
Jedna z prób określenia granic Dacji w czasach Imperium Rzymskiego. Znalezione na Wikipedii.
Die unteren Donauländer zur Römerzeit. Alte historische Karte aus Gustav Droysen – „Droysens Historischem Handatlas”, 1886

Od omawianego okresu obecna Rumunia była swego rodzaju pograniczem pomiędzy Polską, Turcją a Węgrami. Transylwania (Siedmiogród) była na przykład od X wieku we władaniu węgierskim, potem na przełomie XVI i XVII wieku zajęta była przez Turków, po czym z powrotem trafiła w ręce Węgierskie. W Polsce na lekcjach historii ziemie te pojawiają się rzadko, a jeśli już to w kontekście pochodzenia Stefana Batorego. Mołdawia i Wołoszczyzna wzmiankowane są z kolei  w kontekście polskiego lenna (Hospodarstwo Mołdawskie i Wołoskie).

Gdzie ta Rumunia? Powyższa mapa (XIV – XV wiek) pokazuje, jak poszczególne części obecnej Rumunii musiały zmagać się z wpływami obcych mocarstw – czyli Polski, Turcji i Węgier. Źródło: Fragment mapy firmy E-MM Magdalena de Lange, Maciej Gąsiorowski

Jedyny moment zjednoczenia obecnych ziem rumuńskich nastąpił w 1599 roku. Dokonał tego Mihai Viteazul (Michał Waleczny), a jego panowanie nad Mołdawią, Transylwanią i Wołoszczyzną trwało mniej więcej rok.

romania-1601
Ziemie zjednoczone pod berłem Michała Walecznego. Źródło mapki: www.romania-insider.com

Wystarczyło to jednak, aby pomnik władcy pojawiał się w każdym większym mieście Rumunii (mają chyba jeden odlew, bo wszędzie wygląda on tak samo).

mihai-viteazul-cluj-napoca
Mihai Viteazul w pełnej krasie. Na pierwszym planie wieczny ogień, w tle klasyka gatunku – modernistyczny blok przyozdobiony neonami.

Stałe scalenie księstwa mołdawskiego i wołoskiego nastąpiło dopiero pod koniec XIX wieku. Od 1859 roku Mołdawia i Wołoszczyzna rządzona była przez Aleksandra Jana Cuzę (Alexandru Ioan Cuza – potem jako Alexandru Ioan I), jednak był on uzależniony od Turcji. W efekcie wojny rosyjsko – tureckiej powstało zaś niezależne państwo rumuńskie. Kraj uznano w 1878 roku, a w 1881 na pierwszego króla koronowano Karola Hohenzollerna – Sigmaringen. Wtedy też rozpoczęto proces wtórnego romanizowania języka, który przez wieki stał się mieszanką słów pochodzenia łacińskiego i słowiańskiego. Te ostatnie zastępowano na przykład odpowiednikami z włoskiego czy francuskiego. Ostały się jednak takie słowa jak ceas (czas – zegar), da (da – tak) czy mașină (maszina – samochód)*, które przypominają o olbrzymich wpływach słowiańskich na tych ziemiach.

* A jednak nie, bo kolega z Klużu zwrócił mi uwagę, że nie jest to słowo pochodzenia słowiańskiego. Błąd dosyć oczywisty – kajam się :)

Granice Rumunii w latach 1878 - 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: "Andrees Handatlas", Velhagen & Klasing, 1901.
Granice Rumunii w latach 1878 – 1913. Znaleziony na Wikipedii skan pochodzi z: „Andrees Handatlas”, Velhagen & Klasing, 1901.

Zabiegi romanizacyjne kontynuowano także w okresie międzywojennym, kiedy to Rumunia zyskała Transylwanię i obecną Republikę Mołdawii. Pełnymi garściami czerpano wtedy, jak i wcześniej zresztą, ze wzorców francuskich. Przynależność do rodziny krajów romańskich jest zresztą do dzisiaj bardzo silna. Dla leżącej na uboczu Rumunii są one niczym „starsze rodzeństwo”.

Romania Mare - dosłownie "Wielka Rumunia" to okreslenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. "Besarabia e Romania".
Romania Mare – dosłownie „Wielka Rumunia” to określenie do dzisiaj darzone wielkim sentymentem. My mamy swoje Kresy, a Rumuni Mołdawię. Cały kraj upstrzony jest różnego rodzaju napisami, grafitti, etc. „Besarabia e Romania”.

Okres wytężonej pracy na rzecz budowy wspólnej tożsamości narodowej przypadł też na czasy komunizmu. Zwłaszcza po październiku 1971 roku, kiedy to z inicjatywy szacha Mohammada Rezy Pahlawiego Iran obchodził 2500 lecie swojego istnienia. W uroczystościach brał udział między innymi Nocolae Ceaușescu, który podobno był pod wielkim wrażeniem rozmachu, jaki towarzyszył temu wydarzeniu. Postanowił zatem, że coś podobnego należy zorganizować także w Rumunii. Maciej Kuczewski w swojej książce „Rumunia. Koniec złotej epoki” przytoczył pewną anegdotę na ten temat. Otóż dyktator miał rozkazać organizację podobnych obchodów, ale jego asystenci nie dosłyszeli o jaką datę mu chodziło – 2500 czy 2150 lat. Stanęło na tej „skromniejszej” wersji. Efekty działań z tamtych czasów widoczne są do dzisiaj. Cluj (węgierski Kolozsvár, niemiecki Klausenburg) został na przykład przemianowany na Cluj – Napoca, od nazwy mającej się tu znajdować rzymskiej faktorii o tej nazwie. W tym, jak i w wielu innych miastach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać też kopie pomników wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa*

*I znowu nie do końca, bo ta Klużańska wilczyca jest z lat dwudziestych!

wilczyca-cluj-napoca
Wilczyca kapitolińska? Nie – Klużańska, a raczej Klużańsko – Napocka :).

Cała te legenda mówiąca o pochodzeniu Rumunów wydaje się mocno naciągana. Daleki jestem jednak od tego, aby ją krytykować. Mit o wspólnym, rzymskim pochodzeniu, pozwolił bowiem na scalenie kraju składającego się z trzech odmiennych regionów. Płaska jak stół, leżąca nad Dunajem Wołoszczyzna to kraina, w której czuje się wpływy bałkańskie. Mołdawia (część znajduje się w Rumunii, część jest obecnie Republiką Mołdawii) to z kolei etniczny tygiel, w którym wpływy słowiańskie były najsilniejsze.

Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie "udające" starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.
Osiedle bloków, a wśród nich tradycyjny kościół w stylu maramoskim. Świątynie „udające” starsze budowle często pojawiają się też w sąsiedztwie bloków z wielkiej płyty. Zdjęcie: Google Street View.

A Transylwania? Dziesięć wieków niemal ciągłego panowania węgierskiego sprawił, że rumuńscy chłopi byli tam mieszkańcami drugiej kategorii. Obecnie to tutaj najsilniej zaznacza się wszelkie ślady rumuńskiej bytności. Widać to zarówno po drewnianych kościołkach stawianych wśród bloków, jak też po eksponowaniu „rzymskich” pomników w każdym niemal mieście. Miejscem o specjalnym znaczeniu są zaś pozostałości po Sarmizegetusie – stolicy dawnej prowincji.

Ruiny amfiteatru zlokalizowane w starożytnej Sarmizegetusie Ulpia Traiana. Trochę podrasowane, ale i tak robią wrażenie. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.
Sarmizegetusa Ulpia Traiana. Trochę podrasowane ruiny, ale i tak robią wrażenie. Różnego rodzaju obiektów jest tam znacznie więcej. Źródło: Popescu Camelia, znalezione na Wikipedii.

Trudno zatem się dziwić, że to właśnie do czasów Dackich odniesiono się, tworząc wspólną narodową legendę. Obecnie mit ten jest bardzo silnie zakorzeniony u mieszkańców całego kraju. Choć czasem jest to wręcz uciążliwe, gdy podczas rozmów o historii usłyszeć można kompletne bzdury. Któregoś razu powiedziałem rumuńskiemu koledze, że przez 150 lat nie było możliwe, aby plemiona dackie przejęły język, obyczaje i rzymską tożsamość. „Nasz język jest tak podobny do łaciny, że najpewniej to łacina wywodzi się od rumuńskiego. I dlatego też integracja przyszła tak łatwo” – usłyszałem w odpowiedzi. W takich wypadkach nie warto wchodzić w głębsze dyskusje.